LILIANNA
Karoca toczyła się przez górne miasto, a we mnie gryzły się dwa wilki.
Lubię jeździć górnym miastem — to jedna z niewielu rzeczy, do których przyznaję się bez wstydu. Kamienice bogaczy stoją tu ramię w ramię jak goście na balu, każda w swoim kolorze, z herbami nad bramami i z oknami tak czystymi, że niebo przegląda się w nich po dwakroć; między brukiem a progami rosną w donicach drzewka przycinane w kule, a służba myje schody o świcie, więc całe przedpołudnie ulice pachną mokrym kamieniem i pastą do mosiądzu. Z wysokości karocy widać stąd wszystko, czym jest Arvena: w dole port i Podkowę z lasem masztów, wyżej dachy handlowej, złoty bluszcz klasztornego pięciokąta, a nad tym wszystkim zamek — mój zamek, myślałam teraz, i to „mój" wciąż jeszcze smakowało obco, jak słowo z cudzego języka, które człowiek wymawia poprawnie, ale bez wiary.
Bo coś się we mnie przestawiło przez te tygodnie. Czułam to po drobiazgach: po tym, jak stangret czekał na moje skinienie, nie na skinienie ochmistrzyni; po tym, jak straż przy bramach salutowała mnie, nie sukni; po tym, że gdybym teraz wychyliła się i powiedziała „do Zacienia" — pojechaliby. Bez pytań, bez posyłania po zgodę, bez „panienka wybaczy". Pojechaliby, bo dziedziczka Arveny jeździ tam, dokąd każe. Zrobiłam się panią swojego więzienia — i wiem, jak gorzko brzmi to zdanie, ale w moim życiu to był awans, o jakim nie śniłam: klatka wprawdzie stała, gdzie stała, ale kraty wyrwałam własnymi rękami, jedną po drugiej, i mogłam teraz wychodzić i wracać, i nikt nie śmiał zapytać po co.
A jednak.
A jednak w tej karocy, w tym mieście, które nauczyło się mnie słuchać, siedziała kobieta, której wciąż brakowało jednej jedynej rzeczy, i była to rzecz najtańsza na świecie: kogoś, kto by przy niej po prostu był. Nie dla tytułu, nie dla pieczęci, nie z rozkazu i nie z litości. Marty mi brakowało. Mojej poczciwej, ciepłej, gderliwej Marty, która nie umiała czytać i znała na pamięć wszystkie moje twarze; która przynosiła mi miodowniki nie dlatego, że wypadało, tylko dlatego, że lubiła patrzeć, jak jem; która chciała przy mnie być — po prostu chciała, bez powodu, a to „bez powodu" jest najrzadszym kruszcem tego świata, rzadszym niż południowe złoto. Byłam teraz w środku wszystkiego. Patrzono na mnie, kłaniano mi się, liczono się ze mną. I byłam sama — inaczej sama niż kiedyś, wygodniej, dostojniej, ale tak samo do szpiku.
I dlatego — właśnie dlatego, rozumiałam to coraz jaśniej — wracałam myślami do Karola.
Dwa wilki, mówię. Pierwszy miał oczy Willa: spokojne, cierpliwe, stojące zawsze o krok — wilk, który nie skacze, tylko czeka, aż sama podejdę, i którego wierności byłam pewna tak, jak jest się pewnym kotwicy. Trzyma, Lilio. Wiedziałam, że trzyma. Wiedziałam, że z Willem byłby dom, prawdziwy, ciepły, z kołysanką na dwa głosy — i że to jest wybór rozsądny, dobry i mój… i właśnie dlatego się go bałam, bo wszystkie rozsądne rzeczy w moim życiu pachniały dotąd klatką. A drugi wilk nie miał wcale oczu, tylko uśmiech — i tego drugiego kompletnie nie znałam. Kompletnie. Muszę to przyznać na głos, przed samą sobą, bo w karocy nie było nikogo innego: nie wiedziałam o Karolu nic. Skąd jest. Kim jest. Dokąd odpłynął. Co u licha ze mną wyprawia i po co. Obiecał spotkanie „u siebie" — u siebie, czyli gdzie, na którym z mórz, w czyim domu? — i zniknął, zostawiając mnie z tym „u mnie" jak z niezapłaconym rachunkiem. A mimo to zawładnął moją duszą, bezczelnie, jak zawładnął wszystkim, czego dotknął.
Bo on jeden był inny. Miał w poważaniu przywileje, tytuły, całe to „ble ble" dworów i protokołów — spóźniał się, kiedy chciał, kłaniał się za nisko i za wolno, brał moje miasto pod włos, jakby świat był grą, do której tylko on zna zasady. Zuchwały. Bezczelny. Nieznośny. I rozmawiał ze mną. Ze mną — nie z mięsem na targu klaczy, nie z dziedziczką, nie z panienką specjalnej troski. Z Lilią. Od pierwszej rozmowy patrzył na mnie tak, jakbym była graczem, nie pionkiem, przeciwnikiem wartym rozgrywki, kobietą wartą uwiedzenia — i tak, wiem, chciał mnie uwieść, nigdy tego nie ukrywał, ale chciał mnie uwieść dla przyjemności, bo mu się spodobałam, ja, nie moje księstwo, nie mój tytuł, nie moja pieczęć. To była ogromna różnica! Ja zrozumiałam ją dopiero przy nim. Całe życie byłam czyjąś okazją. Dla niego byłam apetytem. I ten człowiek, o którym nie wiedziałam nic, porwał moje serce jak sakiewkę na targu — sprawnie, bezboleśnie i w biały dzień — a ja stałam teraz jak okradziona, która łapie się kieszeni i nie umie nawet powiedzieć strażnikom, jak wyglądał złodziej.
Wilk, którego znałam i który by mnie nigdy nie zdradził. Wilk, którego nie znałam wcale i który już mnie zostawił. Gryzły się we mnie na całej drodze przez górne miasto — a ja, córka rozsądku i wychowanka klatek, nie umiałam nawet ustalić, któremu kibicuję.
Karoca stanęła przed klasztorną furtą i wilki musiały zaczekać. Jechałam przecież do Wincentego.
Zastałam go w skryptorium, nad stołem, który wyglądał jak pole bitwy map i list: arkusze z adresami, kolumny imion, moje własne opisy wizji spisane jego równym pismem. Od dni pracowaliśmy tak — on nad papierem, ja nad zmarłymi — bo ciała nie przestały przychodzić. Pięć, sześć na dobę, równo, jak dostawy. Wyznałam mu wszystko jeszcze po tamtej pierwszej wizji: spichrz, torby, pakuneczki z palcami, loch bez miejsca na mapie, uprzejmy głos, który zamawiał ćwiartowanie — wszystko, co nosiłam sama, oddałam mu tamtego wieczoru w kostnicy i od tamtej pory nosiliśmy to we dwoje. We dwoje było ciężej i lżej naraz; tak to już jest z prawdą.
— Nic nowego — powiedział zamiast powitania, nie unosząc głowy. — Sprawdziłem twoje wczorajsze trzy. Ten sam chwyt, ten sam kolec, ta sama delikatność. Od tamtej jednej wizji z rozmową — nic. Jakby ktoś zamknął usta całemu przedsięwzięciu.
Usiadłam po drugiej stronie stołu. Wincenty odłożył pióro, przetarł oczy i zaczął mówić — tak jak myślał, głośno, porządkując; znałam ten jego tryb i wiedziałam, że nie wolno przerywać.
— Składam sobie tego człowieka od dni, Lilianno, i on mi się nie skleja. Popatrz sama. Pojawia się nagle — po latach; stary latarnik znał go za młodu, więc wiemy, że umie czekać dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat cierpliwości, rozumiesz? A potem, w jeden sezon: pozbywa się starego lichwiarza, przejmuje jego księgi, zaczyna masowo zabijać dłużników i masowo brać nowych. Głośno. On, człowiek cichy, człowiek, którego imienia nikt nie zna, zachowuje się głośno jak jarmark. — Wstał, zaczął chodzić wzdłuż stołu. — On ma za sobą dwadzieścia lat doświadczenia i szajki tego rodzaju w wolnych miastach — to widać w każdym ruchu: on nie tworzy, nie próbuje, nie uczy się na błędach. On adaptuje gotowy schemat, sprawdzony gdzie indziej. Tylko że… — zatrzymał się — …tak się nie adaptuje czegoś, co działa. Bo my go dostrzegliśmy, Lilianno. Ty, ja, Will, pół Zacienia. Ba — Filip go zignorował, ale się o nim dowiedział. Ludzie jego pokroju nie dają się poznać w kwartał. Ludzie jego pokroju budują wpływy po cichu latami i uderzają z ukrycia, raz, tam gdzie boli. A ten? Ten działa, jakby się palił. Jakby miał określony cel i wyznaczony czas, i szedł do tego celu po trupach, nie oglądając się na hałas. On czegoś szuka — to jest pewne jak świt. Czegoś szuka i pilnuje tego tak, że każda nieudana próba kończy się śmiercią próbowanego. Jakby cel był ważniejszy do ukrycia niż on sam.
Patrzyłam na arkusze — na kolumny imion, na adresy z sześciu różnych ulic — i pytanie zadało się prawie samo:
— A gdybyś spróbował powiązać te śmierci z osobami? Nie z adresami — z ludźmi. Kim byli. Co robili. Może jest coś, co łączy wszystkich zamordowanych — jedna rzecz, jedno miejsce, jeden fach. Może to nam odpowie, czego on szuka.
Wincenty stanął jak wryty. Przez chwilę patrzył na mnie, a potem na swoje arkusze — i zobaczyłam, jak jego myśl rusza, jak rusza cała naraz, niczym woda po wyjęciu zastawki.
— Powiązać ofiary… — powtórzył półgłosem. — Nie gdzie umarli. Kim byli. — Zaczął już przy tym przekładać arkusze, szybko, po swojemu. — To jest świetne, Lilianno. To jest tak proste, że aż wstyd, że siedzę nad tym tydzień. — Uniósł głowę. — Zajmę się tym. Sam. A ty posłuchaj mnie uważnie: dość szafowania twoim darem. Nie będę cię kładł na posadzce kostnicy co wieczór po to, żeby obejrzeć dziesiąty raz ten sam kolec. Wracaj do zamku. I uważaj na siebie, dziecko — bo ten człowiek czegoś albo kogoś szuka, to jedno wiemy na pewno. A ja nie wiem jeszcze czego. I dopóki nie wiem, każdy w tym mieście może stać na jego liście.
IDA
Vargan chodził. Ledwo, to prawda — od okna do drzwi z jednym kijem, od drzwi do schodów z zaciśniętymi zębami — ale chodził, wielki i chwiejny jak dąb, który postanowił się przejść, i cała wieża gościnna trzęsła się od jego kroków i jego klątw.
Przyszłam tego dnia z olejkiem na blizny i z postanowieniem, które nosiłam od trzech nocy jak rozżarzony węgiel w gołych dłoniach. I ledwo zamknęłam za sobą drzwi, węgiel wypalił mi dziurę w rozsądku i wypadł z ust cały naraz:
— Nie mogę spać. — Stałam przy drzwiach z olejkiem w rękach jak głupia. — Nie mogę spać, nie mogę myśleć, nie mogę się modlić, bo między mną a Bogiem stoisz ty i nawet nie masz na tyle przyzwoitości, żeby się odsunąć. Chcę z tobą uciec, Varganie. Dokądkolwiek. Chcę z tobą uciec i to jest jedyna rzecz, jaką wiem o sobie na pewno.
Vargan usiadł. Tak po prostu — ugięły się pod nim te jego świeżo odzyskane kolana i usiadł na skrzyni pod oknem, i patrzył na mnie długo, z otwartymi ustami, wielki wódz klanów, postrach dwóch stron gór, wyglądający jak chłopiec, któremu góra przemówiła ludzkim głosem.
— Siostro… — zaczął wreszcie, ostrożnie, jak po lodzie. — Ja wiem, co czujesz. Wiem lepiej, niżbyś chciała. Ale ty jesteś siostrą zakonną, kobieto. A ja jestem wodzem klanu, człowiekiem krwi, i do tego, wybacz, człowiekiem małej wiary — bardzo małej, tyle co pod paznokciem. Miło mi. Bogowie świadkami, jak mi miło, nikt mi w życiu nic podobnego… — zaplątał się, machnął ręką. — Powinnaś ochłonąć. Wrócić do siebie, pomodlić się, wyspać. Bo przecież… — i tu powiedział zdanie, które w jego ustach zabrzmiało jak wyjęte z katechizmu dla dzieci, i przez to właśnie złamało mnie do końca: — …siostry mężów sobie nie biorą.
Więc podeszłam i pocałowałam go.
Nie umiem tego opisać tak, jak się opisuje pocałunki w pieśniach, bo to nie był pocałunek z pieśni — to był pierwszy pocałunek w moim dorosłym życiu, niezdarny, za mocny, ze słonym posmakiem moich własnych łez — ale kiedy się odsunęłam, Vargan siedział na tej skrzyni zbaraniały tak, że zbaranienie to za małe słowo, i oddychał, jakby to on przebiegł właśnie przez całe miasto, i patrzył na mnie tymi swoimi jasnymi, obłędnymi oczami, w których pierwszy raz od naszego poznania nie było ani odrobiny drapieżnika. A potem powiedział — cicho, prędko, jakby się bał, że rozsądek go dogoni:
— Jak tak, to uciekaj ze mną teraz. Już. Zaraz. — Dźwignął się ze skrzyni, sięgnął po kij. — Zabierz mnie niby do katedry. Chory wódz idzie się modlić z siostrą, która koi jego duszę — pobożny widok, aż miło. A jak będziemy przy katedrze… po prostu wyjdziemy. Bramą. Na dół, przez miasto, za mur. Nikt nas nie zatrzyma, Ido. Ludzi mojej postury nie pyta się, dokąd i po co idą — a strażnicy na dole nie wiedzą nawet, że jestem więźniem, bo nikt im tego nie powiedział, bo oficjalnie jestem gościem. Wyjdziemy sobie jak para na spacerze. A po wioskach… — uśmiechnął się, po raz pierwszy tym uśmiechem bez prób i błędów, gotowym — …po wioskach spotkamy mój lud. Oni czekają na moją ucieczkę od dnia, w którym padła klacz — znam ich, czekają z niecierpliwością, która parzy. W pierwszej wsi za doliną będą stały konie. Zobaczysz.
Powinnam była powiedzieć: ochłońmy oboje. Powinnam była przypomnieć sobie śluby, przełożoną, regułę, dach klasztoru, pod którym przeżyłam całe dorosłe życie. I przypomniałam sobie — wszystko po kolei, uczciwie, tak jak się robi rachunek sumienia — i rachunek wyszedł mi taki: przez trzydzieści lat nie poczułam nic. Służyłam, milczałam, przepisywałam, byłam pożyteczna i przezroczysta, i ani razu, ani jednego razu, nic we mnie nie krzyknęło „żyję". A teraz krzyczało. Pierwszy raz w całym moim życiu coś we mnie krzyczało tak, że zagłuszało dzwony — i wiedziałam, że jeśli to zignoruję, to już na zawsze; że prędzej zignoruję śluby, regułę i wszystko, czym byłam, niż to jedno. Bo po to jest życie. Po to musi być życie — inaczej po co byłoby takie długie. To była moja jedyna szansa; drzwi, które otwierają się raz. Albo wyjdę nimi teraz, albo zostanę w murach do końca i będę do śmierci siostrą, która raz, dawno temu, przez jedną wiosnę, prawie żyła.
— Weź płaszcz — powiedziałam. — W katedrze o tej porze zimno.
Plan Vargana był prosty jak on sam. Rzeczywistość okazała się gęstsza — bo zamek, odkąd książę wzmocnił straże, wyglądał jak mrowisko: droga do katedry zasiana była strażnikami jak łąka mrówkami, posterunek przy posterunku, warta przy warcie, wszyscy pilnujący Filipa do potęgi, na każdym kroku, na każdym zakręcie korytarza. Wielki kulejący wódz z kijem nie miał szans przejść niezauważony obok nikogo.
I wtedy to ja zaczęłam mówić.
Przy każdym posterunku to samo, cicho, ze spuszczonymi oczami, głosem siostry, która za dużo widziała przy łożach konających: że z wodzem jest tragicznie. Że medyk mówi, co mówi, ale ja przy nim czuwam i wiem swoje — może nie dożyć jutra. Że prosi o jedno: odbyć ostatnią drogę do katedry, o własnych nogach, póki jeszcze może, z moim wsparciem. Że wiem, jakie to ryzyko — ale spójrzcie na niego, panowie, on ledwie stoi; czy taki człowiek komukolwiek zagrozi? Zaufajcie mi.
I straż wierzyła. Posterunek po posterunku, warta po warcie — wierzyli, bo po pierwsze pilnowali przed wejściem, nie przed wyjściem; cała ich czujność patrzyła na zewnątrz, tam skąd miał przyjść morderca, a nie do środka, skąd wychodził kaleka z zakonnicą. Po drugie — widziałam to w ich oczach, jedno po drugim — takiego oprycha z wewnątrz murów lepiej się pozbyć niż go trzymać; a jak jeszcze miał w tej katedrze umrzeć, to już całkiem dobrze się składało: i kłopot z głowy, i grzechu na sumieniu nie ma, bo przecież puścili człowieka do świątyni. Niech idzie. Niech się modli. Niech nie wraca.
I tym głupim sposobem po prostu wyszliśmy — schodami w dół, przez dziedziniec, przez górne miasto, przez handlową, wzdłuż klasztornego muru, za którym zostało całe moje poprzednie życie i z którego nikt nawet nie wyjrzał. Przez bramę, w której strażnik ziewnął. I dalej, traktem, w doliny — para na spacerze, z których jedno uczyło się na nowo chodzić, a drugie uczyło się na nowo wszystkiego.
LILIANNA
Wincenty wpadł do zamku nazajutrz przed wieczorem — i mówię „wpadł", bo to jedyne słowo: Wincenty, który nigdy się nie śpieszył, który podlewał rozmaryn w czasie oblężenia, wbiegł po schodach paradnych, przepychając się przez służbę, zdyszany, z habitem w nieładzie, i zażądał widzenia ze mną natychmiast, a kiedy wybiegłam mu naprzeciw, chwycił mnie za obie ręce, na oczach dworzan, czego nie zrobił nigdy przedtem.
— Wiem — wydyszał. — Lilianno. Już wiem. Powiązałem te śmierci.
Wciągnęłam go do najbliższej komnaty i zamknęłam drzwi.
— Zrobiłem, jak radziłaś. Nie adresy — ludzie. Kim byli, czym się parali, komu służyli. — Mówił szybko, wciąż bez tchu, rozkładając na stole arkusz zapisany dwiema kolumnami. — I ono tam było, dziecko. Od początku tam było, wystarczyło spojrzeć z właściwej strony. Cieśla ze Starej Grobli — dwadzieścia lat temu cieśla zamkowy, budował remizę straży, brat bramnego. Wdowa z Rybnej — matka strażnika z bramy górnego miasta. Powroźnik — dostawca lin dla straży portowej, pił co tydzień z dowódcą warty zachodniej. Ten młody z Podklifia — giermek, kandydat do gwardii, po egzaminach. I tak dalej, i tak dalej — dziesiątki ciał, Lilianno, i praktycznie wszyscy, każdy jeden, byli związani ze strażą. Nie ze sobą nawzajem. Ze strażą. Dowódcy, bramni, rodziny bramnych, dostawcy, dłużnicy strażników — cała sieć ludzi, którzy wiedzą, jak zamek oddycha: kto stoi przy której bramie, kiedy zmiana, którędy chodzi ront, gdzie się śpi na warcie. — Uniósł na mnie oczy. — On nie terroryzuje miasta, Lilianno. On przesłuchuje miasto. Zastrasza, żeby ktoś pękł. Robi podchody. Szuka drogi. On chce wejść tutaj. Do zamku.
Zimno, które znałam już dobrze, weszło mi pod suknię całe naraz.
— Zamek jest strzeżony jak żaden dom na tym wybrzeżu — mówił dalej Wincenty, chodząc już po komnacie, tam i z powrotem. — Wiem, bo sam próbuję czasem wejść bez zapowiedzi i nie umiem. Żywa dusza nie prześlizgnie się bez glejtu, każda brama ma podwójną wartę, każdy glejt sprawdzają dwa razy. Więc on rozbiera tę twierdzę po ludzku — człowiek po człowieku, strach po strachu, dług po długu — szuka szpary nie w murze, tylko w ludziach, bo ludzie są zawsze najcieńszym miejscem każdego muru.
— Uważasz, że to ja jestem celem? — zapytałam.
Wincenty zatrzymał się. I odpowiedział z tą swoją okrutną, kochaną szczerością, za którą byłam mu wdzięczna nawet wtedy:
— Nie, kochana. Ty jeszcze nic nie znaczysz. — Podszedł do stołu i położył palec na arkuszu. — Celem jest Filip. Popatrz: to gwardziści jego ochrony tracili przyjaciół, to wokół jego bram krążą te śmierci, jak ćmy wokół jednej świecy. Ktoś chce dosięgnąć księcia — i przez tygodnie szukał, którędy. — I wtedy jego twarz zrobiła się taka, jakiej nie widziałam u niego nigdy: nie zatroskana. Przestraszona. — A właściwie, Lilianno… myślę, że już znalazł.
— Co? Jak to?
— Dziś w klasztorze nie było ani jednego trupa. — Powiedział to cicho i równo, i każde słowo spadało osobno, jak krople z okapu. — Ani jednego. Pierwszy raz od dwóch tygodni. Nikt, ale to nikt nie umarł tej nocy w moim mieście, rozumiesz? — Pokręcił głową. — Ludzie się cieszą. Mówią: przeszło, jak zaraza. A ja ci mówię: ten człowiek nie marnuje sił. Skończył szukać, bo znalazł. Nie maskuje się już, bo nie potrzebuje. On idzie działać.
Do gabinetu ojca szliśmy oboje biegiem — ja przodem, przez korytarze, w których służba przyklejała się do ścian na mój widok, Wincenty za mną z arkuszem pod pachą — i wprosiłam go bez zapowiedzi, łamiąc wszystkie protokoły naraz, i chyba właśnie to złamanie sprawiło, że Filip odłożył pióro i słuchał.
Wincenty przedstawił wszystko: kolumny, powiązania, straż, ciszę ostatniej nocy. Mówił zwięźle, po uczonemu, bez jednego zbędnego słowa — a ja patrzyłam na ojca i widziałam rzecz rzadszą niż południowe złoto: widziałam, jak mój świekier zmienia zdanie. Jak machnięcie ręki znad tamtej rozmowy w gabinecie — „długi poddanych to jak wszy" — wraca do niego i kładzie mu się na twarzy ciężarem. Przejrzał na oczy w ćwierć godziny; taki był, trzeba mu to oddać: mylił się rzadko, ale kiedy już, umiał się mylić krótko.
A potem działał — tak jak umiał tylko on. Jeszcze przy nas wezwał dowódcę gwardii; do wieczora wymieniono straż osobistą co do człowieka, na ludzi z dalekich chorągwi, których żaden dług w tym mieście nie sięgał; wzmocniono garnizony przy wszystkich bramach, przemodelowano ronty tak, że sam rozpis znało tylko trzech ludzi, podwojono warty nocne, zamknięto dwie boczne furty na głucho. Zamek naprężył się na naszych oczach jak cuma przy odpływie. Filip po stokroć dziękował Wincentemu — po swojemu, sucho, ale trzykrotnie, a u niego trzykrotnie znaczyło po stokroć — i obiecał klasztorowi rzeczy, na które Wincenty machał rękami, i odprowadził go do drzwi osobiście, co widziałam u niego po raz pierwszy.
Rozeszliśmy się późnym wieczorem, we troje, każdy w swoją stronę — i nie wstydzę się napisać, że byliśmy z siebie dumni. Przewidzieliśmy ruch człowieka bez imienia. Przechytrzyliśmy go. Zdążyliśmy. Ta duma szła ze mną przez korytarze jak ciepło po winie i jeszcze na schodach do skrzydła sypialnego uśmiechałam się do siebie w ciemności.
Do dziś nie umiem sobie darować tego uśmiechu.
Szłam się położyć. Zwyczajnie, po prostu, tak jak człowiek idzie się położyć po długim dniu: przez galerię, gdzie kaganki paliły się co drugi, bo taki był nowy, oszczędny rozpis nocny; obok okien, za którymi Podkowa mrugała światłami kotwicznymi; do siebie. Hana wyszła wcześniej — odesłałam ją, bo lubię ostatni kwadrans dnia mieć tylko dla siebie — w kominku dogasało, na toaletce czekało mleko z miodem pod lnianą serwetką, jak co wieczór. Rozpuściłam włosy. Zdjęłam sygnet i położyłam go w szkatułce, tam gdzie zawsze. Zdmuchnęłam świece przy lustrze, zostawiając tę przy łóżku.
I wtedy poczułam przeciąg.
Delikatny, łagodny, po samych stopach — chłodna strużka powietrza płynąca nisko przy posadzce, jak zawsze płynie w starych zamkach, gdzie kamień oddycha nocą. Było to nawet przyjemne: po dusznym dniu, po strachu i bieganiu, po dumie i winie — ten cichy, świeży oddech podłogi koił jak dotknięcie chłodną dłonią. Stałam chwilę z zamkniętymi oczami i pozwalałam mu opływać kostki, i myślałam o niczym, pierwszy raz od tygodni o błogosławionym niczym.
A potem coś się we mnie zbudziło — to zwierzę, które hodują w nas lata nasłuchiwania — i powiedziało cicho: przeciąg. Skąd przeciąg?
Okna miałam zamknięte. Drzwi za sobą zamknęłam sama. Komin dogasał równo, bez podmuchów. A powietrze szło — czułam je wyraźnie teraz, kiedy przestałam chcieć, żeby było przyjemne — szło od wewnętrznej ściany, od tej, za którą nie ma dziedzińca ani nieba. Od ściany z regałem.
Odwróciłam się.
Regał stał na swoim miejscu. Ten sam, przeklęty, kochany regał, za którym wszystko się kiedyś zaczęło — moje książki, moja skrytka, moje czterdzieści jeden zakrętów w dół, do szkoły, do Zacienia, do wolności; drzwi, o których wiedziało na tym świecie pięć osób i duch Cichej Damy. Stał na swoim miejscu i był nie na swoim miejscu — bo teraz, w świetle jednej świecy, widziałam to, czego nie zauważyłam, wchodząc: odstawał od ściany o grubość palca przy górnej krawędzi, a przy dolnej wcale. Bo w bocznej ścianie, tam gdzie zawsze biegła gładka deska, czerniały dziury — po drzazgach, po wyłamaniu, po żelazie, które weszło w drewno na siłę. Bo cała lewa listwa była pęknięta wzdłuż i ktoś docisnął ją z powrotem, na miejsce, starannie, tak jak odkłada się na miejsce cudzą rzecz, którą się złamało — żeby stała, żeby wyglądała, żeby do rana nikt nie poznał.
Ktoś przeszedł moimi drzwiami. Od środka góry. Z tunelu.
Nie pamiętam, jak znalazłam się na korytarzu. Pamiętam zimno posadzki, bo biegłam boso, i pamiętam własny głos, który wołał straż i był mi obcy, i pamiętam korytarze — te same korytarze, którymi szłam kwadrans temu, ciepła i dumna — teraz rozciągnięte jak w złym śnie, każdy dwa razy dłuższy, każdy zakręt nie tam, gdzie zawsze. Biegłam do sali audiencyjnej, bo tam palił się jeszcze wielki świecznik, bo tam ojciec przyjmował nocne meldunki od swojej nowej, czystej, podwojonej straży — biegłam najszybciej, jak umiałam w życiu, i jeszcze szybciej, i moje serce waliło mi w uszach: zdążę, zdążę, zdążyliśmy przecież—
Wbiegłam między filary w chwili, w której to się stało.
Zobaczyłam ojca przy tronie, w kręgu światła, ze zwojem w dłoni. Zobaczyłam za nim cień — nie człowieka: cień, smukły, szary, bez twarzy, którego nie było tam pół oddechu wcześniej i który wyrósł za jego plecami tak, jak wyrasta cień, kiedy przesunąć świecę. Zobaczyłam krótki błysk — raz — i ojciec osunął się na kolana ze zwojem wciąż w dłoni, z gardłem otwartym szeroko i cicho, a cień jednym płynnym ruchem, tym samym ruchem, nie przerywając go wcale, przyłożył ostrze do własnej szyi i pociągnął.
Dwa ciała spadły na posadzkę szachownicy prawie jednocześnie. Prawie. Ojciec pierwszy.
Straż nie zareagowała — i nie umiem ich winić, choć będę ich winić do końca życia: nie było na co reagować. Nikt nie widział, skąd się wziął. Nikt nie widział, jak wszedł, jak przeszedł przez salę, jak stanął za księciem — ludzie, którzy patrzyli prosto na tron, przysięgali potem, że cień po prostu stał się za jego plecami, jakby wystąpił ze ściany, z powietrza, z niczego. Wartownik przy drzwiach zwymiotował. Dowódca nowej gwardii klęczał przy ciele z rękami uniesionymi w powietrzu, jakby bał się czegokolwiek dotknąć. Ktoś krzyczał o medyka, choć wszyscy widzieli, że medyk nie ma tu już nic do roboty; ktoś biegł, ktoś dął w róg, zamek budził się piętrami, jak budzi się dom, w którym pękło serce.
A ja stałam między filarami, bosa, w rozpuszczonych włosach, i nie krzyczałam wcale.
Bo oni wszyscy pytali: skąd on się wziął, jak tu wszedł, jak przeniknął przez dwie warty, trzy bramy i podwojony ront — a ja jedna na całym tym zamku nie musiałam pytać.
Ja już wiedziałam, jak znalazł się w zamku.
IDA
Konie stały w pierwszej wsi za doliną, tak jak obiecał — dwa, kare, osiodłane, u wdowiego płotu, a wdowa wyniosła nam chleb i ser i nie zadała żadnego pytania, tylko dotknęła ramienia Vargana i czegoś w mowie klanów, co brzmiało jak błogosławieństwo albo jak „nareszcie".
Jechaliśmy potem wolno, bo jego plecy nie zniosłyby galopu, przez doliny pachnące sianem, i Vargan opowiadał mi o Tuludze. Nigdy nie słyszałam, żeby tyle mówił. O porcie, gdzie błoto jest sławne na obie strony gór i gdzie każdy szanujący się dom stoi na palach z całych pni; o hali wodzów, gdzie pod okapem wiszą tarcze siedmiu pokoleń; o tym, że zimą zatoka zamarza przy brzegu i dzieciaki ślizgają się na kościanych płozach; o miejscu na wzgórzu nad portem — tu spojrzał na mnie z ukosa, spod tych swoich blizn — gdzie stanie pierwszy klasztor, z prawdziwym dzwonem, „bo obiecałem jednej siostrze, a ja długów nie daruję nawet sobie". Słuchałam i było mi tak, jak nie było mi nigdy: przyszłość, o której mówił, miała kształt, zapach i miejsce dla mnie. Nie klatkę z regułą. Miejsce.
I wtedy usłyszeliśmy marsz.
Najpierw jak daleki deszcz. Potem jak młyn. Potem już jak to, czym był: krok. Tysiące stóp uderzających o trakt za wzgórzem — równo, miarowo, jednym wspólnym uderzeniem, od którego ziemia pod kopytami naszych koni zaczęła cichutko drżeć, a ptaki zerwały się z olch całą chmarą.
Vargan wyprostował się w siodle, jakby ktoś wyjął z niego wszystkie złamania naraz.
— Mój lud — powiedział. I twarz mu się otworzyła, cała, jak brama. — To mój lud, Ido! Idą po mnie! Wiedziałem — mówiłem ci — czekali tylko… — Zawrócił konia ku wzgórzu. — Bo kto inny, jak nie oni!
I ruszył. Na złamanie karku, na te swoje ledwo zrośnięte plecy, na przełaj przez łąkę pod wzgórze — a ja pędziłam za nim i krzyczałam, żeby zaczekał, bo we mnie, pod radością, która chciała mu wierzyć, zimnym palcem stukało coś innego. Słuchałam tego marszu i ten marsz był nie taki. Znałam ludzi klanów — dzikich, zuchwałych, idących jak burza, każdy swoim krokiem, z krzykiem i śpiewem. A to szło równo. Idealnie równo. Krok w krok, szereg w szereg, jak jedno wielkie zwierzę z tysiącem nóg — tak stąpa armia regularna, szkolona latami, nie klan. Tak nie chodzi nikt, kogo Vargan mógłby nazwać swoim.
— Varganie! — krzyczałam. — Varganie, zaczekaj, coś tu nie gra!
Dopędziłam go na grzbiecie wzgórza. I oboje stanęliśmy jak słupy soli.
Trakt pod nami był czarny od wojska. Kolumna szła doliną, jak okiem sięgnąć — piechota w szeregach po sześciu, piki równe jak zboże, chorągwie wolnych miast obok znaków, jakich nie znałam: obcych, przedstawiających coś, co z tej odległości wyglądało jak dwie rzeki splecione w węzeł; dalej jazda, wozy, znowu piechota, bez końca. Armia. Prawdziwa, wielka, wyćwiczona armia, jakiej nie widziały te doliny od stu lat — a na jej czele, na siwym koniu, jechał człowiek, którego poznałam dopiero po trzecim spojrzeniu, bo wszystko we mnie broniło się przed tym poznaniem.
Aleksander.
Ten słaby, nieokrzesany Aleksander, o którym mówiło całe miasto i pół klasztoru — panicz, pijak i hulaka, ten od kart, ten od gołębi z imionami rajców — siedział na czele tej armii wyprostowany jak włócznia, ogorzały na ciemny brąz, twardy, obcy, i patrzył na trakt przed sobą spokojnie, jak się patrzy na własną rzecz. A obok niego, strzemię w strzemię, jechała kobieta. Piękna — tak piękna, że aż niestosowna w tym kurzu i żelazie — o skórze jak ciemny miód i o zielonych, żmijowatych oczach, które uniosły się na nas, na wzgórze, natychmiast, bez szukania, jakby wiedziały o nas, zanim stanęliśmy. Jej jad dosięgnął mnie z dwustu kroków. Nie umiem tego powiedzieć inaczej i nie będę próbować: spojrzała — i poczułam się policzona, zważona i odłożona na później, wszystko w jednym uderzeniu serca.
Kolumna zatrzymała się na jeden krótki rozkaz, którego nawet nie usłyszałam — po prostu stanęła, cała naraz, jak jedno zwierzę.
A Aleksander uniósł głowę ku naszemu wzgórzu, osłonił oczy od słońca — i uśmiechnął się. Znałam ten uśmiech z opowieści: uśmiech panicza od śmiechu. Tylko że teraz nie było w nim nic do śmiechu, zupełnie nic, i chyba dopiero po tym poznałam ostatecznie, że to naprawdę on i że nie jest to już naprawdę on.
— Vargan! — zawołał przez dolinę, głosem swobodnym jak na przechadzce. — Jak dobrze cię widzieć. Już w zamku miałem po ciebie posłać.