LILIANNA
Na trzy dni przed przesileniem Arvena zaczęła się stroić — i patrzyłam na to z okien zamku jak na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam naprawdę, choć widziałam to dwadzieścia razy.
Bo moje miasto stroiło się warstwami, tak jak było zbudowane. Najpierw górne tarasy: kamienice bogaczy wywieszały z okien pasy sukna w barwach domów, złotawe i wiśniowe, i wiatr od morza bawił się nimi cały dzień, aż zbocze góry wyglądało jak suknia rozłożona na trawie do wyschnięcia. Potem dzielnica handlowa: nad uliczkami zawisły girlandy z gałęzi sosnowych i pęków pierwszych polnych kwiatów, a klasztorny pięciokąt oplotło świeże zielone wicie tak gęsto, że złoty bluszcz na murach wyglądał, jakby dostał młodszego brata. Potem rzemieślnicza, najgłośniejsza — tam nie wieszano ozdób, tam je robiono: całe miasto pachniało od niej gorącym woskiem, smołą i wiórami, bo na przesilenie każdy warsztat wystawia przed próg swoją „sztukę roku", najlepszą rzecz, jaką zrobił, i biada sąsiadowi, którego sztuka jest mniejsza. A na samym dole, w porcie i w Zacieniu, szykowano to, co najważniejsze: stosy. Wielkie sterty naniesionego przez morze drewna, układane na falochronie i na płyciznach co sto kroków, od główki portu aż po ujście zatoki — bo w najkrótszą noc roku pali się na Podkowie ognie, żeby słońce z góry widziało drogę powrotną, a umarli, którzy odeszli w zimie, mogli się ostatni raz ogrzać przed dalszą drogą.
Mówię o tym wszystkim tak długo, bo chcę, żeby było jasne, jak wyglądało moje miasto w dniu, w którym przypłynęli po jego słabość: pięknie. Wyglądało pięknie, pachniało żywicą i miodem, i dzwoniło młotkami — a ja chodziłam po nim z wiedzą, której nie miał prawie nikt: że pod tym wszystkim, pod suknem i girlandami, ktoś nocami roznosi pakuneczki z palcami, i że w księgach klasztornych przybywa zmarłych bez czuwania.
Z tą wiedzą poszłam do ojca. Dzień przed przybyciem poselstwa, na ostatnim zebraniu przed burzą.
Gabinet Filipa o poranku pachniał woskiem i zimnym popiołem. Za oknem, daleko w dole, błyszczała Podkowa pełna masztów — statki kupieckie ściągały na przesilenie z całego wybrzeża — a on stał nad rozłożonymi listami z tym swoim wyrazem twarzy rachmistrza, który wie, że bilans się zepnie, ale jeszcze nie mówi jak. Wysłuchałam porządku jutrzejszego dnia: kto stoi gdzie, kto mówi co, kto milczy jak. A potem, kiedy zwijał ostatnią listę, powiedziałam to, z czym przyszłam.
— Ojcze. W Zacieniu dzieje się coś złego. — Ważyłam słowa; nie mogłam powiedzieć wszystkiego, nie zdradzając, skąd wiem. — Pojawił się nowy lichwiarz. Pożycza każdemu, a potem odbiera nie pieniądze, tylko przysługi. Ludzie się boją. Mówi się o okaleczeniach. O znikaniu. Straż portowa udaje, że nie widzi, a biedota nazywa go… królem żebraków. To nie jest zwykła lichwa. To wygląda, jakby ktoś skupował miasto od dołu.
Filip słuchał, nie przerywając — to zawsze był jego sposób: wysłuchać do końca, żeby wiedzieć dokładnie, co zlekceważy.
— Lilianno. — Odłożył listę. — Jutro do mojego portu wpłynie okręt pod cesarską banderą, pełen ludzi, którzy przyjadą policzyć, czy warto nas połknąć. Za murem siedzi wódz klanów ze zgniecionym kręgosłupem i dwunastoma ludźmi, a jego klany w górach liczą, ile hańby wodza wolno im przełknąć, zanim wybiorą nowego. Silosy mam pełne w jednej trzeciej. — Wyliczał to spokojnie, jak zakupy. — A ty mi mówisz o lichwiarzu, który straszy biedotę w Zacieniu. Córko. Długi poddanych to jak wszy: wstydliwe, wieczne i nie umiera się od nich. Mam większe zmartwienia niż to, komu rybak zastawił łódkę.
— To nie są zwykłe długi. On nie chce pieniędzy z powrotem, on chce…
— Każdy lichwiarz czegoś chce, i zawsze jest to w końcu to samo. — Machnął dłonią, raz, i temat przestał istnieć, tak jak przestawały istnieć wszystkie tematy, które uznał za zamknięte. — Zresztą powiem ci coś, czego nie mówię radzie, żebyś jutro stała przy mnie spokojnie, a nie dzielnie — bo posłowie odróżniają jedno od drugiego. Finanse tego księstwa nie były tak zdrowe od trzydziestu lat. Żołd wypłacony. Połowa długu gildii spłacona. Banki przedłużyły, bo zobaczyły ruch w porcie. Zawarłem umowy handlowe, jakich ten dom nie widział za mojego ojca ani dziada — z partnerem, który płaci uczciwie i nie zadaje pytań.
— Z jakim partnerem?
Spojrzał na mnie — i przez chwilę, przez jedną chwilę, wydawało mi się, że powie. Że jest zmęczony noszeniem tego sam, tak jak ja byłam zmęczona noszeniem swojego.
— Póki żyję, tego ci nie powiem — odparł. — I módl się, żebyś się nie dowiedziała szybko. — Wrócił do list. — Jutro bądź na podwyższeniu pierwsza. Suknia ciemna, bez klejnotów oprócz sygnetu. Niech liczą i niech im nie wychodzi.
Wyszłam z gabinetu z dwiema rzeczami: z rozkazem i z zimnem pod mostkiem. „Póki żyję." Ludzie mówią tak, kiedy chcą powiedzieć „nigdy" — ale mój ojciec nigdy nie mówił „nigdy", bo „nigdy" to obietnica, a on nie składał obietnic, których nie mógł wycenić. On powiedział dokładnie to, co powiedział. I to właśnie usłyszałam.
Przyszli nazajutrz, w samo przesilenie, z porannym przypływem — i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyło moje miasto, była uroda tego okrętu, a drugą obelga.
Okręt był wspaniały, nie ma co kłamać: trójmasztowiec o kadłubie czarnym jak lakier, ze złotym pasem wzdłuż burty i żaglami barwy kości słoniowej, na których cesarski znak — wieża między dwiema falami — zajmował tyle miejsca, żeby nikt na wybrzeżu nie musiał mrużyć oczu. Wszedł w Podkowę bez pilota, co było popisem, i rzucił kotwicę dokładnie na środku redy, co było zajęciem miejsca należnego gospodarzom, i wysadził na nabrzeże czterdziestu ludzi w barwach Imperium — czerń, złoto i ta ich szarość, „szarość niebarwiona, najdroższa z farb", jak mawiają kupcy — ustawionych w kolumnę tak równą, jakby ją narysowano.
A na czele tej kolumny nie szedł nikt.
To znaczy: szedł człowiek. Niewysoki, gładki, w średnim wieku, w szatach dobrych, ale nie świetnych, z łańcuchem urzędnika na piersi. Dyplomata. Zwykły dyplomata, jakich cesarska kancelaria ma setki — bez tytułu przy nazwisku, bez kropli krwi wartej wymienienia, bez rangi, która kazałaby memu ojcu wyjść mu naprzeciw dalej niż do progu sali. Zrozumiałam to od razu, bo po dziesięciu dniach lekcji ojca takie rzeczy czytałam już sama: Imperium, proszone o przyjaźń, przysłało nam list bez podpisu. Gdyby przyjechał kuzyn cesarza, syn, stryj, ktokolwiek z krwi — znaczyłoby: liczymy się z wami. Przysłali urzędnika: znaczyło — jesteście sprawą do załatwienia.
Stałam na podwyższeniu w wielkiej sali audiencyjnej, po prawej ręce ojca, pierwsza na miejscu, tak jak kazał — i patrzyłam, jak wchodzą.
Sala audiencyjna była ta sama, w której niedawno tańczyła i padała klacz Vargana — długa sala ośmiu filarów, z tronem na podwyższeniu i z sufitem malowanym w chmury aż po sam szczyt, tym samym pędzlem, który maluje niebo w naszej jadalni, bo mój świekier ma jednego malarza od nieba i każe mu je odnawiać, „żeby dom miał pogodę niezależną od pogody". Filary stały tym razem nagie — krwista czerwień gości wojennych leżała zwinięta w skrzyniach, a szkoda, pomyślałam nieuprzejmie, bo przydałaby się jako przypomnienie. Za to między filarami, wzdłuż ścian, stały zbroje przodków — nie dla ozdoby, jak myślałam w dzieciństwie, tylko dla rachunku: każda zbroja to jedna wojna, którą ten dom przeżył; jest ich czternaście. A nad tronem, wysoko, wisi dziób pierwszego okrętu, jaki przybił do tej zatoki, czarny ze starości, z wyrzeźbioną głową ptaka — pod nim przysięgają władcy Arveny, bo byliśmy żeglarzami, zanim zostaliśmy czymkolwiek innym.
Posłowie weszli między filary kolumną i rozlali się po sali jak rtęć — gładko, cicho, wszędzie. I patrzyli. Ojciec uprzedzał, a i tak nie byłam gotowa na tę jakość patrzenia: oczy tych czterdziestu ludzi nie spoczywały nigdzie i nie pomijały niczego — zbroje, okna, straż, świece, dłonie dworzan, mój sygnet, twarz mego ojca — spokojnie, zawodowo, bez ciekawości, tak jak patrzy się na rzeczy, o których trzeba będzie zdać sprawę. Szukali. Wiedziałam, czego: słabości. Pęknięcia w murze, drżenia w dłoni, zbroi o jedną wojnę za mało. Przyjechali obejrzeć nas od spodu — i nawet nie mieli zamiaru udawać, że przyjechali po co innego.
Dyplomata skłonił się dokładnie tak głęboko, jak nakazywał protokół, i ani o włos głębiej.
Przemówił długo i pięknie, głosem gładkim jak jego twarz. O przyjaźni, która łączy wielkie Imperium z „dzielnym księstwem na krańcu nizin". O trosce, z jaką cesarz — oby panował wiecznie — patrzy na trudy małych domów w niespokojnych czasach. O buntach wasali, które wstrząsają spokojem wybrzeża; o handlu, który podupada; o silosach — tu uśmiechnął się współczująco — „o których różnie mówią w portach". A potem, tym samym gładkim głosem, jakby podawał sól, wyłożył ofertę: protekcja Imperium nad księstwem Arveny. Gwarancja granic. Otwarcie ceł w Kastmarze. Pożyczka na odbudowę floty handlowej, na warunkach „rodzinnych". Bo — i tu spojrzał po raz pierwszy wprost na mnie — Imperium pragnęłoby, aby ta przyjaźń stała się rodziną w najdosłowniejszym sensie: Jego Cesarska Mość ma kuzyna, człowieka w sile wieku, o nienagannej krwi i znacznym majątku, który byłby zaszczycony, mogąc prosić o rękę dziedziczki Arveny — „gdy tylko jej stan na to pozwoli, a wiemy, że sprawy stanu bywają… odwracalne".
Cisza po tych słowach była długa i pracowita: czterdzieści par oczu ważyło w niej moją twarz.
Stałam nieruchomo. Czekałam na ojca — to było jego pole, jego gra — ale ojciec milczał, i po dwóch uderzeniach serca zrozumiałam, że to milczenie jest dla mnie: podawał mi mowę tak, jak na radzie podał mi klacz na targu. Sprawdzał, czego się nauczyłam. Wszyscy sprawdzali.
— Panie pośle. — Mój głos poniósł się po sali, której osiem filarów niosło głos lepiej niż niejeden herold. — Dziękujemy za troskę Jego Cesarskiej Mości. Jest wzruszająca — tym bardziej że, jak widzę, wzruszyła aż czterdzieści osób, a nie wzruszyła żadnej z krwi cesarskiej na tyle, by przypłynęła osobiście. — Pozwoliłam, żeby to zdanie doleciało do końca sali i wróciło. — Co do naszych trudów: obawiam się, że w portach, gdzie tak różnie mówi się o naszych silosach, mówi się nieaktualnie. Księstwo Arveny nie potrzebuje pożyczki, panie pośle. Księstwo Arveny jest w lepszej kondycji, niż się panu zdaje — w lepszej, niż była za mojego świekra i za jego ojca. Żołd naszej straży wypłacony jest co do grosza; nasze banki przedłużają nam kredyt, nie my im; a nasz handel… — uśmiechnęłam się tak, jak umiała tylko Marta: samymi ustami — …nasz handel ma się na tyle dobrze, że nie zdołam nawet wymienić wszystkich partnerów. Co zaś do kuzyna Jego Cesarskiej Mości — proszę mu przekazać wyrazy szacunku i życzyć zdrowia. Mój stan, panie pośle, to małżeństwo. Sprawy stanu bywają odwracalne — przysięgi nie. Tak przynajmniej uczy nas, tu na krańcu nizin, nasza prostacka wiara.
Gdzieś z głębi sali, od strony dworzan, doleciał pojedynczy, szybko zduszony odgłos, który mógł być kaszlem, a mógł być początkiem śmiechu — i po dziś dzień twierdzę, że poznałam po barwie, że to Konstanty.
Dyplomata skłonił się powtórnie, dokładnie tak samo głęboko. Był zawodowcem; na jego twarzy nie drgnęło nic. Ale za jego plecami, w czterdziestu parach patrzących oczu, zobaczyłam po raz pierwszy coś nowego: zawahanie. Krótkie spojrzenia wymieniane bokiem, o pół uderzenia za szybkie jak na ludzi, którzy nigdy się nie śpieszą. Przyjechali obejrzeć słabość — a to, co oglądali, nie chciało się zgadzać z tym, po co przypłynęli, i widać było, jak im to przeszkadza, jak kamyk w bucie, o którym nie wypada mówić.
Ojciec przemówił dopiero wtedy — krótko, sucho, gościnnie: uczta wieczorem, bal nazajutrz, komnaty przygotowane, miasto w święto stoi otworem dla dostojnych gości. Ani słowem nie dotknął oferty. Tak się odmawia w mowie władców: nie mówiąc „nie", mówiąc „wieczerza o zmierzchu".
A kiedy posłowie wychodzili, kolumną, gładko, zauważyłam, że kilku z nich — tych liczących — zadziera głowy ku oknom skrzydła gościnnego. Tam, w wielkim oknie wieży, na swoim fotelu, siedział Vargan: ogromny, nieruchomy, patrzący na cesarskie poselstwo z góry, jak głaz patrzy na przypływ. Buntownik, o którym „różnie mówiono w portach" — ten, co przyszedł z armią po swoje i został pod naszym dachem, żywy, złamany i wystawiony w oknie jak sztuka roku przed warsztatem. Ojciec nie kazał go chować. Ojciec kazał go pokazać.
Zaczynałam rozumieć, jak gra mój świekier — i po plecach, między łopatkami, przeszło mi coś, co było w połowie dumą, a w połowie zimnym, bardzo starym strachem.
Nazajutrz ojciec zrobił rzecz, której się nie spodziewałam: oddał im mnie na cały dzień.
— Poprowadzisz gości po mieście — oznajmił przy śniadaniu, tonem, jakim przydziela się wartę. — Pokażesz im wszystko, o co poproszą. Wszystko. Silosy też.
— Silosy?
— Zwłaszcza silosy. — Ani drgnął. — Kto ukrywa spichrze, ten ma puste spichrze. Kto je pokazuje, temu nie trzeba wierzyć na słowo. — I dodał, już nad listami: — Nie odpowiadaj na żadne pytanie szerzej, niż je zadano. I wróć mi z listą wszystkich pytań, które zadali. Pytania mówią o człowieku więcej niż odpowiedzi.
Szłam więc przez moje odświętne miasto z cesarskim dyplomatą u boku i z tuzinem jego ludzi za plecami — przez targ, gdzie przekupki na mój widok prostowały się i śmiały szeroko, bo święto i bo wino z książęcej fontanny; przez port, gdzie przy kei stały statki z trzech wybrzeży i gdzie kapitanowie kłaniali się dyplomacie dokładnie tak nisko, jak nakazywał cudzy protokół, ani trochę niżej; przez rzemieślniczą, gdzie przed progami stały sztuki roku i gdzie dyplomata zatrzymał się przy szafie zdobionej intarsją i spytał uprzejmie o cenę, a stolarz odpowiedział, że sztuki roku się nie sprzedaje, panie, sztukę roku się pokazuje — i widziałam, jak dyplomacie coś drga w kąciku oka, bo w jego świecie rzecz, której nie można kupić, była błędem w rachunku.
Przy silosach rozegrał się mały teatr, który zrozumiałam dopiero po fakcie. Otwarto im trzy — trzy z siedmiu, „pozostałe w inwentaryzacji, dostojni panowie, ziarno się przesypuje" — i te trzy były pełne po brzegi, pachnące suszonym zbożem tak gęsto, że kręciło się w głowie. Ludzie dyplomaty weszli, obeszli, jeden przesypał ziarno w palcach, drugi wbił w pryzmę długi pręt, po fachowemu, aż po rękojeść — i pręt wyszedł cały w ziarnie, bo pryzma była prawdziwa. Nie wiedzieli tego, co wiedziałam ja: że za tymi trzema silosami stoją cztery, których nie otwarto, i że ojciec przez ostatnie trzy doby kazał przesypywać nocami ziarno tak, żeby każdy silos, który zostanie otwarty, był pełny. Nie kłamał. Układał prawdę warstwami, jak miasto.
A dyplomata przez cały ten dzień pracował nade mną — cierpliwie, po rzemieślniczemu, tak jak jego ludzie pracowali nad miastem. Zaczynał z daleka: jakie to szczęście, że małżonek pani wypoczywa; wiosenna rezydencja musi być urocza o tej porze roku; czy daleko stąd? („Niedaleko" — uśmiech, który mówi: to pytanie jest małe.) Potem bliżej: słyszał o niefortunnym upadku lorda klanów; koń, podobno, spłoszony; czy lord wraca do zdrowia? („Wraca. Mój świekier dba o swoich wasali nawet wtedy, gdy oni zapominają, czyimi są wasalami.") Potem wprost, przy winie, na tarasie nad portem, głosem zniżonym do poufałości: skąd, jeśli wolno spytać, ta kwitnąca kondycja? porty mówiły co innego; kancelaria cesarska ma stare rachunki; cuda w handlu zdarzają się rzadko i zawsze mają adres. („Panie pośle — odpowiedziałam, patrząc mu w oczy tak długo, aż to on odwrócił wzrok — gdyby cuda miały adres, przestałyby być cudami, a zaczęłyby płacić cło. Może dlatego tak ich mało w Kastmarze.")
I wtedy, po raz pierwszy i ostatni, cesarski dyplomata powiedział mi zdanie, które nie było ruchem w grze. Postawił kielich, popatrzył na moje miasto w dole — na sukna, na maszty, na dymy z tysiąca kominów — i rzekł, ciszej niż wszystko, co mówił dotąd:
— Pani wybaczy. Przyjechałem do innego księstwa, niż zastałem.
— To może przyjechał pan po prostu za późno o trzydzieści lat — odpowiedziałam. — Albo za wcześnie o pięć.
Nie zrozumiał. Ja chyba też nie do końca rozumiałam, co powiedziałam — ale jego ludzie za nami przestali na moment patrzeć na miasto i wszyscy, jak jeden, popatrzyli na mnie, i tego wieczoru w raporcie, którego nigdy nie przeczytam, przybyło, jestem pewna, jedno zdanie więcej.
Uczty opisywać nie chciałam, a muszę, bo tamtego wieczoru dowiedziałam się o Imperium więcej niż ze wszystkich ksiąg.
Salę biesiadną mojego domu znałam na pamięć i wstydziłam się jej trochę, jak wstydzi się rodziców: przesadzona, przeładowana, prowincjonalna z rozmachem. Rogi i łby na ścianach, całe wypchane zwierzęta w niszach; nad trzema rzędami stołów wielkie żyrandole z poroży, a między nimi, na sznurkach ledwie widocznych z dołu, dziesiątki wypchanych ptaków w wiecznym, nieruchomym locie. Sufit malowany na jasny błękit, z białymi chmurkami, które malarz odnawiał co dziesięć lat, coraz pulchniejsze. I duma domu: stoły z litego kamienia, w których blatach wydrążono krętą rzekę, wyłożono ją ołowiem, napełniono wodą i zarybiono — małe srebrne rybki pływały między półmiskami przez całą wieczerzę, a goście od pokoleń nie umieli się zdecydować, czy to cud, czy szaleństwo. Kiedy byłam mała, karmiłam je okruchami pod nieobecność ochmistrzyni; tego wieczoru patrzyłam, jak nad tą samą rzeczką pochyla się cesarski dyplomata z uprzejmym: „Jakież to… śmiałe."
Ale prawdziwe widowisko siedziało po obu stronach stołów.
Nasi jedli jak północ: dużo, głośno, oburącz, z chwaleniem kucharza przez podniesiony róg. Posłowie jedli jak Imperium — i było to jak przedstawienie, którego nie można przestać oglądać. Nim którykolwiek tknął potrawę, próbował jej najpierw człowiek stojący za jego krzesłem; potem drugi, od wina. Potem dostojnik odczekiwał — nie chwilę: odliczał, widziałam poruszające się wargi — i dopiero sięgał, dwoma palcami, odkładając po każdym kęsie sztuciec na podstawkę z kości, którą każdy z nich przywiózł własną, w pokrowcu z szarego jedwabiu. Nie pili do dna nigdy; kielich odstawiony choćby o łyk za pusty natychmiast dopełniał sługa, tak by stał zawsze pełny i zawsze nietknięty — bo pełny kielich to kielich, którego nikt nie musiał zatruć dwa razy, jak szepnął mi Konstanty, który siedział obok i bawił się coraz lepiej. Rozmawiali półgłosem, każdy najwyżej z jednym sąsiadem, nigdy przez stół; śmiali się — wszyscy naraz, krótko, kiedy zaśmiał się najstarszy, i ani chwili dłużej. A wachlarze! Mieli wachlarze, mężczyźni, z szarego pierza, i wachlowali się nimi powoli, rytmicznie, wszyscy w tym samym rytmie, jak jedno wielkie leżące zwierzę, które oddycha. Gnuśność — myślałam najpierw. Potem przyszło mi lepsze słowo: oszczędność. Ci ludzie nie marnowali niczego: ruchu, słowa, śmiechu, zaufania. Wszystko było odliczone, spróbowane, dopełnione i odłożone na własną podstawkę. Naprzeciwko nich moja północ obgryzała kości i rzucała rybkom okruchy — i nie umiałam się zdecydować, która strona stołu przeraża mnie bardziej: ta, która żyje, jakby jutra miało nie być, czy ta, która żyje, jakby wczoraj nigdy nie wolno było zapomnieć.
Przy wetach dyplomata wzniósł zdrowie cesarza. Wstałam razem ze wszystkimi, uniosłam kielich — i wypiłam do dna, jednym ciągiem, nie odrywając od niego wzroku, bo połowa kielicha to połowa wierności, a ja tego wieczoru nie mogłam sobie pozwolić nawet na ćwierć niedomówienia. Odstawiłam pusty kielich denkiem do góry, po naszemu, na znak, że w środku nie zostało nic — i zobaczyłam, że dyplomata patrzy na ten odwrócony kielich o dwa uderzenia serca za długo. W jego świecie kielichy stały zawsze pełne i zawsze nietknięte. Kobieta, która pije do dna i pokazuje dno, nie mieściła się w podstawce z kości.
A potem — i to była moja mała, prywatna wygrana tego wieczoru — zaczęły się w nich psuć rytuały. Drobiazgi, których nikt poza mną chyba nie widział, bo nikt poza mną nie spędził dwóch dni na uczeniu się ich na pamięć: jeden z młodszych sięgnął po potrawę o pół oddechu przed swoim próbowaczem i cofnął rękę, ale za późno, spróbował sam. Śmiech — ten ich wspólny, sterowany śmiech za najstarszym — rozjechał się raz, na dwie części, jakby połowa nie była pewna, czy najstarszy naprawdę się zaśmiał. A kielich siwego, tego, który patrzył najuważniej ze wszystkich, stał przez dobrą chwilę dopity do połowy i niedopełniony, bo jego sługa gapił się na rybki w kamiennej rzece — i siwy tego nie zauważył. Ludzie, u których wszystko jest odliczone, zaczynali się mylić w rachunkach. Mysz tańczyła, a kot pierwszy raz w tym tańcu pomylił krok.
Graliśmy nasze role przez dwa dni. Uczta, potem bal — bal wydał ojciec z rozmachem, którego nie widziałam u niego nigdy: grajkowie ściągnięci z trzech miast, tancerze z pochodniami na dziedzińcu, fontanna wina dla gminu przed bramą, żeby posłowie słyszeli, jak miasto krzyczy z radości pod murami. Robiliśmy dobrą minę do złej gry, wszyscy, całym domem, od księcia po ostatniego pachołka — mysz, która tańczy z kotem i tańczy tak dobrze, z takim apetytem, z taką fantazją, żeby kot przez cały wieczór nie mógł pozbyć się myśli, że ta mysz może mu stanąć w gardle.
Na balu wachlarze z szarego pierza zgubiły rytm. Mówię to jako świadek: przez dwa dni to jedno wielkie leżące zwierzę oddychało równo, czterdzieści piór w jednym takcie — a w tamten wieczór, między jednym tańcem z pochodniami a drugim, przyjrzałam się im znad ramienia partnera i zwierzę oddychało byle jak, każde pióro w swoją stronę, jak stado, które przestało słyszeć pasterza. Siwy w ogóle nie wachlował. Siwy stał pod ścianą, z dala od świateł, i patrzył w okna skrzydła gościnnego — tam, gdzie za szybą, w blasku jednej świecy, siedział w swoim fotelu Vargan i nie patrzył na bal wcale, co było chyba najbardziej wymowną rzeczą, jaką mógł zrobić.
I wyszło. Mówię to z niedowierzaniem, którego nie pozbyłam się do dziś: wyszło całkiem dobrze.
Poselstwo miało zostać do końca tygodnia świątecznego. Wyjechali trzeciego dnia rano — nagle, gładko, z doskonałymi manierami i bez podpisanego czegokolwiek. Żadnego dekretu, żadnej protekcji, żadnych zrękowin; jedynie protokolarne podziękowania i obietnica „przekazania wrażeń Jego Cesarskiej Mości". Przy pożegnaniu dyplomata skłonił się przede mną o włos głębiej, niż nakazywał protokół — o jeden jedyny włos, ale mierzyłam jego ukłony od trzech dni i wiedziałam, co ten włos kosztuje — a ich kolumna, schodząc do portu, nie była już tak równa jak przy wejściu. Szli jak ludzie, nie jak linia. Ojciec stał obok mnie na murze i patrzył na to z twarzą bez wyrazu.
— Widzisz? — powiedział. — Weszli narysowani. Wychodzą ludźmi. To znaczy, że myślą. A myśleć zaczyna się dopiero wtedy, kiedy rachunek przestaje wychodzić. Odprowadzałam ich wzrokiem z murów, jak czarny okręt ze złotym pasem zabiera z mojej zatoki czterdziestu zawiedzionych rachmistrzów — bo o to przecież chodziło od początku: przyjechali obnażyć słabość, wycenić ją i kupić za bezcen, ubrawszy zakup w suknię ślubną. A zobaczyli pełny port w święto, wypłacony żołd, gospodarkę, która skądś — skądś — miała się lepiej niż od trzydziestu lat, dziedziczkę, która nie drży, i złamanego buntownika w oknie, wystawionego jak rachunek za poprzedni bunt. Ich dalszy pobyt nie miał sensu. Rachmistrz nie siedzi nad księgą, która się nie zgadza na jego korzyść.
Powinnam była czuć triumf. Czułam go nawet, przez pół dnia. A potem przyszło to drugie, po kupiecku, jak zawsze u mnie: przecież oni tę księgę zabiorą do Kastmaru. I tam, w kancelarii, ktoś bardzo cierpliwy zapyta o to samo, o co ja pytałam ojca w gabinecie: skąd. Skąd, u bogatego w cuda świata, u księstwa z silosami pełnymi w jednej trzeciej, nagle taka kondycja? A na to pytanie mój ojciec miał tylko jedną odpowiedź, i brzmiała ona: póki żyję, nie powiem.
IDA
Vargan zaczął chodzić w tygodniu przesilenia — i świat, który dotąd znałam z fotela, wstał razem z nim.
Wiedziałam, że jest wielki. Co innego wiedzieć, a co innego stać obok, kiedy ta wielkość dźwiga się z fotela na dwóch kijach, chwieje, klnie w mowie klanów tak, że rozmaryn powinien zwiędnąć w całym księstwie — i prostuje się, i prostuje, i nie przestaje się prostować, aż zasłania pół okna i cały mój rozsądek. Jest ogromny. Jest potężny w ten stary, nieuczesany sposób, w jaki potężne są rzeczy sprzed prawa: dąb, dzik, zima. Blizny ma nawet na dłoniach, nawet na powiekach. Prawdziwy dzikus, mówiły siostry, i miały rację, i właśnie tego nie umiałam już słuchać — bo w oczach prawej zakonnicy, którą byłam całe życie, zaczynały się rodzić pęknięcia, cienkie jak włos, a przez pęknięcia, jak wiadomo, wchodzi światło albo woda, zależnie od pogody.
Chodziłam do wieży co drugi dzień. Podpierałam go, kiedy uczył się na nowo własnych nóg — najpierw od okna do drzwi, potem po schodach, w dół i w górę, krok za krokiem, jego dłoń na moim ramieniu ważyła tyle, co jarzmo, i nie zamieniłabym tego jarzma na żadną lekkość świata, i to jest wyznanie, nie przenośnia. Mówił do mnie rzeczy, których — powtarzał — nie mówił nigdy nikomu, i wierzyłam mu, bo takich rzeczy się nie ćwiczy: o matce, która oddała go górom w siódmym roku życia, jak oddaje się psa, który za dużo je; o pierwszym zabitym; o tym, że nocami, od kiedy nogi wróciły, śni mu się nie chodzenie, tylko bieganie, i budzi się zmęczony jak po polowaniu. A ja mówiłam jemu — i to było większe dziwo — rzeczy, których nie mówiłam ani siostrom, ani przełożonej, ani, wstyd pisać, Panu w modlitwie: że nie pamiętam twarzy rodziców, a pamiętam ich sposób pukania; że w zamku przez dziesięć dni byłam kimś i nie umiem odżałować; że czasem w chórze, w środku psalmu, milknę na jedno słowo, żeby sprawdzić, czy ktoś to zauważy. Nikt nigdy nie zauważał. On by zauważył. On zauważał wszystko jak zwierzę, którym w połowie był.
Po co przychodzę do wieży — zapomniałam. Mówię to prosto, bo prostoty się przy nim nauczyłam: zapomniałam. Wincenty złapał mnie w krużganku po nieszporach, odprowadził trzy kroki w cień i zapytał półgłosem, czego się dowiedziałam o wyrwie — a ja patrzyłam na niego przez dobre dwa oddechy, szukając w głowie, o czym on mówi, jak się szuka rękawiczki, o której człowiek wie tylko tyle, że kiedyś ją miał. Wyrwa. Góry. Dług. Zadanie. Moje jedyne zadanie.
— Pracuję nad tym, ojcze — powiedziałam.
Wincenty popatrzył na mnie długo. Tik w jego palcach był na swoim miejscu, spokojny, równy — i nie wiem, czemu poczułam się przez to jeszcze gorzej.
A Vargan? Vargan na mój widok zaczął się uśmiechać. Trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć: ta twarz, zbudowana do straszenia, te wszystkie blizny i ta szczęka — i na tym uśmiech, niepewny, krzywy, za duży, uśmiech człowieka, który tego grymasu używał dotąd wyłącznie przed walką i teraz uczy się go od nowa, do innych celów, metodą prób i błędów. Próbował być romantyczny. Piszę to i słyszę, jakie to niedorzeczne, i takie właśnie było. Raz schował dla mnie pod pledem połowę swojej wieczerzy — zimną, rozgniecioną kuropatwę — bo „siostra chuda, w klasztorze pewnie skąpią". Raz kazał swojemu człowiekowi zerwać kwiaty i wręczył mi pęk ostu, całego ostu, z korzeniami i grudą ziemi, bo „trzyma się ziemi mocno, jak siostra". Raz — tego nie zapomnę do śmierci — spróbował powiedzieć coś miłego o moich oczach, zaplątał się po drugim słowie, wściekł się na siebie, walnął pięścią w poręcz tak, że pękła, i dokończył ponuro: „No. Takie ma siostra oczy. Że poręcz pękła." Wychodziłam z wieży z twarzą obolałą od powstrzymywania śmiechu i z sercem obolałym od tego, od czego bolało — i w bramie klasztoru co wieczór składałam to na nowo w słowa, których uczciwość wymaga ode mnie także tutaj: zaczynałam go kochać. Bardziej niż kogokolwiek. Bardziej — Panie, wybacz, że piszę to przy Twoim imieniu — niż umiałam już kochać Ciebie. A on? On sam nie wiedział, co czuje; widziałam, jak tego czegoś w sobie szuka, jak szuka słowa w cudzej mowie — ale uśmiechał się na mój widok, zanim zdążył pomyśleć, a to jest jedyny uśmiech, którego nie da się podrobić.
Ostatniego wieczoru tygodnia — stał już wtedy sam, o jednym kiju, wielki jak odzyskana wieża — powiedział mi rzecz, po której usiadłam.
— Jak wydobrzeję — mówił, patrząc w okno, na miasto w dole, na dogasające ognie przesilenia wzdłuż Podkowy — pójdę do twojego księcia i przysięgnę mu wierność na nowo. Po waszemu, pod tym waszym ptasim dziobem, z całym śpiewaniem. Niech ma. — Zacisnął dłoń na kiju. — Ale zażądam jednego. Postawicie w Tuludze klasztor. Pierwszy. Wasz. Z prawdziwymi siostrami i z tym waszym dzwonem.
Zdziwiłam się tak, że zapomniałam spuścić oczy.
— Klasztor? Ty? Przecież w tobie nie ma ani krzty wiary, wodzu. Nigdy nie dostrzegłam ani okrucha.
Vargan długo nie odpowiadał. Patrzył na swoje nogi — na te dwie odzyskane kolumny, które trzymały go nad światem — a potem powiedział, prosto, jak mówił wszystko:
— Bo pierwszy raz w życiu biję się o to, żeby nie wyzdrowieć. Całe życie biłem się, żeby ktoś inny nie wyzdrowiał. — Wzruszył ramionami, jakby zrzucał piasek. — Ktoś mnie tego nauczył. To niech ma dach nad głową, jak przyjedzie do Tulugi.
Zrozumiałam. Nie nogom się nie śpieszyło — jemu nie śpieszyło się do dnia, w którym przestanę przychodzić. Zrozumiałam i wróciłam tego wieczoru do klasztoru bez podpowiedzi o wyrwie, bez spłaty długu, z pustymi rękami zakonnicy i z pełnym sercem kobiety — i dopiero w celi, przy zdmuchiwaniu świecy, przyszła mi myśl zimna jak posadzka: a jeśli to wszystko jest plan? Uwieść zakonnicę, rozkochać ucho zakonu, żeby przestało pytać o dług? Usiadłam z tą myślą na pryczy i przymierzyłam ją do niego uczciwie, ze wszystkich stron — do kuropatwy pod pledem, do ostu z korzeniami, do pękniętej poręczy — i wyobraziłam sobie Vargana układającego taki plan, Vargana intryganta, Vargana pająka. I roześmiałam się w ciemności własnej celi, sama, po raz pierwszy od ślubów. Niecny plan. On. Niemożliwe. Ten człowiek nigdy nie zaplanował niczego dalej niż do zmroku. I chyba właśnie to zaczynałam w nim kochać najbardziej — tę przewidywalność, tę nieokiełznaną prostotę, ten brak drugiego dna w świecie, w którym wszyscy moi pozostali ludzie mieli den po cztery. Był tak prosty do bólu, że moje uczucia robiły się przy nim straszliwie skomplikowane.
LILIANNA
Wincenty wezwał mnie tydzień po wyjeździe poselstwa — kartką bez pieczęci, samym „przyjdź, jak zdążysz przed nieszporami", co w naszym języku znaczyło: przyjdź natychmiast.
Szłam do klasztoru przez miasto, które sprzątało po święcie — zdejmowano sukna z okien, girlandy wisiały jeszcze, ale już brązowiały, a na falochronie czerniały wypalone kręgi po ogniach przesilenia, jak ślady po zdjętych pieczęciach — i w połowie drogi, na klasztornym dziedzińcu, minęłam Idę.
Minęłam — to właściwe słowo. Szła przez dziedziniec z koszem ziół, z głową uniesioną, z twarzą obróconą do słońca, i nie zauważyła mnie wcale. Ida, która widziała wszystko, która w zamku łapała spojrzenia służby w locie jak jaskółka muchy — przeszła o pięć kroków ode mnie, patrząc w jakiś punkt nad dachem infirmerii, i uśmiechała się do tego punktu. Zawołałam ją po imieniu. Ocknęła się, jak się człowiek budzi — z tym małym przestrachem — a potem roześmiała się, podbiegła, ucałowała mnie w oba policzki wbrew wszelkiej regule i wyrzuciła z siebie na jednym oddechu, że rozmaryn w tym roku obrodził jak nigdy, że jaskółki ulepiły gniazdo nad furtą, co wróży łagodną zimę, i że piekłam… to znaczy siostry piekły… miodowniki, i schowała dla mnie trzy, bo cztery to by już było łakomstwo — i pobiegła dalej ze swoim koszem, zanim zdążyłam wtrącić słowo.
Stałam na środku dziedzińca i uśmiechałam się za nią, i byłam w szoku — obie te rzeczy naraz, po mojemu. Coś się z nią działo. Coś ewidentnie się z nią działo: Ida gadająca głupoty, Ida z głową w chmurach, Ida niewidząca — to nie była żadna Ida, jaką znałam. Głupoty były urocze, ale to były głupoty, i wychodziły z ust najprzytomniejszej osoby, jaką znałam. Odnotowałam to sobie tam, gdzie odnotowuję rzeczy do zmartwienia się później, na półce, która robiła się ostatnio niebezpiecznie pełna — bo Wincenty czekał, a Wincenty nie wzywał mnie nigdy dla rozmaryna.
Czekał w kostnicy.
Klasztorna kostnica leży pod kaplicą północną, w najzimniejszej piwnicy wzgórza: długa, niska sala o ścianach z surowego kamienia, z rzędem kamiennych stołów pośrodku i z korytkiem lodowatej wody ze źródła, płynącym wzdłuż ścian żłobieniem — dla chłodu i dla obmywań. Pachnie tam zawsze tak samo: zimnem, woskiem i tym trzecim, o czym się nie mówi. Przychodziłam tu od dziecka, to tu nauczyłam się nie bać umarłych — ale nigdy, przez dwadzieścia jeden lat, nie widziałam, żeby zajęte były wszystkie stoły.
Wszystkie. I jeszcze dwie niecki pod ścianą.
— Sześć — powiedział Wincenty zamiast powitania. Stał między stołami z rękami założonymi z tyłu, bez konewki, bez tiku, z twarzą szarą jak ta piwnica. — Sześć dzisiaj. Wczoraj pięć. Przedwczoraj sześć. Od dziewięciu dni, Lilianno. A to — powiódł ręką po sali — to tylko ci, za których ktokolwiek zapłacił świecę. Wóz za Bramę Umarłych wyjeżdża teraz dwa razy przed świtem, bo w jeden nie mieszczą się ci bez czuwania. Nie było tak źle, odkąd prowadzę księgi. Nie było tak źle nigdy.
Podeszłam do najbliższego stołu. Mężczyzna, może pięćdziesięcioletni, ręce robotnika. Twarz spokojna. Na ciele — nic. Żadnej rany, żadnego siniaka, żadnego śladu.
— Zaraza? — spytałam cicho, bo to słowo mówi się cicho.
— Też tak myślałem. — Wincenty podszedł z drugiej strony stołu. — Zarazy gnębią to księstwo raz na pokolenie, znam je z ksiąg i z dwóch własnych oczu. I te ciała wyglądają jak z zarazy: nagła śmierć, sine wargi, bez ran. Ludzie w mieście już szepczą, że coś grasuje; na targu mówiono wczoraj, że lada dzień zamkną bramy i ogłoszą kwarantannę. — Pokręcił głową, powoli. — Ale mnie się to nie zgadzało od początku. Zaraza, Lilianno, ma swoje obyczaje. Zaraza wybucha ogniskami: jedna studnia, jeden zaułek, jeden dom flisaków — wszyscy zmarli z jednego miejsca, potem cisza, potem następne ognisko. Tak chodzi mór: od drzwi do drzwi, jak pijak, po sąsiedzku. A ja spisuję adresy tych ludzi od dziewięciu dni. — Wyjął zza pazuchy kartkę, gęsto zapisaną jego równym pismem. — Zaułek Powroźniczy. Rybna. Podklifie. Górka Solna. Stara Grobla. Zacienie trzy razy, ale za każdym razem inny koniec Zacienia. Żadnych sąsiadów. Żadnej wspólnej studni. Żadnego wspólnego stołu, warsztatu, kościoła. Ci ludzie nie znali się nawzajem — a umarli identycznie. Mór tak nie chodzi. Mór, który skacze po całym mieście naraz, zdławiłby je już do cna, a miasto żyje. — Odłożył kartkę na brzeg stołu, wyrównał jej brzeg do brzegu blatu, machinalnie, i spojrzał na mnie. — Coś tu chodzi po adresach, Lilianno. A po adresach nie chodzi choroba. Po adresach chodzi człowiek z listą.
Zimno tej piwnicy weszło mi pod suknię całe naraz.
— Dlatego cię wezwałem. — Głos miał równy, ale wiedziałam już, ile kosztuje go ta równość. — Zrobisz to, co umiesz. Przy wszystkich sześciu. Chcę wiedzieć, co zabiera mi ludzi z sześciu różnych ulic jedną i tą samą ręką.
Zrobiłam to przy wszystkich sześciu. Jedno po drugim, stół po stole, z przerwami na wodę i na oddech, przez najdłuższe popołudnie od dawna — i opowiem to tak, jak się to złożyło we mnie: nie sześć wizji. Jedna wizja, odegrana sześć razy.
Zawsze zaczynało się od drzwi. Ciche pukanie — grzeczne, dwukrotne, pukanie sąsiada — a potem, gdy tylko rygiel schodził, drzwi wchodziły do środka razem z nimi: dwóch. Zawsze dwóch. Wielcy, w zwykłych szarych opończach portowych, wchodzili jak grzmot — jednym krokiem, który zabierał cały przedpokój — a potem robili się delikatni. To było w tym wszystkim najstraszniejsze: ta delikatność. Nie tłukli sprzętów. Nie wybijali szyb. Nie zostawiali siniaków. Jeden brał człowieka od tyłu, w chwyt, jakiego nie znałam, miękki jak objęcie — unieruchamiał go tak, jak się trzyma dziecko przy strzyżeniu: pewnie i prawie czule. A drugi wyjmował zza pazuchy coś małego, czego w pierwszych wizjach nie mogłam dojrzeć, a co w czwartej zobaczyłam wyraźnie: cienki kolec z jasnego metalu, osadzony w drewnianej oprawce, jak rylec pisarski. Nakłuwał nim ramię — w zgięcie łokcia, tam gdzie żyła — jednym wprawnym ruchem szewca przekłuwającego skórę. I trzymali obaj, spokojnie, fachowo, aż człowiek przestawał drżeć.
Palpitacje trwały krócej, niż trwa pacierz. Twarze umierających robiły się najpierw zdziwione, potem sine, potem spokojne. A tamci dwaj stali nad nimi do końca — nie z okrucieństwa; sprawdzali robotę — po czym układali ciało na podłodze porządnie, prostowali mu ręce wzdłuż boków, jeden gasił świecę, jeśli się paliła, i wychodzili, zamykając drzwi bez trzasku. W dwóch wizjach któryś z nich przed wyjściem stawiał na stole, równiutko na środku, mały przedmiot, którego rozpoznanie zabrało mi resztę sił: pusty szpagat po pakuneczku. Rozwiązany. Wiadomość odebrana, dług nie spłacony, sprawa zamknięta.
Ludzie w długach wiedzieli, kto ma długi. Miasto szeptało adresami. Przekaz był prosty jak kolec: kto nie odda całości albo nie wypełni przysługi — znika. Bez ran, bez hałasu, bez śladu. Jak od zarazy.
Przez pięć wizji tamci dwaj nie odezwali się ani słowem — myślałam już, że są niemi, że i to jest częścią rzemiosła. Dopiero w szóstej, ostatniej — w izbie starego cieśli przy Starej Grobli, gdzie pachniało wiórami i kapustą — rozmawiali. Robili swoje: jeden trzymał, drugi właśnie schował kolec — a mówili przy tym przez ramię, od niechcenia, tak jak rozmawiają robotnicy przy dłużącej się robocie. Mówili naszą mową. I to było pierwsze, co usłyszałam, zanim jeszcze dotarły do mnie słowa: mówili naszą mową starannie, poprawnie, jak wyuczeni — a pod spodem, w samym dnie głosek, śpiewało im się coś obcego, jakieś miękkie, przetaczające się „r", którego nie słyszałam nigdy u nikogo z portu.
— Ileż roboty z tymi ludźmi — powiedział ten, który trzymał. W jego ramionach cieśla właśnie przestawał drżeć, a on mówił dalej, równo, jakby ważył worki: — U nas tak się bali, że jeden na tydzień był standardem. Jeden. Na tydzień. A tu? Rąk nie nadążam myć, tyle krwi.
— Nauczą się — odparł drugi, chowając oprawkę z kolcem za pazuchę. — Tyle lat hulanki. Muszą się nauczyć, jak wszyscy. A jak się nauczą, znów będziemy mieli dużo wolnego.
— Po prostu już zapomniałeś, jak to kiedyś było.
— Może i masz rację. — Drugi rozejrzał się po izbie, po wiórach, po misce z kapustą na stole, i nagle, głośno, ze złością pierwszą i jedyną w całej tej wizji: — Tyle jeszcze roboty. Mam dość czekania.
Splunął na podłogę cieśli.
I złamał kark człowiekowi, którego trzymał tamten — jednym skrętem obu dłoni, dodatkowo, niepotrzebnie, bo trucizna już kończyła swoje — a trzask, który przy tym poszedł, był tak głośny, tak obrzydliwy, tak okrutny w swojej zwyczajności, jak łamana o kolano szczapa, że wizja pękła razem z nim.
Ocknęłam się na posadzce kostnicy, cała w pocie, z krzykiem, który nie zdążył wyjść i stał mi w gardle jak ość. Ktoś klęczał przy mnie — Wincenty — i trzymał mnie za ramiona, i mówił moje imię, raz za razem, swoim równym głosem, którym mówił do chorych i do umierających, i czekał, aż wrócę cała.
Wróciłam. Usiadłam. W korytku wzdłuż ściany szumiała lodowata woda, sześć stołów stało w rzędzie ze swoim milczącym ładunkiem, a nade mną, w tej zimnej piwnicy pod kaplicą, pochylała się twarz człowieka, któremu zawdzięczam połowę rzeczy, jakie umiem — i który patrzył teraz na mnie tak, jak się patrzy na posłańca wracającego z bitwy.
— Co widziałaś? — spytał Wincenty.
Spojrzałam na niego.
— Jest gorzej, niż myślisz — powiedziałam.