ALEK
Odpoczywaliśmy w martwym mieście jeden dzień — obozem na wodnym placu przy fontannie trzech kobiet, bo Tamila powiedziała, że miasto na drzewie nie gniewa się na gości, tylko na tych, co udają, że go nie ma — i nazajutrz o brzasku ruszyliśmy dalej, na południe, we dwoje jak przez całą tę drogę — do miejsca, o którym Tamila mówiła po prostu: stolica. Bez nazwy. Jakby nazwa była czymś, co się zdejmuje razem z koroną.
Szedłem obok niej w chłodzie pierwszej godziny dnia i nosiłem w sobie coś, co przez noc urosło i domagało się wyjścia. W końcu wyszło — niezgrabnie, jak wszystko, co ważne.
— Muszę ci coś powiedzieć — zacząłem. — I proszę, żebyś wysłuchała do końca. Chcę, żebyś wiedziała, jak ja widziałem wasz świat. Przez całe życie. Jeszcze miesiąc temu.
— Mów.
— Wieczna pustynia. — Patrzyłem przed siebie, na piach, bo w piach mówiło się to łatwiej niż w jej oczy. — Tak nas uczono i tak myśleliśmy wszyscy, od panicza po parobka: że za górami jest wieczna pustynia, która zawsze tam była, i że mieszkają na niej ludzie-krety. Bez państw. Bez kultury. Bez tożsamości. Dzikusy w jamach, w jaskiniach, gryzące ochłapy, które Imperium raczy im rzucić przez mur w zamian za surowce — bo tylko surowce umiecie z tej waszej ziemi wydrapać, jak kret wydrapuje robaki. Słabi. Nieznaczący. Taka… własność Imperium w Kastmarze. Mniej niż wróg. Wróg ma twarz. Wy nie mieliście nawet twarzy. — Przełknąłem. — Szedłem przez góry z taką wiedzą w głowie, Tamilo. I dopiero tu, po tej stronie, zobaczyłem koloseum, miasto pod piaskiem, miasto na drzewie… i zrozumiałem, że patrzyłem całe życie na ludzi przez dziurkę od klucza i myślałem, że widzę drzwi. Nie wiedziałem nic. Nie wiedziałem nawet, że była rzeka. Że to wyschnięta rzeka to wszystko na was sprowadziła.
Szliśmy chwilę w milczeniu. A potem Tamila zrobiła rzecz, której się nie spodziewałem: nie obraziła się i nie wybaczyła. Poprawiła mnie — spokojnie, rzeczowo, jak poprawia się rachunek z jednym złym znakiem, przez który całość wychodzi fałszywie.
— Nie wyschnięta, Aleksandrze — powiedziała. — Wysuszona. Rzeki nie umarły. Rzekę zabito. To nie jest to samo słowo i nigdy nie pozwól nikomu ich mylić, bo w tej różnicy mieszka cała nasza historia. — Spojrzała na południe, tam gdzie za falami piachu czekała jej stolica. — Droga przed nami długa. Dobrze się składa. Bo historia też jest długa — a ty jesteś pierwszym człowiekiem północy od wielu pokoleń, który usłyszy ją całą.
I przez następne dni, na szlaku i przy wieczornych ogniach, pod niebem tak grubym od gwiazd, że uginało się w środku, Tamila opowiadała. Nie tak, jak śpiewają pieśniarki — po ludzku, zwyczajnie, z przerwami na wodę i na moje pytania — i tak też złożyła się we mnie: nie jak pieśń. Jak prawda, którą się odtąd nosi.
Kiedyś — mówiła — świat stał odwrotnie.
Południe było ogrodem i warsztatem świata. Setki lat pokoju, rzeka-matka i jej córki, kanały jak żyły, miasta, z których każde musiało być inne, bo powaga zabraniała powtarzać cudzy pomysł. Nie zjednoczyła ich wojna — zjednoczyła umowa: prowincja po prowincji, pod jednym sztandarem, przy zachowaniu własnych bogów, własnych stylów i własnej dumy; łuki na granicach zamiast murów. Uczyli się, liczyli, budowali. Spierali się o rzeczy, o których północ nie umiała nawet pomyśleć. I popełnili jeden błąd, jedyny, za to nie do wybaczenia: zapomnieli, czym jest wojna. Nie wyrzekli się jej — zapomnieli jej, jak zapomina się choroby, na którą nikt od stuleci nie umarł.
A na północy, w górach, żył klan wojowników. Wyparty kiedyś z nizin przez ludy rolne, zepchnięty w kamień i głód, twardniejący z pokolenia na pokolenie jak wszystko, co rośnie na kamieniu. Ich wódz przyszedł raz do południa z prośbą — o kredyt, o żelazo, o pomoc w odzyskaniu nizin, obiecywał zwrot stokrotny. Południe miało już partnerów na nizinach, spokojnych, rolnych, przewidywalnych. Odmówiło. Nie okrutnie nawet — gorzej: z pogardą, tą uprzejmą pogardą bogatych, która nie podnosi głosu, bo nie uważa rozmówcy za wartego głosu. Zapamiętaj to, panie z Arveny, mówiła Tamila przy ogniu, obracając w palcach swój znaczek od wody: imperia nie rodzą się z siły. Imperia rodzą się z upokorzenia.
Potem niziny zebrały koalicję, żeby raz na zawsze skończyć z góralską plagą — a wódz górali, człowiek bez honoru i bez złudzeń, policzył, że tej wojny nie wygra, i zrobił jedyny ruch, jakiego nie było na żadnej mapie: uderzył nie na armie, tylko na miasto. Na Kastmar.
— A Kastmar — mówiła Tamila trzeciego wieczoru, i tu jej głos robił się inny, niżej nastrojony — Kastmar był wtedy perłą południa. Nie twierdzą. Perłą. Miasto na kamiennych palach pośrodku wielkiej rzeki, najdalej na północ wysunięte dziecko naszej szkoły budowania — młodsza siostra miasta, które widziałeś wczoraj. I był w nim cud, nad którym pracowały trzy pokolenia naszych inżynierów. Tama.
— Po co ogrodowi tama? — spytałem.
— Po to, po co wszystko u nas: żeby się dzielić. — Uśmiech przeszedł jej spodem, gorzki tym razem. — Zrozum najpierw, jak płynęła. Rzeka-matka rodziła się u was, Aleksandrze — z waszych deszczów, z waszych śniegów, w waszych górach, bo to wy mieszkacie wysoko, a my nisko. Cała woda świata spływała z północy na południe, tak jak spływa ze stołu na podłogę — i w jednym jedynym miejscu przeciskała się przez góry: w gardzieli, w której stoi Kastmar. A w gardzieli rzeka była nie do okiełznania. Spad, progi, wiry — żaden statek z północy nie mógł bezpiecznie zejść tym gardłem w dół, żaden nasz nie mógł wspiąć się w górę. Dwa światy mieszkały o miedzę i nie mogły sobie podać ręki, bo rzeka gryzła każdego, kto próbował. Więc nasi zbudowali barierę. Olbrzymią. Zatrzymali całą tę spadającą wodę, spiętrzyli ją, uspokoili — i nagle statki północy mogły podchodzić łagodnie po górnej wodzie, po zbiorniku, pod samą koronę tamy, a nasze podpływały doliną od dołu, pod jej stopę, i nad murem stanęły żurawie, które przenosiły towary z pokładu na pokład jak dłoń przenosi orzechy. — Uniosła dłoń i przechyliła ją lekko, jak stok. — Zapamiętaj ten spadek, Aleksandrze, bo w nim jest wszystko: dopóki tama stała otworem, woda szła w dół, do nas, jak szła od początku świata. Kiedy ją zamknięto — u was wylała, bo nie miała gdzie spływać. A u nas umarła, bo nie miała skąd przyjść. Tama nie powstała, żeby zabierać wodę, Aleksandrze. Tama powstała, żeby handlować. Żeby dwa światy mogły się wreszcie dotknąć. — Patrzyła w ogień. — Tyle że kiedy dwa światy stają tak blisko, że mogą się dotknąć, jeden z nich może też sięgnąć drugiemu do gardła. A tama, która zatrzymuje rzekę, zatrzymuje ją dla wszystkich po obu stronach muru. Kto trzyma tamę, ten trzyma za gardło oba światy naraz. Nasi budowniczowie wiedzieli to i nie bali się, bo przez setki lat nie było nikogo, kto chciałby tę dłoń zacisnąć.
Wódz górali chciał. I on jeden na całym świecie zrozumiał, co ta dłoń jest warta.
Opowiadała mi tamten szturm tak, że zapomniałem o zimnie nocy. Południe miało zbroje, o jakich nie śniło się nikomu, i wojsko wyćwiczone jak taniec — ale górale nie zagrali w tę grę ani jednym ruchem. Zatrute strzałki z rurek, po ciemku, w plecy — nie w żołnierzy: w dowódców, tylko w dowódców, wybijanych jeden po drugim, aż najpiękniejsza armia świata została ciałem bez głowy i zaczęła machać rękami jak topielec. A potem pospolite ruszenie: cały głodny naród na tysiącach byle jakich łódek, ludzie, którym wódz powiedział po prostu, że większość zginie i że tak właśnie ma być, bo zapasów starczy wtedy dla reszty. Zginął co drugi. Co drugi, Aleksandrze — i wiedzieli o tym, wsiadając. Południe przegrało nie dlatego, że było słabsze. Południe przegrało, bo w jego rachunkach nie było rubryki na wodza, który płaci połową własnego ludu jak monetą. Taki koszt był dla nich nie do pomyślenia. Dla niego był ceną.
Kastmar padł. Skarbiec — najwidoczniej pełny, bo włodarz miasta latami trzymał złoto u siebie — padł razem z nim. I zamknęła się tama, i zamknął się handel, i na murach, tam gdzie żurawie przenosiły orzechy, stanęły balisty.
— Reszty domyśl się sam — powiedziała Tamila ostatniego wieczoru przed stolicą. — Nasi próbowali odbić miasto od wody. Wtedy tamci otwierali tamę — po prostu ją otwierali, na flotę — i zamykali z powrotem, kiedy wraki poszły na dno. Nasi zamknęli handel, z dumy: myśleli, że głód rzuci barbarzyńców na kolana, bo sami mieli żniwa trzy razy w roku i mogli czekać wiecznie. — Urwała. — A potem nasi uczeni zauważyli w swoich tablicach coś, w co najpierw nie uwierzyli, bo tablice nigdy nie kłamały, więc sprawdzali dziesięć razy. Poziom wód spadał. Wszystkich. Rzeka-matka karmiła cały ten system od tysięcy lat, a teraz stała spiętrzona za górami, po tamtej stronie, i parowanie na naszym słońcu zabierało więcej, niż oddawał deszcz. Świat, który zbudowaliśmy na wodzie, zaczął schnąć od korzeni. Nie od razu. Rok po roku. Jak człowiek, któremu podcięto żyłę tak cienko, że umiera dwadzieścia lat.
— I wtedy zwołano zebranie — powiedziałem, bo czułem, że cała ta droga prowadzi do jakiegoś jednego miejsca i jednego dnia.
— I wtedy zwołano zebranie. — Tamila wstała i otrzepała szaty z piasku. — Ale zebrania już ci nie opowiem. Zebranie zobaczysz. Jutro staniemy w miejscu, gdzie się odbyło — i tam śpiewa się ostatnią pieśń, jaką mamy. Śpij, panie z Arveny. Jutro skończy ci się droga przez naszą historię. Dalej jest już tylko to, co z niej zostało.
Stolicę zobaczyłem w południe następnego dnia i najpierw pomyślałem, że to góra.
Na horyzoncie stała pionowa ściana — szara, zamglona żarem, przegradzająca świat od krawędzi do krawędzi — i dopiero po godzinie marszu ściana zaczęła się rozpadać na kształty, a kształty na prawdę, a prawda była taka, że żadna góra by mi nie zaimponowała bardziej. To były wieże. Tysiące wież. Las kamiennych igieł tak gęsty, że z daleka zlewał się w jednolity masyw: wieże grube i smukłe, kanciaste i okrągłe, wysokie tak, że najwyższe ginęły w drgającym powietrzu — a wszystkie, na wszystkich wysokościach, połączone siecią mostków, kładek, dróżek i galeryjek, biegnących między nimi na dziesiątkach pięter naraz, jak gdyby jakiś olbrzymi pająk osnuł kamienny las jedną nieskończoną nicią. Nie było jednej drogi przez to miasto. Było ich tysiąc — zależnie od piętra, a pięter było tyle, że przestałem zgadywać. Ilu ludzi mogło tu mieszkać? Zadałem to pytanie na głos i nikt mi nie odpowiedział, i słusznie, bo takie pytania zadaje się nie po to, żeby usłyszeć liczbę, tylko żeby ktoś szedł obok, kiedy człowiekowi kręci się w głowie.
Weszliśmy w miasto dołem, jedną z tysiąca dróg — i od pierwszych stu kroków zgubiłem się tak, jak nie zgubiłem się nigdy i nigdzie. Uliczki skręcały, wznosiły się, przechodziły w schody, schody w mostki, mostki w tunele przewiercone na wylot przez wieże; szedłem i po chwili nie umiałem już powiedzieć, gdzie jest północ, gdzie brama, którą weszliśmy, ani nawet gdzie jest ziemia, bo dołem biegły kolejne kładki nad kolejnymi przepaściami ulic. Labirynt — ale nie z tych, co więżą: z tych, co po prostu mają w nosie, czy umiesz w nich chodzić. A Tamila szła. Pewnie, bez wahania przy rozwidleniach, zakręt za zakrętem, jakby znała tę drogę całe życie — i zrozumiałem, że zna. Że pieśni, które pilnują twarzy i zapachów sprzed pięciu tysięcy lat, pilnują też zakrętów — i że ona chodzi po swojej stolicy od dziecka, w głowie, na pamięć, choć być może stanęła w niej dziś pierwszy raz. Pieśniarki, które czekały gdzieś nad nami, musiały dojść tak samo: prowadzone śpiewem przez miasto, którego nigdy nie widziały.
A światło! Muszę powiedzieć o świetle, bo światło było tu osobnym mieszkańcem. W ścianach wież, na krawędziach mostków, we wnękach, których nie tknęło słońce, siedziały pryzmaty — graniaste bryły szkła wielkości pięści albo głowy, oprawione w kamień pod wyliczonymi kątami — i każdy z nich łapał światło od sąsiada i podawał dalej, w dół, w głąb, za załomy, tak że jasno było wszędzie: pod mostami, w tunelach, na dnie uliczek-studni, w miejscach, które z urodzenia nie miały prawa widzieć słońca nigdy. Miasto bez cieni. Szliśmy najciaśniejszymi szczelinami tej kamiennej puszczy, a światło szło z nami, rozłożone na tęczowe krawędzie, i myślałem o lustrach miasta pod piaskiem, o czerwonej kopule miasta na drzewie — ci ludzie przez pięć tysięcy lat robili ze światłem to, co my ledwo umiemy robić z wodą w młynie: zaprzęgali je.
Morze wież skończyło się nagle, bez ostrzeżenia — i stanęliśmy na krawędzi.
Przed nami była fosa. Nazywam to fosą, bo nie mam lepszego słowa: pionowa dziura w dół, przepaść wycięta w skale kanciasto i równo jak sztancą — prostokątny kanion o ścianach gładkich i prostopadłych, ciągnący się w lewo i w prawo w nieskończoność, w obie strony aż po zamglone końce świata. Zajrzałem przez krawędź i dna nie znalazłem: ściany schodziły w dół, w cień, którego nie sięgały nawet pryzmaty, i gdzieś tam głęboko cień robił się czarny i ostateczny. A po drugiej stronie tej przepaści stał gmach.
Pałac. Ratusz. Serce. Nie wiem, jak go nazywali — Tamila, wierna sobie, nie nazwała go wcale — więc powiem, co widziałem: prostokąt. Regularny, kanciasty, ogromny prostokąt, bez jednej krzywizny, bez kopuły, bez wieżyczki — po morzu tysiąca fantazyjnych wież ta bryła prostoty uderzała mocniej niż wszystkie fantazje razem wzięte. Ale podejdź bliżej — a most nad fosą był jeden, kamienny, prosty jak wyrok — i prostota rozpadała się na szczegół: całe ściany, od dołu po niewidoczny szczyt, pokrywały zdobienia i malowidła, tysiące stylów, jeden przy drugim, pas przy pasie — tu ornament z liści i wody, obok surowe geometryczne sploty, dalej postacie prowadzone konturem, jeszcze dalej mozaika, płaskorzeźba, barwiony tynk — kończył się jeden styl, zaczynał inny, jakby każda prowincja, każde pokolenie, każda szkoła dostały po kawałku ściany, żeby wpisać się w to jedno wspólne ciało. Kanciasta prostota niosąca na sobie cały zgiełk świata. Wprawiało to w osłupienie — mnie wprawiło; stałem na moście jak sól.
I jeszcze jedno, od czego kręciło mi się w głowie jeszcze długo po zejściu z mostu: gmach nie miał końca. Ciągnął się wzdłuż fosy w obie strony, jak ona — w nieskończoność. Szukałem wzrokiem miejsca, gdzie się kończy, gdzie zaczyna się zwykła skała, i nie znalazłem: mury przechodziły w ścianę kanionu bez szwu, a na ścianie kanionu, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się dalej okna, gzymsy, pasy zdobień. Może tam już nie było budynku. Może w litej skale wykuli atrapy — okna, których nie ma, style, których nikt nie zamieszkał — po to tylko, żeby oko nigdy nie znalazło granicy i żeby każdy, kto staje na tym moście, myślał to, co ja myślałem: że to się nie kończy. Że serce południa jest bez brzegów.
W środku była pustka.
Piękna i wyniszczona, tak jak w mieście na rzece: posadzki pod jęzorami piasku, blizny po złocie, ślepe świeczniki. Ale ściany — ściany żyły. Ta sala, przynajmniej to jej piętro, była od stóp po strop wypełniona historią: malowidła, setki malowideł, pas nad pasem, opowiadające wszystko — zjazdy pod łukami, budowę tamy, żniwa, igrzyska, flotylle na rzece-matce, twarze władców, twarze uczonych, twarze zwykłych ludzi przy zwykłej pracy, podpisane rzędami ich obłych liter. Skarbnica dziejów. Kopalnia pamięci. Szedłem wzdłuż ścian z zadartą głową i czułem się jak analfabeta w bibliotece — wszystko tu było napisane, a ja umiałem tylko patrzeć.
A na środku sali stały schody.
Kręcone schody — ale powiedzieć o nich „kręcone schody" to jak powiedzieć o morzu „woda". Spirala z kamienia szeroka tak, że mogłoby nią wjeżdżać obok siebie sześć wozów, o stopniach płytkich i długich, z balustradą grubą jak mur obronny — wznosiła się ze środka sali w górę, w mrok, zakręt za zakrętem, i nie było widać, gdzie się kończy. A kiedy podszedłem do balustrady, zobaczyłem, że schodzi też w dół: ta sama spirala wierciła się pod posadzkę, piętro pod piętrem, coraz ciemniej, aż w czerń — w stronę tej samej głębi, w którą patrzyłem godzinę wcześniej z krawędzi fosy.
— Tamila. — Własny głos wrócił do mnie echem z obu stron naraz, z góry i z dołu. — Ile tu jest pięter? To się ciągnie aż do piekła.
— Jest ich naprawdę dużo — odparła. Stała obok, z dłonią na kamiennej balustradzie, płasko, jak na czymś swoim. — Musiał zmieścić administrację całego południa. Wszystkie prowincje, wszystkie spory, wszystkie rachunki świata, który sięgał od gór po drugie morze. — Poklepała balustradę, raz, dwa, jak klepie się bok starego konia. — To było nasze serce, panie z Arveny. Kwadratowe, kanciaste serce. — I dodała, już wchodząc na pierwszy stopień, nie odwracając głowy: — Wierzę, że jeszcze kiedyś zabije.
Weszliśmy piętro wyżej — jedno jedyne piętro z tych niezliczonych — i tam, w sali mniejszej i niższej, przy oknach z pryzmatami rzucającymi na posadzkę tęczowe krawędzie, siedziało dwanaście kobiet w szatach barwy niewypalonej gliny.
Ostatnie. Wiedziałem to, zanim Tamila powiedziała — po tym, jak na nas czekały: inaczej niż tamte, uroczyściej, jak czeka się na koniec drogi. Nie podróżowały z nami nigdy; w każdym mieście były inne, i dopiero teraz, patrząc na te dwanaście obcych twarzy, zapytałem czemu.
— Może pieśni są za ciężkie — powiedziała Tamila — żeby jedne plecy uniosły wszystkie. Koloseum śpiewa się w koloseum, rzekę nad rzeką. A to, co śpiewa się tutaj… — urwała i zaczęła rozcierać zielsko na dłoni. — Tego nie śpiewa się nigdzie indziej. I nikt, kto to śpiewa, nie chce umieć niczego więcej.
Skręciła zielsko w suchy liść tym samym płynnym ruchem co zawsze, nie patrząc na dłonie, przypaliła, zaciągnęła się pierwsza i podała mi. Zaciągnąłem się po jej szkole: w płuca, do dna, licząc do pięciu. Świat pociemniał na krawędziach, pryzmaty w oknach zaczęły powoli obracać swoje tęcze — i dwanaście głosów weszło jeden w drugi, i sala sprzed pięciu tysięcy lat otworzyła się wokół mnie jak dłoń.
To była wizja jednolita — bez migania, bez dwóch czasów. Jeden dzień. Jedna sala. Ta sala — piętro niżej, ta z malowidłami i schodami — tyle że pełna.
Nie umiem powiedzieć, ilu ich było. Tysiące. Sala, która na pusto wydawała się wielka, na pełno okazała się ogromna: ławy amfiteatralne pod wszystkimi ścianami, poselstwa prowincji pod swoimi znakami, uczeni w bieli całymi rzędami, pisarze przy pulpitach wzdłuż ścian — a między tym wszystkim, w powietrzu, coś, czego nie widziałem jeszcze w żadnej wizji i co czułem skórą jak burzę przed pierwszym gromem: strach. Zbiorowy, gęsty, dyszący strach tysięcy mądrych ludzi, którzy przyszli tu z tablicami pełnymi liczb i wszyscy znali te liczby na pamięć.
A na środku, u stóp wielkich schodów, stał cesarz.
Nie na tronie. Na posadzce, na równi ze wszystkimi, w szacie ciemnej i bez ozdób — niemłody człowiek o twarzy, którą znałem: znałem ją z baldachimu w koloseum, znałem ją z linii brody kobiety, która siedziała teraz obok mnie po drugiej stronie dymu. Krew gladiatora i krew córki, czwarte czy piąte pokolenie — i po tym, jak sala cichła, gdy unosił dłoń, wiedziałem, że to on prowadzi ten dzień. Że przyszli tu do niego: żeby to on powiedział na głos rzecz, której nikt inny nie umiał unieść.
Wysłuchał wszystkich. To trwało godzinami, a wizja niosła mnie przez te godziny jak rzeka — raz gęsto, raz przeskokiem. Wysłuchał uczonych, którzy wychodzili na środek jeden po drugim i czytali z tablic wyroki: ile łokci opadła rzeka-matka w tym roku, ile opadnie w następnym, kiedy staną kanały wschodnie, kiedy młyny, kiedy pola. Jeden z nich, stary, w połowie czytania po prostu usiadł na posadzce, na środku, przy wszystkich, i nie mógł dalej — i nikt się nie zaśmiał, dwóch młodszych podniosło go pod ramiona i doczytało za niego. Wysłuchał wojewodów, którzy chcieli wojny: odbić tamę, teraz, natychmiast, rzucić wszystko, co pływa — i wysłuchał admirała, który wyszedł na środek z twarzą z kamienia i policzył im na głos wraki trzech poprzednich flot, imię po imieniu, okręt po okręcie, aż sala wyła, żeby przestał, a on nie przestał, póki nie skończył. Wysłuchał tych, którzy chcieli kupować: oddać barbarzyńcom wszystko, złoto, sekrety, dumę, byle otworzyli wodę — i wysłuchał starej kobiety z poselstwa zachodniego, która odpowiedziała im tylko jednym pytaniem: a kiedy zjedzą wszystko, co damy, czym zapłacimy za wodę na kolejny rok? Płakali. Mówię to, bo widziałem: dorośli, uczeni, potężni ludzie płakali na tej sali otwarcie, bez wstydu, i kłócili się przez łzy, i wchodzili sobie w słowa, i pieśń niosła mi to wszystko naraz — gniew, energię tonącego świata, który jeszcze raz, ostatni raz, próbował się wygrzebać rachunkiem z czegoś, z czego rachunek nie zna wyjścia.
A potem, kiedy wypalili się wszyscy, cesarz uniósł dłoń i sala ucichła tak, że słyszałem skrzypienie piór pisarzy.
— Policzono wszystko — powiedział. Głos miał niski i zmęczony, i nie podnosił go wcale; cisza pracowała za niego. — Słyszeliście liczby. Wody nie będzie. Nie za rok, nie za dziesięć — nigdy. Ten świat, nasz świat, umrze. Nie dlatego, że przegraliśmy wojnę. Dlatego, że wygrał ją ktoś, komu nie przyszło do głowy, że można jej nie zacząć. — Przeszedł wzdłuż pierwszego rzędu ław, powoli, patrząc ludziom w twarze. — Zostaje nam jedno i powiem to wprost, bo zasłużyliście na wprost. Woda jest głęboko. Nasi liczący mówią: są żyły, których susza nie sięgnie, i da się w nie trafić, i da się nad nimi zbudować miasta. Małe miasta. Ciasne. Ciemne. Policzone co do kropli. — Zatrzymał się. — Jeśli zbudujemy je dobrze i jeśli rachunek się utrzyma, przeżyje pięciu na stu.
Sala nie krzyknęła. Sala jęknęła — jednym niskim, zbiorowym jękiem, jak kadłub okrętu, kiedy siada na skale — i ten dźwięk będzie mi się śnił do końca, wiem to.
— Pięciu na stu — powtórzył cesarz w ten jęk. — A ci, którzy mają umrzeć, nie mogą wiedzieć, że umierają wedle planu — bo kraj, który wie, że go poświęcono, spłonie w rok, i nie przeżyje nikt. Będziemy więc udawać, że przegrywamy powoli. Będziemy kopać po cichu i schodzić pod ziemię po kryjomu. Zostawimy magazyny, plany i pieśni. I będziemy czekać — pokolenie za pokoleniem, tam w dole, przy naszych żyłach — na dzień, w którym będzie można uderzyć raz. Jeden raz. Właściwego dnia. — Wrócił na środek, pod schody, i po raz pierwszy tego dnia jego głos drgnął. — Nie proszę was o zgodę. Zgody na coś takiego nie daje nikt. Proszę was o podpisy — żeby żaden z nas nie mógł kiedyś powiedzieć, że umywał ręce. Ja podpisuję pierwszy.
I podpisał — na wielkim arkuszu, który pisarze rozłożyli na pulpicie pośrodku sali — a potem podchodzili inni, poselstwo za poselstwem, prowincja za prowincją, jedni prosto, inni tak, że trzeba ich było prowadzić pod ręce, stara kobieta z zachodu ucałowała arkusz, zanim podpisała, ktoś zemdlał i podpisał, kiedy go ocucono — tysiące ludzi w kolejce do jednego pióra, płacząc i podpisując śmierć dziewięćdziesięciu pięciu na stu, żeby pięciu mogło kiedyś wrócić po wodę.
Pieśń zaczęła cichnąć na tej kolejce — na skrzypie pióra, na szuraniu tysięcy stóp — i sala pełna rozpłynęła się w salę pustą, w tęczowe krawędzie na posadzce, w dwanaście milczących kobiet i w Tamilę, która siedziała po drugiej stronie wygasłego zielska i patrzyła na mnie tak, jak się patrzy na wracający statek.
Milczałem długo. A potem zadałem jedno, ostatnie pytanie tej podróży:
— Utrzymał się? Rachunek. Pięciu na stu.
— Nie. — Tamila powiedziała to spokojnie, i właśnie ten spokój bolał najbardziej. — Żyły okazały się słabsze, niż zakładano. Nitki, nie rzeki. Studnie dawały mniej, miasta musiały być mniejsze, normy ostrzejsze. Przeżył jeden na stu, Aleksandrze. Jeden. — Odgarnęła popiół z krawędzi misy, machinalnie, jak prostuje się brzeg kartki. — Cesarz zszedł pod ziemię z ostatnimi. Dokończył budowę, ustanowił prawa, normy, żetony, pieśni — wszystko, po czym chodziłeś przez te tygodnie, to jego ręka — i umarł w mieście pod piaskiem, stary, przy swojej studni. Jego krew ma się dobrze. — Uniosła głowę. — Siedzi przed tobą.
Długo siedzieliśmy w ciszy. Pryzmaty w oknach gasły z wolna razem z dniem, tęcze na posadzce robiły się coraz chudsze, pieśniarki wyszły bezszelestnie, jedna po drugiej, każda dotykając w progu framugi — i zostaliśmy sami w sercu umarłej stolicy, na jednym z niezliczonych pięter kwadratowego serca, dwoje ludzi i wypalona misa między nimi.
— Aleksandrze. — Tamila odezwała się pierwsza. Nie „panie z Arveny". Aleksandrze. — Po tym wszystkim, co ci pokazałam. Po tym wszystkim, co zrobiła nam północ. Będziesz z nami?
Myślałem chwilę. Chcę, żeby to zostało zapisane we mnie uczciwie: myślałem. O ojcu nad mapą. O żonie, która spała, kiedy wyjeżdżałem. O moim mieście na klifie, o czternastu zbrojach w sali, o wszystkim, co po tamtej stronie gór było mną. I myślałem o dzieciach, które nie płaczą, bo szkoda wody, o steli z imionami tych, którzy zeszli i nie wyszli, o kolejce tysięcy ludzi do jednego pióra — i o tym, że przez dwadzieścia dziewięć lat mówiłem „pustynia" na miejsce zbrodni.
— Będę — powiedziałem.
Tamila skinęła głową, powoli. A potem podniosła na mnie oczy i zobaczyłem w nich łzy — pierwsze, jedyne, przez wszystkie te tygodnie — i zaczęła mówić dalej, głosem równym mimo tych łez, jak ktoś, kto tę mowę nosił w sobie od bardzo dawna i wygładził ją do ostatniego słowa.
— To posłuchaj mnie teraz do końca. Nie mogę darować tego, co zrobiono naszej cywilizacji. Nie mogę darować morderstwa tak wielu dobrych ludzi — miliony, Aleksandrze, miliony istnień, uczonych i dzieci, i starych kobiet, które całowały arkusz — za jedną tamę, za jedno upokorzenie, za jeden dzień pychy. — Łzy szły jej po twarzy i nie ścierała ich wcale. — Więc kiedy nadejdzie właściwy dzień — a on nadchodzi — nie oszczędzę życia nikogo. Ale to nikogo, kto jest mieszkańcem północy. Zabiję wszystkich. Wiem, jak to brzmi. Chcę, żebyś wiedział, jak to brzmi, i żebyś nigdy nie mógł powiedzieć, że nie wiedziałeś. — Wzięła oddech. — Ale ty. Ty, Aleksandrze z Arveny. Jeśli zgodzisz się mi pomóc — jeśli staniesz się moją bratnią duszą w tym, co przyjdzie — obiecuję ci: dożyjesz późnej starości. A gdy poczujesz, że twój czas mija, odejdziesz jako ostatni. Ostatni człowiek północy na tym świecie. Szybko i bezboleśnie, i nie sam. — Wyciągnęła ku mnie otwartą dłoń, nad wygasłą misą, tym gestem, który znałem już z dwóch światów. — Powiedz. Czy zgadzasz się na to wszystko — przy świadkach, przy bogach, przy mnie?
Dłoń wisiała między nami w gasnącym świetle pryzmatów.
A ja patrzyłem na nią i słyszałem własne serce — to samo, które widziałem kiedyś w ciemności przed sobą, czerwone i spokojne — jak bije teraz wcale niespokojnie, jak bije na całą pustą stolicę, na wszystkie jej piętra naraz.