X · Miasto na drzewie

Umarli nie kłamią · rozdział dziesiąty

Miasto na drzewie

czytania

ALEK

Wyszliśmy z miasta pod piaskiem o szarym brzasku, zanim lustra zdążyły złapać pierwsze słońce — i kiedy wrota z brązu zamknęły się za nami, a pustynia otworzyła się przed nami po horyzont, złapałem się na uczuciu, którego się po sobie nie spodziewałem: żalu. Trzy dni wcześniej to miejsce było dziurą w ziemi na końcu świata. Teraz zostawiałem w nim znajomą piekarkę, znajome poidło, znajome bicie kołowrotów — i szedłem w pustkę z lekkim ciążeniem w piersi, jakie zostawia po sobie każdy dom, nawet cudzy. Zaczynałem kolekcjonować domy jak długi. Nie wiedziałem jeszcze, ile ta kolekcja będzie mnie kosztować.

Przy samych wrotach, nim ruszyliśmy, Tamila zatrzymała mnie jeszcze na słowo — na osobności, przy uchu, po swojemu.

— Zostaw tu swoich ludzi — powiedziała. — Wszystkich. Borsa, tego z rzemieniem, tamtych dwóch. Sefa też. To miasto ma największe zapasy jedzenia na całym południu — twój ojciec płaci wielokrotnie lepiej, niż płaciło nam kiedykolwiek Imperium, i połowa jego ziarna leży w tych spichrzach. Będą tu jedli lepiej niż ty w drodze. Odpoczną. Droga przed nami jest długa, a oni nie są do niej potrzebni.

Powiedziała to lekko, gospodarsko — i czekała.

— Ludzie ojca powinni iść ze mną — spróbowałem. — Po to ich ze mną posłał.

— Twój ojciec posłał ich, żebyś wrócił cały. — Wzruszyła ramionami, tym swoim krótkim ruchem, jak zrzucenie piasku. — Wrócisz cały, bo będziesz ze mną, a na moich ziemiach nie spadnie ci włos z głowy — na to masz moje słowo, a moje słowo widziałeś już przy studni, przy normach i przy chlebie. Bors ledwie zipie po tamtym żarze. Cichy zdarł nogi. A tam, dokąd idziemy, droga jest dwakroć cięższa. Zostaw ich, Aleksandrze. Będą pod opieką. Stałą.

Powinienem był zapytać, czemu „stałą" zabrzmiało w jej ustach jak rygiel. Nie zapytałem. Spojrzałem na Borsa, który rzeczywiście od dwóch dni siadał ostrożnie jak starzec, na Cichego z jego gładkim, bezużytecznym rzemieniem — i pomyślałem o spichrzach pełnych ojcowskiego ziarna, o mieście, w którym goście jedzą z normy księżniczki. Bezpieczniejszego miejsca nie było po tej stronie gór.

— Niech zostaną — powiedziałem.

I tak wyszło, że w dalszą drogę ruszyliśmy we dwoje.

Szliśmy na południowy zachód, w głąb — ona i ja, i dwa wielbłądy: Kanclerz i juczna klacz o oczach filozofki. Tyle. Kiedy pierwszego wieczoru rozejrzałem się od ogniska i pojąłem to do końca — że na całej tej pustyni, po horyzont w każdą stronę, jesteśmy dokładnie we dwoje — zrobiło mi się naraz lekko i ciasno w piersi, i obie te rzeczy postanowiłem zostawić bez nazwiska. Droga kamienna została za nami pierwszego dnia; potem był już tylko piach, twardy i pofalowany jak morze ścięte mrozem, i słońce, które tu, dalej od gór, przestało być pogodą, a stało się krajobrazem — było wszędzie, we wszystkim, pod powiekami też.

A potem, w połowie drugiego dnia, zobaczyłem pierwszy łuk.

Samotny łuk triumfalny stojący na otwartej pustyni, nieprzypięty do niczego: ani murów, ani drogi, ani ruin — sam piasek po horyzont. Brama wysoka na dziesięciu ludzi, z ciepłego miodowego kamienia, zawiana do połowy filarów, o krawędziach wylizanych przez wiatr. Na łuku zachowane płaskorzeźby: dwie rzeki spływające się w jedną, dwa węże wodne splecione w węzeł, dwie otwarte dłonie złożone w łódkę. Pod bramą, maleńcy, dwoje wędrowców z dwoma wielbłądami; kobieta w pustynnych szatach zsiadła i przyłożyła dłoń do kamienia.
Nie od wojny wygranej. Od wojny skończonej.

Stał sam na pustkowiu, do niczego nie przypięty: brama bez murów, wysoka na dziesięciu ludzi, z tego samego miodowego kamienia co koloseum. Piasek zawiał ją do połowy nóg, wiatr wylizał krawędzie — ale płaskorzeźby na łuku trzymały się uparcie i podszedłszy bliżej, zobaczyłem, co przedstawiają: dwie rzeki spływające się w jedną. Dwa węże wodne splecione w węzeł. Dwie otwarte dłonie, prawa i lewa, złożone w łódkę.

— Łuk triumfalny — powiedziała Tamila. Zsiadła i dotknęła kamienia tak, jak dotykała wszystkich starych rzeczy: dwoma palcami, jak pulsu. — Ale nie od wojny wygranej. Od wojny skończonej. Stawiano je na cześć połączenia — tam, gdzie dawna granica przestawała być granicą. Przejeżdżasz pod łukiem i jesteś u siebie, choć wczoraj byłeś u wroga. — Powiodła dłonią po splecionych wężach. — Było tu kiedyś wiele państw, panie z Arveny. Małych, zawziętych, jak wszędzie. Rywalizowały o wodę, o trakty, o duму. A potem, po ostatniej wojnie, której nikt już nie chciał, zrzeszyliśmy się wszyscy pod jednym sztandarem. Prowincja po prowincji, umowa po umowie, bez podboju. I tak trwaliśmy — jak długo trwać się dało.

Do wieczora minęliśmy jeszcze trzy takie łuki, każdy z innym herbem po stronie północnej i tym samym znakiem dwóch rzek po południowej — i zrozumiałem, że jedziemy starą drogą państw, szwem, którym zszyto kontynent. U nas stawia się bramy w murach, żeby wiedzieć, kogo nie wpuścić. Oni stawiali bramy na pustkowiu, żeby pamiętać, kiedy przestali się bać.

Trzeciego dnia minęliśmy studnię, która nie była studnią.

Opuszczony głęboki odwiert na pustyni: krąg ciosanych kamieni wokół wąskiego, okrągłego, czarnego szybu schodzącego pionowo w ziemię tak głęboko, że wzrok się poddaje. Wokół resztki ciężkich drewnianych rusztowań posrebrzonych przez słońce i wielki zmurszały bęben kołowrotu przewrócony na bok jak szkielet zwierzęcia przy wodopoju. Obok pionowo stoi kamienna stela gęsto zapisana nieznanym pismem: kolumna liczb obok kolumny imion, setki wierszy. Kobieta w pustynnych szatach czyta stelę, przesuwając palcem po liczbach; mężczyzna w północnym ubraniu stoi nad szybem i patrzy w czerń.
Kopany dziewiętnaście lat. Suchy.

Z daleka wyglądała jak jeszcze jedna ruina: krąg kamieni, resztki drewnianych rusztowań, wielki zmurszały kołowrót przewrócony na bok, jak szkielet zwierzęcia przy wodopoju. Dopiero z bliska zobaczyłem otwór — okrągły, ciasny, ciemny, schodzący w dół tak głęboko, że rzucony kamyk nie raczył odpowiedzieć — i kamienną stelę obok, gęsto zapisaną ich pismem, kolumna liczb pod kolumną imion.

— Odwiert siedemdziesiąty trzeci — przeczytała Tamila. — Głębokość: tysiąc dwieście łokci. Kopany dziewiętnaście lat. Suchy. — Przesunęła palcem po kolumnie imion, nie czytając ich na głos; było ich dużo. — Ci, którzy zeszli i nie wyszli.

— Ile było takich odwiertów? — spytałem.

— Blisko stu.

— A ile trafiło w wodę?

— Pięć. — Przesunęła palcem po kolumnie liczb, nie patrząc na mnie. — Stąd pięć miast.

— Kto to kopał? Kiedy? Jak trafiali w—

— Aleksandrze. — Odwróciła się, i w jej oczach było coś, czego jeszcze u niej nie widziałem: nie zakaz. Prośba. — Nie przy tej steli. Jest jedno miejsce, w którym odpowiada się na wszystkie te pytania naraz — i dojdziemy do niego. A do tego czasu zapamiętaj tylko jedno: mieliśmy najlepszych i najmądrzejszych inżynierów świata. Widać to zresztą po budowach, prawda? — Wsiadła z powrotem. — Mamy więcej pomników kopania niż pomników królów. To dobra proporcja.

Jechałem potem długo z niezadanymi pytaniami jak z kamieniami w butach. Dziewiętnaście lat kucia po ciemku, na dotyk, w skale. Stu próbowało, pięciu trafiło. U nas kopie się studnię tydzień i klnie się, jeśli trzeba dwóch. Zaczynałem rozumieć, z czego naprawdę zbudowane są ich miasta — nie z kamienia; z uporu — i zaczynałem też rozumieć, że wszystkie odpowiedzi tej pustyni ktoś poukładał na mojej drodze w jednym porządku, jak kamienie milowe, i że idę po nich we właściwej kolejności: cudzej, nie mojej. Powinno mnie to było przestraszyć. Kręciło mnie.

Wieczorami, przy ogniu z suszonego łajna wielbłądziego — pali się wolno, niebieskawo i pachnie lepiej, niż brzmi — działa się rzecz, której nie planowałem i która przydarzyła mi się tak, jak przydarza się pogoda: byliśmy sami i przestało się dać tego nie zauważać.

Zaczęło się od karykatur. Wśród moich niewielu talentów — obok kart, kości i uników — jest jeden, który w Arvenie zjednał mi pół dworu i wpędził w kłopoty z drugą połową: umiem kilkoma kreskami złapać człowieka. Któregoś wieczoru, z nudów, patykiem na wygładzonym piasku narysowałem Kanclerza plującego z godnością, potem Borsa z pamięci — trzy kreski brody, jedna wielka kreska pleców — i usłyszałem po drugiej stronie ognia coś, czego nie słyszałem u niej nigdy: śmiech na głos. Krótki, zdziwiony własnym istnieniem, natychmiast schowany z powrotem pod ten jej uśmiech chodzący spodem — ale słyszałem go, i od tamtej chwili rysowałem już wyłącznie po to, żeby go jeszcze raz wywołać. A potem popełniłem rzecz najodważniejszą od wyjazdu z domu: narysowałem ją. Cztery kreski. Linia brody, linia brwi, dwa przecinki spojrzenia, które składa człowieka jak list.

Noc na otwartej pustyni przy małym ognisku z suszonego łajna, palącym się wolno i niebieskawo; w ciemności za nimi klęczą dwa wielbłądy, nad nimi gęste gwiazdy. Na piasku między nimi wydrapany patykiem rysunek: szybka, celna karykatura kobiecej twarzy. Kobieta o skórze koloru zaparzonej herbaty z miodem przyklękła nad rysunkiem bliżej, niż wymaga oglądanie, ujęła jego dłoń z patykiem w swoją i prowadzi ją do kącika narysowanych ust, żeby dorysować tam zmarszczkę. Jej twarz, oświetlona od dołu, jest spokojna i całkowicie świadoma.
Puściła moją rękę o pół oddechu za późno.

Tamila obeszła ognisko i przyklękła nad rysunkiem. Blisko. Bliżej, niż wymagało oglądanie piasku.

— Za ładna — orzekła w końcu. — Dorysuj mi zmarszczkę, o tu.

I wzięła moją dłoń — tę z patykiem, całą, w swoją — i poprowadziła ją do kącika swojego piaskowego oka, i nacisnęła, żeby kreska weszła głębiej. Trwało to może trzy uderzenia serca. Jej palce były chłodne i pewne, mój patyk zrobił zmarszczkę krzywą jak błyskawica, a ja — dwudziestodziewięcioletni żonaty mężczyzna, który całował damy dworu po ciemnych alkierzach i przegrywał w karty z admirałami — siedziałem nad rysunkiem w piasku z sercem dudniącym jak u chłopca, który pierwszy raz w życiu złapał dziewczynę za rękę. Dokładnie tak. Nie umiem tego powiedzieć mądrzej i nie chcę: jakby to była pierwsza dłoń świata, a wszystkie wcześniejsze tylko ćwiczeniami na piasku.

— Zasłużyłam na nią — powiedziała, puszczając moją rękę o pół oddechu za późno. Znałem tę miarę. Sam ją kiedyś wymyśliłem.

I od tamtego wieczoru rozmawialiśmy — naprawdę, po ludzku, tak jak nie rozmawiałem z nikim od czasów celi. Opowiedziałem jej o sobie więcej, niż zamierzałem, bo pustynia ma tę właściwość, że przy jej wielkości człowiek przestaje się wydawać sobie tajemnicą wartą strzeżenia. Opowiedziałem o dworze, na którym byłem paniczem od śmiechu — tym, który rysuje, przegrywa w kości akurat tyle, żeby wygrani go lubili, i wie o wszystkich wszystko, bo nikt nie pilnuje języka przy błaźnie z dobrego domu. O gołębiach, które hodowałem na wieży i którym dawałem imiona rajców, żeby patrzeć, jak rada miejska dziobie się o okruchy. O tym, że lubię rzeczy ciepłe i zaczęte: świeży chleb, pierwsze wino z beczki, pierwszą godzinę uczty, zanim zrobi się głośna — i że całe życie uciekałem przed rzeczami skończonymi, bo skończone trzeba podpisać, a podpisów się bałem. Śmiała się — nie na głos; u niej śmiech chodził spodem, jak wszystko — i zadawała pytania, które trafiały między żebra: „A kto cię nauczył przegrywać akurat tyle?", „A gołębie wróciły, kiedy wyjechałeś?".

A ona opowiadała o sobie mało — i to mało ważyło więcej niż moje wszystko. O swoim ludzie mówiła półzdaniami, które urywała w najciekawszym miejscu, jak urywa się pieśń przed refrenem: że pierwszy raz widziała niebo w piątym roku życia i rozpłakała się ze strachu, że „sufit odleciał" — a kiedy spytałem, czemu dzieci jej miasta nie widują nieba, odpowiedziała tylko: „Zobaczysz." Że nie umie pływać — księżniczka wodnego ludu — i zanim zdążyłem dopytać, dodała: „O wodzie porozmawiamy, jak staniemy tam, dokąd idziemy. Tam się o niej rozmawia najuczciwiej." Wszystkie drogi jej zdań prowadziły w to jedno miejsce przed nami, którego nazwy nie wymawiała wcale — i zamiast mnie to niepokoić, kręciło mnie jak zapach uczty zza zamkniętych drzwi.

Bo tak trzeba to uczciwie zapisać: nie zauważałem niczego. Byli tacy — zostali w mieście pod piaskiem — którzy może zauważyliby za mnie: że jej pytania szły zawsze w jedną stronę, a moje odpowiedzi były zawsze dłuższe niż jej; że jej spojrzenie, kiedy myślała, że śpię, mierzyło mnie spokojnie, jak rzemieślnik mierzy deskę; że cała ta uwaga, którą mnie karmiła — celna, skupiona, po królewsku hojna — miała w sobie coś z normy wydzielanej znaczkiem: dokładnie tyle, ile trzeba, ani kropli więcej. Ja widziałem młodą, piękną kobietę o jasnym celu, która z całego świata wybrała sobie do patrzenia mnie. Nasze spojrzenia krzyżowały się nad ogniem po dziesięć razy na wieczór — raz ona odwracała oczy pierwsza, raz ja, i prowadziliśmy w tym cichą tabelę wygranych, i przegrywać w niej było słodziej niż wygrywać. Podając miskę, dotykaliśmy się palcami odrobinę za każdym razem — odrobinę, której można było się wyprzeć przed każdym sądem — i ta odrobina potrafiła mi potem świecić w ciemności pół nocy. Rosło między nami coś, czego nie umiałem nazwać i nie chciałem ruszać — jak rośnie chleb: cicho, pod ściereczką, swoim tempem. I jeśli był w tym cieście jakiś fałsz, to piekarz był lepszy ode mnie o pięć tysięcy lat rzemiosła — a głodny nie obwąchuje chleba.

Piątego dnia rano Kanclerz stanął na wydmie, wyciągnął szyję i zaryczał w pustkę — a pustka odpowiedziała zapachem, którego nie było w niej od tygodni. Kurzem innego rodzaju. Kamieniem. Cieniem.

I wtedy zobaczyłem las.

Całe miasto uniesione wysoko nad pustynię na tysiącach kamiennych pali wypełniających horyzont. Każdy pal, od podstawy po kapitel, jest wyrzeźbiony w dokładną korę — spękaną wzdłuż, z sękami i bliznami — a u góry rozgałęzia się jak konary i niesie na nich platformy miasta. Jedne pnie są kolosalne, grubsze od baszt; między nimi stoją zagajniki smukłych, cienkich jak trzciny. Trzydzieści ludzi nad ziemią leży miasto: dachy, kopuły, wieżyczki, mosty, ulice. Pod nim piasek w cieniu jest gładki i sino-szary i biegnie po horyzont w obie strony szerokim korytem o brzegach obłożonych kamieniem — łożyskiem rzeki, której nie ma. Na wydmie na pierwszym planie dwie maleńkie postacie z wielbłądami.
Miasto stało w rzece. Na rzece, która uschła.

Mówię „las", bo tak to nazwały oczy, zanim rozum zdążył wtrącić swoje: na całym horyzoncie, z morza piasku, wyrastały pnie. Tysiące pni. Jedne grube jak baszty — nie, grubsze; jak spichrze, jak wieże sanktuarium, pnie, których nie objęłoby dziesięciu ludzi — inne cieńsze, a jeszcze inne cienkie jak trzciny, jak nitki, całe zagajniki smukłych kolumn między tymi grubymi olbrzymami. A na tych pniach, wysoko, na wysokości dobrych trzydziestu ludzi, leżało miasto.

Całe miasto. Uniesione nad ziemię na tysiącach nóg — dachy, kopuły, wieżyczki, mosty, ulice — jak gdyby ktoś zdjął stolicę świata z ziemi i położył ją ostrożnie na koronie kamiennego lasu. Piasek pod nim leżał w cieniu, gładki i sino-szary, i dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, na co patrzę pod tym miastem: na koryto. Szerokie na pół mili, wijące się po horyzont w obie strony, o brzegach obłożonych kamieniem — łożysko rzeki, której nie było. Miasto stało w rzece. Nad rzeką. Na rzece, która uschła — i jego tysiąc nóg brodziło teraz w piasku tam, gdzie kiedyś brodziło w nurcie.

— Bogowie — powiedziałem, i było to pierwsze słowo, jakie ktokolwiek z nas dwojga wykrztusił od kwadransa.

— Dwadzieścia razy większe od Kastmaru — powiedziała Tamila. Stała obok mnie na wydmie i patrzyła na miasto bez zadzierania głowy, jak się patrzy na krewnych. — I starsze. To tutaj wymyślono budowanie na palach w nurcie — Kastmar postawiono później, tą samą sztuką, na północnej rzece, przy okazji, od niechcenia. Prowincjonalna filia. — W jej głosie nie było przechwałki; przechwałka potrzebuje słuchacza, a ona mówiła to rzece. — Wasz cesarz mieszka w naszym ćwiczeniu z młodości.

Kamienny most przerzucony jednym nieprzerwanym łukiem nad suchym korytem rzeki, długi na pięćset kroków, bez jednej podpory pośrodku, cienki jak ostrze noża postawione na sztorc, o niemożliwie płaskiej krzywiźnie. Biegnie od obłożonego kamieniem brzegu ku miastu uniesionemu na tysiącach pali rzeźbionych w korę drzew, których cienisty las wypełnia drugą stronę kadru. Na moście, wysoko nad piaskiem, kobieta w pustynnych szatach idzie swobodnie, jak do domu, odwrócona w pół kroku; za nią mężczyzna w północnym ubraniu prowadzi dwa wielbłądy, stąpając jak po cienkim lodzie.
Wisiał w powietrzu wbrew wszystkiemu, co wiedziałem o kamieniu.

Do miasta prowadził most — i most był pierwszym cudem, po którym przestałem liczyć cuda. Wybiegał z brzegu koryta łagodnym łukiem długim na pięćset kroków, bez jednej podpory pośrodku, cienki jak ostrze noża postawione na sztorc, i wisiał w powietrzu wbrew wszystkiemu, co wiedziałem o kamieniu. Wszedłem na niego tak, jak wchodzi się na cienki lód — a Tamila weszła tak, jak wchodzi się do domu, i obejrzała się na mnie z połowy łuku, z tym swoim uśmiechem pod spodem, więc dogoniłem ją szybciej, niż nakazywał rozsądek. Most zniósł nas oboje i wielbłądy bez mrugnięcia okiem, jak znosił wszystko od tysięcy lat.

A potem weszliśmy na pień — i zrozumiałem, dlaczego z daleka miasto wyglądało jak las.

Bo miało wyglądać jak las. Pale nie były gładkie: na każdym, od podstawy po kapitel, wytłoczono w kamieniu korę. Prawdziwą, dokładną korę — spękaną wzdłuż, z sękami, z bliznami po niby-gałęziach, z miejscami, gdzie kamienny pień niby-zrastał się z drugim — a górą, tam gdzie pale rozszczepiały się w podpory ulic, kamień rozgałęział się jak prawdziwe konary i niósł na tych konarach platformy miasta niby korony. Całe miasto było jednym wyobrażonym drzewem. Miastem na drzewie — wymarzonym przez ludzi, którzy drzew mieli pod dostatkiem i wody w bród, i którym starczyło i czasu, i przepychu, żeby swojej stolicy na rzece nadać kształt dziecinnego marzenia: mieszkać w gałęziach, nad płynącą wodą, jak ptaki.

Szliśmy potem tymi ulicami w górze — Tamila przodem, my za nią, w milczeniu, które narzucało samo miasto — i wszystkie słowa, jakie znałem, robiły się przy tym mieście za małe, jedno po drugim, jak buty przymierzane do olbrzyma.

Ulice były z płyt szarozłotego kamienia, wąskie i kręte jak w każdym prawdziwym mieście, ale co kilkadziesiąt kroków rozstępowały się — i środkiem biegły koryta. Kamienne kanały szerokości łodzi, wpuszczone w poziom ulicy, z obrobionymi burtami, z pierścieniami do cumowania co dziesięć kroków, ze schodkami schodzącymi do dawnego lustra wody. Woda chodziła tu kiedyś ulicami jak my chodzimy brukiem: miasto czerpało ją z rzeki pod sobą wielkimi śrubami w pniach — Tamila pokazała mi wnętrze jednego z grubych pali, wydrążone, ze spiralną rzeźbą schodzącą w mrok, jak gwint w kolosalnej śrubie — i rozprowadzało po wszystkich poziomach, korytami, rynnami, spadkami, tak że towar płynął łódką pod same drzwi kupca, a każda dzielnica miała swoje wodne place, swoje fontanny, swoje łaźnie zawieszone nad rzeką-matką. Miasto nie broniło się przed wodą, jak nasze miasta bronią się murami przed wszystkim. Miasto żyło z nią w symbiozie, jak żyje puszcza: piło ją, nosiło, oddawało, mieszkało w niej i na niej.

Ulica opuszczonego miasta wysoko w powietrzu, wyłożona płytami szarozłotego kamienia, wąska i kręta, z pustymi domami bez drzwi i z ciemnymi otworami okien. Środkiem biegnie kamienny kanał szerokości łodzi, wpuszczony w poziom bruku, z obrobionymi burtami, pierścieniami do cumowania co dziesięć kroków i schodkami schodzącymi do dawnego lustra wody — wypełniony piaskiem równo po brzegi. W pierścieniach wiatr uwiązał kępy suchych badyli. Dalej, przy małym placu, fontanna z trzech kamiennych kobiet przelewających dzbany nad suchą misą; pod każdym dzbanem piasek usypał się w mały stożek.
Fontanna po śmierci wody zaczęła przelewać czas.

Teraz koryta były pełne piasku. Równiutko, po burty, jakby ktoś litościwy zasypał je własnoręcznie, żeby nie stały puste. W pierścieniach do cumowania wiatr uwiązał kępy suchych badyli. Na jednym z wodnych placów stała fontanna — trzy kamienne kobiety przelewające dzbany, misterne, prześliczne, z dzbanami na wieki pochylonymi nad suchą misą — i piasek usypał się pod dzbanami w trzy małe stożki, jakby fontanna po śmierci wody zaczęła przelewać czas.

I wszędzie, wszędzie, ślady dwóch grabieży: tej powolnej, wiatrowej, i tej ludzkiej. Drzwi nie było — żadnych, w całym mieście; futryny ziały pustką, bo drewno na pustyni jest droższe niż uprzejmość wobec umarłych. Okucia wyrwane ze ścian zostawiły po sobie rdzawe łzy na kamieniu. Z mozaik na fasadach ktoś powydłubywał całe kolory — te złote, te lazurowe — zostawiając obrazy ślepe w połowie, jak twarze z wyjedzonymi oczami. A mimo to — i tego się nie spodziewałem — miasto nie wyglądało żałośnie. Wyglądało jak król, którego obdarto ze wszystkiego i któremu zostały same kości, ale kości królewskie: proporcje, rozmach, ta lekkość niemożliwa przy tym ciężarze. Majestat, któremu grabież zrobiła tyle, co psu szczekanie.

Tylko żar był nie do zniesienia. Gorzej niż na otwartej pustyni: kamień brał słońce całym dniem i oddawał je ze wszystkich stron naraz, z góry, z dołu, ze ścian, z ulic — piec, w którym szliśmy jak chleby, i im głębiej w miasto, tym ciaśniej stały ściany i tym gęstszy robił się ten murowany skwar, aż w oczach zaczęły mi chodzić czarne płatki i musiałem przysiąść w cieniu ślepej mozaiki, a Tamila bez słowa przyłożyła mi do karku chustę zmoczoną wodą z bukłaka — dłoń miała przy tym na moim ramieniu i trzymała ją tam dłużej, niż schło płótno. Ani żywej duszy przy tym wszystkim. Ani jaszczurki. Miasto na drzewie było najpiękniejszą rzeczą, jaką dotąd oglądałem, i najbardziej martwą — martwiejszą od koloseum, martwiejszą od ruin przy trakcie, bo tamte były szkieletami, a to było ciałem: całym, pięknym i pustym, z którego wyjęto tylko jedno. Wodę. Czyli wszystko.

Tamila prowadziła nas bez wahania, nie nazywając niczego — mijaliśmy budowle, które u nas nosiłyby imiona i miały własnych kapłanów, a ona szła obok nich jak obok znajomych grobów — aż na samym szczycie miasta, na najgrubszym z pni, tam gdzie wszystkie ulice zbiegały się jak konary do strzały drzewa, stanęliśmy przed kopułą.

Wnętrze kolosalnej opuszczonej sali kopułowej. Czasza żebrowana promieniście jak muszla, tak ogromna, że ma własne niebo. Między żebrami setki wielkich okien stoją puste — wszystkie tafle barwionego szkła wybrane do czysta, zostały nagie oczodoły otwarte na białe niebo. Przez nie sypie się do środka piasek, leżąc na posadzce długimi jęzorami. Tam, gdzie wiatr go zwiał, widać biały marmur ze złotą żyłą ułożony w ogromny krąg pływów i gwiazd. Wysoko wokół ścian biegną fryzy: pochody postaci, rzeki niesione w dzbanach, gwiazdy prowadzone na sznurach i długie wstęgi liczb wykutych w kamieniu. Wszędzie ciemne blizny po wyrwanych złotych okuciach. Pośrodku, drobne w tej przestrzeni, siedzi w kręgu dwanaście kobiet w szatach barwy niewypalonej gliny.
Kopuła trzymająca się własnej matematyki.

Chyba to był ratusz. Nie wiem. Tak to nazwałem w duchu, bo głowa musi jakoś nazywać rzeczy, żeby nie usiąść i nie płakać. Gmach okrągły, o średnicy naszego rynku, otoczony podwójnym pierścieniem arkad — kolumny zewnętrzne rzeźbione w trzciny, wewnętrzne w pnącza, tak że wchodziło się jak przez brzeg zarośnięty szuwarem — a nad tym wszystkim kopuła. Największa, najbardziej majestatyczna kopuła, jaka kiedykolwiek stanęła między mną a niebem: czasza tak ogromna, że miała niebo własne, żebrowana promieniście jak muszla, a między żebrami — puste teraz oczodoły po taflach, setki wielkich okien wybranych do czysta. Wewnątrz, na wysokości, biegły fryzy: pochody postaci, rzeki niesione w dzbanach, gwiazdy prowadzone na sznurach, liczby — całe wstęgi ich liczb, wykute w kamieniu jak modlitwa. To nie był pokaz bogactwa. Bogactwo zdążyłem już u nich zobaczyć i wiedziałem, jak wygląda. To był pokaz siły umysłu — kopuła trzymająca się własnej matematyki, światło prowadzone niegdyś przez barwione szkła tak, że o zmierzchu — Tamila powiedziała to jednym zdaniem, mimochodem, i to zdanie bolało najbardziej — cała czasza płonęła od środka czerwoną poświatą i ludzie schodzili się na plac patrzeć, jak ich ratusz zachodzi razem ze słońcem.

Teraz przez puste oczodoły sypał się do środka piasek. Leżał na posadzce długimi jęzorami, a pod nim, tam gdzie wiatr go zwiał, przeświecał marmur — biały ze złotą żyłą, ułożony w ogromny krąg pływów i gwiazd. Po złotych okuciach, wokół których niegdyś mieściło się wszystko — po klamrach, listwach, gwiazdach sklepienia — zostały ciemne blizny. Świetność nie udawała już nawet, że jest świetnością; stała w tych bliznach i dziurach jak stara aktorka w wytartej sukni, która nie gra już królowej, tylko nią jest, bez korony, na złość wszystkim.

A na środku tego wszystkiego, w kręgu pływów i gwiazd, siedziało dwanaście kobiet w szatach barwy niewypalonej gliny.

Czekały na nas. Przyszły tu przed nami, przez pustynię, którą myśmy dopiero co przeszli — i siedziały teraz na swoich miejscach tak, jakby siedziały tu od zawsze, jakby to miasto przez te wszystkie stulecia nie stało wcale puste, tylko czekało, cierpliwie, na powrót swoich dwunastu głosów.

— Usiądź, panie z Arveny — powiedziała Tamila. — To miasto ma swoją pieśń. Inną niż tamta. — Wyjęła z juków misę, snopki i suszone liście, i zaczęła skręcać zielsko, nie patrząc na dłonie. — Tym razem nie zobaczysz jednego dnia. Zobaczysz dwa czasy naraz. Nie walcz z tym. Miganie jest częścią pieśni.

— Dlaczego dwa?

— Bo to miasto umierało długo — powiedziała — i pieśń o nim jest uczciwa.

Odlot był ten sam co poprzednio — wirujące światło, wychodzenie z ciała, serce przede mną w ciemności — tylko szybszy, jakby moja głowa znała już drogę i nie błądziła po schodach. Otworzyłem oczy na ulicy miasta na drzewie.

I świat mignął.

Tak to działało — tak, jak powiedziała: co kilka kroków, co kilka oddechów, bez ostrzeżenia. Szedłem ulicą, którą przeszliśmy po południu — i była pełna: koryto środkiem niosło zieloną, żywą wodę, łódki z wysokimi dziobami sunęły jedna za drugą, wyładowane koszami fig i belami płótna, przewoźnicy nawoływali się śpiewnie przez całą szerokość kanału, na schodkach kobiety zanurzały dzbany, dzieciak skakał z pierścienia cumowniczego do wody na główkę, a mozaiki na fasadach paliły się złotem i lazurem w pełnym słońcu. Krok — mignięcie, jak uderzenie powieki — i ta sama ulica: koryto suche do dna, ale jeszcze nie zasypane; łódki leżały na dnie kanału przechylone, jak zdechłe ryby; a na schodkach, na burtach, na całej ulicy, wszędzie — ludzie. Nie tłum święta. Tłum czekania. Siedzieli ściśnięci jeden przy drugim, jak sardynki w beczce, rodziny na kocach wielkości koca, z tobołkami pod głowami, brudni, chudzi, z wargami spękanymi na biało — i wszyscy, każdy z nich, trzymali w rękach naczynie. Dzban, miskę, bukłak, skorupę. Puste. Czekali na wodę, którą raz dziennie — zrozumiałem to po chwili, z pieśni, która wiedziała wszystko — rozwożono beczkowozem ciągniętym przez ludzi, bo zwierzęta zjedzono albo sprzedano. Krok — mignięcie — i znów woda, figi, śpiewni przewoźnicy. Krok — i znów sardynki z pustymi dzbanami, i pod ścianą leżał ktoś przykryty płótnem w upał, w którym nikt zdrowy się nie przykrywa.

Szedłem i świat migał, i nie umiałem ustalić, które mignięcie jest okrutniejsze: to, które zabierało wodę, czy to, które ją na chwilę oddawało.

Ta sama wysoka ulica, ale żywa, wieki wcześniej, w czasie wody: domy mają drzwi, okiennice i markizy, nad ulicą wisi pranie. Środkiem biegnie kamienny kanał pełen czystej, płynącej wody na poziomie bruku; przy pierścieniach cumują łodzie, jedna załadowana workami i dzbanami sunie na drągu, kupiec odbiera towar wprost z łodzi pod własnymi drzwiami. Wszędzie dzieci: troje w locie nad kanałem z jednej krawędzi na drugą, jedno zwieszone z pierścienia z nogami w wodzie, mała dziewczynka siedzi na brzegu z mokrym psem. Ciemnoskórzy ludzie Południa w jasnych, luźnych tkaninach; zielone rośliny w donicach na parapetach.
W czasie wody dzieci były wszędzie.

Najgorsze były dzieci. W czasie wody dzieci były wszędzie i wszędzie ich było słychać — skakały do kanałów, kradły figi, darły się, jak mają w obowiązku. W czasie suszy też były wszędzie, ale ich nie było słychać wcale. Siedziały przy matkach, wychudłe, z tymi swoimi za dużymi oczami w za małych twarzach, i nie bawiły się, i nie płakały — bo płacz kosztuje wodę, i one to wiedziały, może nie głową, ale ciałem, które samo z siebie przestało wydawać płyny na darmo. Chodziłem między nimi, niewidzialny, bezradny podwójnie — raz jako duch, dwa jako człowiek — i czułem, jak we mnie, gdzieś głęboko, pęka coś, co nie zamierzało się już zrosnąć. To były wnuki tamtego tłumu z koloseum. Ludzie, którzy ziewali na fontanny. Właściciele miasta na drzewie, panowie rzeki, budowniczy mostów bez podpór — siedzieli teraz w suchym korycie własnej świetności z pustymi skorupami w rękach i uczyli własne dzieci nie płakać, bo szkoda wody.

A potem wszedłem do ratusza — i w obu czasach był piękny, i w obu inaczej, i po raz pierwszy zrozumiałem, że piękno może być formą okrucieństwa.

W czasie wody kopuła płonęła. Było przedwieczornie; słońce schodziło nisko i setki barwionych tafli między żebrami łapały je i rzucały do wnętrza czerwoną, ciepłą, żywą poświatą, w której marmurowy krąg pływów i gwiazd wyglądał jak dno morza o zachodzie; ludzie wchodzili tu ściszając głos, urzędnicy w białym przechodzili ze zwojami, gdzieś grała woda — bo i tu, w środku, biegło koryto, okrężne, z małymi mostkami. W czasie suszy kopuła była ślepa, poświata była wspomnieniem, marmur przykrywał piasek — a pośrodku, przy wielkim stole zawalonym zwojami, stało dwóch ludzi. Starszy, w bieli z oznakami władzy tak zszarzałymi jak wszystko wokół. I młodszy, z tabliczką. Włodarz miasta i jego doradca.

Wnętrze wielkiej sali kopułowej w czasie suszy, pod sam koniec. Kopuła nad nimi jest ślepa — barwione szkła dawno zniknęły, przez puste oczodoły pada zimne białe światło; na marmurze leży już cienka warstwa piasku. Przy wielkim stole zawalonym zwojami stoją dwaj ludzie. Starszy, w bieli z oznakami władzy zszarzałymi jak wszystko wokół — duży, zmęczony człowiek o twarzy kogoś, kto od dawna nie potrafi pomóc — właśnie podniósł głowę znad zwojów; jego dłoń leży płasko na blacie tam, gdzie w niego uderzył. Młodszy trzyma przy piersi tabliczkę woskową z nieruchomym rylcem i stoi bardzo prosto. Wokół nich ogromna pusta sala i biegnące przez posadzkę okrężne koryto wodne z małymi mostkami — suche.
— Ilu musi odejść? — Połowa, mój panie.

Pieśń wsunęła mi ich rozmowę wprost do ucha, słowo po słowie, i stałem o trzy kroki, i słuchałem rzeczy, od których nie wolno mi już było odejść.

— Mój panie — mówił doradca. Głos miał wyprany, jak jego tabliczka. — To ostatnie miasto. Zmierzają tu wszyscy. Z prowincji, z osad, znad martwych kanałów. Wszyscy.

— A ja ich przyjmę. — Włodarz nie podniósł głowy znad zwojów. — Ilu się da.

— Rzeka wyschła, panie. Uczeni mówią, że studnie miejskie pójdą za nią — szybciej niż później.

— To co ja mam, u licha, zrobić? — Teraz podniósł głowę i zobaczyłem jego twarz: twarz człowieka, który od miesięcy śpi po dwie godziny i we śnie też liczy. — Zostawić ich za bramami? Na śmierć? Na odwodnienie, na ten najgorszy z końców?

— Buduje się nowe miasta, panie. W głębi. Odkryto trzy odwierty, kopie się dalsze. Ale nitki są cienkie. Wody może… — doradca zawiesił głos — …może nie starczyć.

Cisza. Włodarz odłożył zwój. Wyprostował się.

— Ilu musi odejść?

Doradca milczał.

— No, mów. Ilu musi odejść. Muszę to przecież wiedzieć — jak bez tego mam rządzić tym miastem?

— Studnie schną, panie. Już dziś nikt nie dopija do syta; ludzie słabną w kolejkach po swoją miarę. Dopóki studnie jeszcze sączą — co drugi… połowa musi odejść, wtedy druga połowa dopije. A potem, kiedy wyschną do dna—

— Nie chcę myśleć, co potem! — Włodarz uderzył dłonią w stół, aż podskoczyły zwoje; pierwszy i ostatni raz w tej wizji podniósł głos. — Byłem w stolicy. Na radzie. Podpisałem. Więc co będzie potem, wiem, psia krew, lepiej od ciebie. — Oddychał ciężko, opierając się o blat obiema rękami. — Pytam o teraz. Ilu. Musi. Odejść.

— Połowa, mój panie. — Cicho, równo, jak liczba. — Połowa.

Stało między nimi to słowo i nie chciało usiąść. Włodarz patrzył gdzieś ponad doradcą, w ślepą kopułę, tam gdzie kiedyś była czerwona poświata.

— Jeszcze wytrzymamy?

— Chwilę.

— To czekamy na ruch cesarza. — Powiedział to nagle twardo, jakby zatrzaskiwał księgę. — Jestem jego pokornym sługą. Niech on podejmie tę decyzję. Ja nie zabiję połowy swojego ludu.

— Obradują w nowym mieście, panie. — Doradca mówił teraz jeszcze ciszej, tak jak mówi się rzeczy, za które gdzie indziej ścina się posłańców. — Podobno nitka wodna jest za mała dla całej ludności. Utrzyma przy życiu garstkę. Wybraną garstkę. A stolica traci już swoją gruntową rzekę — na dniach będzie kolejną martwą ziemią. Nas też to czeka, panie. Tylko później.

Włodarz stał długo bez ruchu. A potem wrócił do zwojów i powiedział — dwoma słowami, w których zmieściła się cała reszta tej historii, wszystkie stele z imionami, wszystkie miasta pod piaskiem, żetony na dzieci, normy na wodę, pięć nitek na sto odwiertów:

— Czekajmy więc.

Świat mignął ostatni raz — czerwona poświata, urzędnicy w bieli, śpiew wody w okrężnym korycie, jakby pieśń chciała mi na pożegnanie pokazać, o co dokładnie toczyła się tamta rozmowa — i kopuła zgasła, i piasek wrócił, i pieśni zaczęły cichnąć jedna po drugiej, i wyszedłem z tego widzenia tak, jak wychodzi się z zimnej wody: cały, ale już nie ten sam.

Tym razem nie płakałem. Siedziałem w gasnącym kręgu, w prawdziwym ratuszu, pod prawdziwą ślepą kopułą, i było we mnie coś gorszego od płaczu: cisza tamtych dzieci, które nie płakały, bo szkoda wody.

A potem zacząłem pytać. I pytałem, i pytałem, i nie umiałem przestać.

Ilu doszło do nowych miast — a ilu zostało na drodze. Czy włodarz doczekał ruchu cesarza — i jaki był ten ruch, i czy w ogóle był. Jak wybierano garstkę — kto układał listy, kto je czytał na głos, co robili ci, których na listach nie było. Ile lat umierało to miasto — dwadzieścia? pięćdziesiąt? — i kto zgasił w nim ostatni kaganek, i czy ktoś to widział. Skąd pieśniarki znają rozmowę, przy której nie było nikogo — i Tamila odpowiedziała, że był pisarz, w kącie, z tabliczką, bo u nich przy władzy zawsze był pisarz: „historia to też jest woda, panie z Arveny; nie wolno uronić". Pytałem, dlaczego nie otworzyli tamy siłą, póki mieli jeszcze siłę — i słuchałem cierpliwej odpowiedzi o flotach, które tonęły w sztucznych sztormach, o armii bez wodzów, o dumie, która kazała im raczej kopać w dół niż prosić w górę. Pytałem o rzeczy wielkie i małe, mądre i głupie, pytałem jak dziecko, któremu pierwszy raz pokazano, że pod podłogą domu jest piwnica pełna kości — a ona odpowiadała. Na każde pytanie. Spokojnie, dokładnie, bez śladu zniecierpliwienia, tak jak odpowiada się komuś, na czyje pytania czekało się bardzo długo.

— Ilu was zostało? — spytałem na końcu, bo to pytanie leżało pod wszystkimi innymi. — Ze wszystkich. Z całego południa, jakie było.

Tamila dosypała piasku na resztkę zielska, starannie, do ostatniej iskry. I po raz pierwszy w tej podróży nie odpowiedziała na pytanie.

— Tego rachunku nie opowiem ci ja — rzekła, wstając. — Ten rachunek zrobiono w jednym miejscu, jednego dnia, na oczach całego południa. Zawiozę cię tam. Zobaczysz, jak się liczy takie liczby — i kto je liczył. — Podniosła na mnie oczy; w gasnącym świetle były prawie czarne. — A na razie wystarczy ci wiedzieć jedno: reszta jest tym, po czym dziś chodziłeś.

Zachód słońca nad opuszczonym miastem na kamiennych drzewach. Niskie słońce prześwietla platformy i cały skamieniały las rzeźbionych pni rzuca tysiące długich, równoległych cieni na suche koryto rzeki daleko w dole — pasiasty, nieskończony wzór biegnący po horyzont. W środkowym planie wznosi się wielka kopuła, ślepa i ciemna na tle płonącego nieba, z czarnymi oczodołami pustych okien; niskie słońce chwyta jej żebra tak, że przez chwilę wygląda, jakby miała zaraz rozżarzyć się od środka — i nie rozżarza się. Na pierwszym planie, mali, dwoje ludzi idących wysoką ulicą w stronę mostu.
Poświata, której nie było, na czaszy, która stała.

Wyszliśmy z ratusza o zmierzchu. Na zewnątrz, nad miastem na drzewie, słońce schodziło nisko — i przez chwilę, przez jedną chwilę, patrzyłem na ślepą kopułę i widziałem obie rzeczy naraz, bez pieśni i bez dymu, samą pamięcią: czerwoną poświatę, której nie było, na czaszy, która stała. Zrozumiałem, że tak już będzie zawsze. Że oni wszyscy — Tamila, pieśniarki, blade dzieci myjące lustra, hutnicy z podwójną normą — widzą tak każdy dzień, od pięciu tysięcy lat: dwa czasy naraz, wodę pod każdym piaskiem, poświatę na każdej ślepej kopule. Że można tak żyć. I że nie można tak żyć wiecznie.

— Zaczynasz rozumieć — powiedziała Tamila. Nie pytała.

— Zaczynam — powiedziałem.

Skinęła głową, powoli, jak nad wyrównanym rachunkiem. I ruszyła przodem, w dół, ku mostowi cienkiemu jak ostrze — a ja szedłem za nią przez umarłe, majestatyczne, uniesione na tysiącu nóg miasto i po raz pierwszy, odkąd przekroczyłem góry, nie myślałem o tym, co opowiem. Myślałem o tym, co trzeba będzie zrobić.

Nie wiedziałem jeszcze co. Wiedziałem komu.