VIII · Dwanaście pieśni

Umarli nie kłamią · rozdział ósmy

Dwanaście pieśni

czytania

ALEK

Cały następny dzień nosiłem w sobie jej zdanie jak kamyk w bucie: jutro wieczorem przyślę po ciebie. Widziałeś koloseum. To wystarczy.

Miasto tego dnia pokazywano nam dalej — tkalnie, w których nici szły przez kamienne grzebienie; halę map wykutych w ścianach, płytko, do czytania palcami po ciemku; szkołę, gdzie blade dzieci recytowały chórem coś, co brzmiało jak liczby, bo wszystko tutaj brzmiało jak liczby — ale słuchałem połową głowy. Druga połowa czekała wieczora. Bors dostał od nadzorcy kuźni dłuto — to samo, które ważył w dłoni jak cudzą żonę — i od tej pory nosił je na piersi, pod koszulą, jak talizman albo grzech. Cichy chodził za nami z rzemieniem gładkim jak wąż i twarzą człowieka, który przestał rozumieć własne rzemiosło. A ja łapałem się na tym, że wypatruję jej we wszystkich korytarzach naraz — i że miasto, całe to niepojęte miasto, zrobiło mi się od wczoraj mniejsze o jedną osobę.

Przyszli po mnie, kiedy lustra oddały ostatnie światło i kaganki przejęły służbę. Dwóch młodych, bladych, w szarej wełnie; skłonili się krótko i poprowadzili mnie w dół — niżej niż kuźnie, niżej niż złoto, schodami, których wczoraj nam nie pokazywano. Powietrze robiło się cieplejsze i gęstsze, aż poczułem w nim ten zapach, którego nie umiałem nazwać pierwszego wieczoru przy kominach: słodkawy, suchy, jak siano i żywica, i jeszcze coś spodem, co przypominało kadzidło z naszego sanktuarium, gdyby kadzidło umiało być groźne.

Idealnie okrągła komora wykuta w skale, na wysokość dwóch ludzi, ściany gładzone, bez jednego kąta. Na środku niskie brązowe palenisko z żarem. Przy nim siedzi po turecku kobieta o skórze koloru mocno zaparzonej herbaty z miodem, w pustynnych szatach, skręcając coś małego w palcach. Pod ścianą, w równych odstępach, siedzi dwanaście kobiet w różnym wieku, z dłońmi na kolanach i spuszczonymi oczami. Naprzeciw niej mężczyzna w północnym ubraniu.
Dzisiaj nie będziesz gościem.

Komora była okrągła. To zobaczyłem najpierw: idealne koło wykute w skale, na wysokość dwóch ludzi, ze sklepieniem zwężającym się w komin, w którym ginął dym. Pod ścianą, na całym obwodzie, siedziały kobiety. Dwanaście. Stare i młode, w szatach barwy niewypalonej gliny, każda na swoim kamiennym siedzisku, i milczały — ale to nie było milczenie ludzi, którzy nie mówią. To było milczenie luku napiętego przed strzałem.

Na środku, przy niskim palenisku z brązu, siedziała Tamila.

— Podejdź, panie z Arveny — powiedziała. — Usiądź. Dzisiaj nie będziesz gościem. Dzisiaj będziesz naczyniem.

Usiadłem naprzeciw niej, po drugiej stronie paleniska, na poduszce z wielbłądziej wełny. Między nami, na brązowej misie, leżało zielsko: suche, szarozielone wiązki o liściach drobnych jak łuski, powiązane nicią w równe snopki. Wyglądało niewinnie jak każda rzecz, która zmienia ludzi.

— Zanim zapalimy — powiedziała Tamila — wytłumaczę ci, co się stanie. Nie dlatego, że musisz rozumieć. Dlatego, że będziesz się bał, a strach w środku widzenia to zły towarzysz. — Wzięła jeden snopek i obracała go w palcach. — Powiedz mi najpierw, co myślisz, że robimy. Tylko szczerze.

— Czary — powiedziałem szczerze.

— Nie. — Nie uśmiechnęła się. — Nie ma czarów, Aleksandrze. Jest rachunek, którego jeszcze nie znasz. To — uniosła snopek — to jest zioło. Rośnie w dolnych ogrodach, przy ciepłych żyłach, i pielęgnuje się je dłużej niż winnicę. Jego dym otwiera umysł. Nie daje niczego — otwiera. Głowa po nim łapie wszystko naraz, tak jak ucho w gorączce słyszy każdy szmer domu osobno. A one — powiodła dłonią po kręgu kobiet — one będą śpiewać. Dwanaście pieśni. Każda inną.

— Naraz?

— Naraz. — Skinęła głową. — Trzeźwy człowiek słyszy wtedy hałas. Dwanaście głosów, jeden przez drugi — bełkot. Ale głowa otwarta dymem nie wybiera. Bierze wszystkie dwanaście i składa. Jedna pieśń opowiada, co się działo. Druga — jak wyglądali ludzie i co mieli na sobie. Trzecia — jak brzmiało miasto, czym pachniało powietrze, co jedli, czym płacili. Czwarta prowadzi światło i pory dnia. Piąta zna twarze. I tak dalej, do dwunastu. Osobno żadna nie jest światem. Razem, w otwartej głowie, składają się w świat. Historia zaczyna się obrazować. Będziesz w niej stał. Będziesz w niej chodził. Będziesz czuł piasek w sandałach, których nie masz.

Patrzyłem na nią i czułem, jak mi wysycha w ustach.

— To nie magia — powiedziała jeszcze, wolno, jakby przybijała pieczęć. — To narkotyk i rytuał. Rzemiosło stare jak nasze studnie. Głowa dostaje opis doskonały i sama buduje resztę — dlatego dwóch ludzi nigdy nie zobaczy tego samego. Ty zobaczysz swoje. I jedno jest ważne: pieśń umie opisać wszystko, ale głowa musi mieć z czego budować. Dlatego pytałam, czy widziałeś koloseum. Widziałeś je. Stałeś w nim. Twoja głowa ma kamień, ma nieckę, ma bramy i inskrypcję. Tego się nie da opowiedzieć — to trzeba było zobaczyć. Resztę opowiemy.

— A jeśli głowa zbuduje źle?

— Zbuduje trochę źle. Zawsze buduje trochę źle. — Wzruszyła ramionami. — Twarze tam, gdzie pieśń ich nie zna, będą twarzami ludzi, których znasz skądinąd. Zapachy pożyczysz z własnego życia. Ale kości będą prawdziwe. Pieśni śpiewamy od pięciu tysięcy lat i pilnujemy ich słowo po słowie, jak wy pilnujecie granic. Zazwyczaj wszystko mniej więcej się zgadza.

— Skąd wiecie?

Po raz pierwszy tego wieczoru uśmiech przeszedł jej spodem, jak woda pod piaskiem.

— Bo czasem w wizji ktoś przeczyta napis, którego nie umiał przeczytać na jawie — powiedziała. — A potem uczony sprawdza i napis się zgadza. Głowa nie zmyśla tego, co dostała w pieśni. Głowa zmyśla tylko szczeliny. — Odłożyła snopek na misę i spojrzała mi w oczy. — Boisz się?

— Tak.

— Dobrze. Kłamcy widzą płytko. — Skinęła na kobiety. — Oddychaj, jak ja będę oddychać. Nie walcz z niczym. Jeżeli zgubisz drogę, szukaj bębna: serce ci go zastąpi. Wrócisz, kiedy pieśni się skończą — nie wcześniej i nie później.

— A ty? Będziesz tam?

— Nie. — Powiedziała to łagodnie, a zabrzmiało jak zamknięcie drzwi. — Tam idzie się samemu, Aleksandrze. Jak wszędzie, gdzie warto.

A potem, na moich oczach, zaczęła skręcać knot — bo tak to nazywają: knot.

I mówię o tym osobno, bo to była pierwsza rzecz tego wieczoru, która wyglądała jak sztuka, a nie jak obrządek. Rozkruszyła suche listki z jednego snopka na dłoni, roztarła je kciukiem — powoli, po trosze, ważąc palcami, ile trzeba, ani szczypty więcej — po czym wzięła z misy pojedynczy szeroki liść tej samej rośliny, wysuszony na cienko jak pergamin, ułożyła na nim kruszywo równą grządką i zwinęła. Nie zawinęła — zwinęła: dwoma kciukami i dwoma palcami, jednym płynnym ruchem od środka ku końcom, tak że powstał walec równy jak toczony na kole, ciaśniejszy przy ustniku, luźniejszy przy głowie, zaklejony wzdłuż samą wilgocią warg. Trwało to może dziesięć oddechów i przez wszystkie dziesięć nie patrzyła na dłonie wcale — patrzyła na mnie — a knot i tak wyszedł doskonały. Widziałem złotników przy robocie. Żaden nie robił niczego z taką niedbałą, wyćwiczoną przez lata precyzją.

Przypaliła go od węgli, obróciła w palcach, żeby żar objął całą główkę, i zaciągnęła się pierwsza — głęboko, powoli, z przymkniętymi oczami — i trzymała ten dym w sobie długo, dłużej, niż wydawało mi się możliwe, zanim wypuściła go nosem, cienko, jak zimowy oddech.

— Chcę ci pokazać mój świat, Aleksandrze z Arveny — powiedziała i podała mi knot przez palenisko. Nasze palce zetknęły się na nim na chwilę dłużej, niż wymagało podawanie.

Zaciągnąłem się — i zakasłałem jak chłopiec przy pierwszym winie, bo zrobiłem to tak, jak się u nas pali fajki przy kartach: w usta, w policzki, na pokaz.

— Nie tak. — Nie zaśmiała się; uczyła. — Nie trzymaj w policzkach jak niedojda, od tego dym jest tylko w gębie, a gęba nie widzi wizji. Wszystko ma iść w płuca. Do samego dna, jakbyś chciał zanurkować. I trzymaj. Licz do pięciu. Dopiero potem oddaj.

Spróbowałem jeszcze raz: w płuca, do dna, jak przed nurkowaniem. Dym smakował jak spalone lato i drapał jak lato spalone razem ze ściernią — ale wytrzymałem, licząc do pięciu, i oddałem go powoli, i świat przy trzecim takim oddechu zaczął robić się cieplejszy w środku, jakby ktoś dolał mi do krwi grzanego wina.

Zakręciło mną raz, mocno, jak na maszcie — a potem, z ciszy, która nie była już całkiem ciszą, pierwsza kobieta zaczęła śpiewać. Głos miała niski, a słowa szły tak szybko, że zlewały się w jedno długie, miękkie słowo bez początku; ich mowa, śpiewna i przetaczająca się, zrobiła się jeszcze bardziej falą niż zwykle — „r" toczyło się przez nią jak grzmot po dnie doliny. Druga weszła w połowie jej oddechu, wyżej, z innym tekstem. Trzecia. Czwarta. Próbowałem ich słuchać osobno i nie umiałem; próbowałem razem — i nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, przestałem próbować.

Bo pieśni przestały być głosami — a świat przestał być posłuszny.

Najpierw ruszyło światło. Płomyki kaganków wyciągnęły się w nitki i zaczęły wirować, powoli, wszystkie w tę samą stronę, jakby ktoś mieszał komorę wielką niewidzialną łyżką. Potem poczułem, że wychodzę z własnego ciała — nie gwałtownie, nie jak wyrwany: raczej jak człowiek, który wstaje od stołu, przy którym siedział całe życie — i przez chwilę widziałem nas z góry: krąg śpiewaczek, palenisko, siebie z przechyloną głową, Tamilę patrzącą na mnie przez dym. Patrzyłem na twarze śpiewających kobiet i twarze się zmieniały — z każdą falą pieśni inne: stare stawały się młode, młode stawały się cudze, przez jedną z nich przeszła twarz mojej matki, której przecież nie pamiętam, przez inną twarz Borsa, piekarki, praczki, ludzi, których znałem, i ludzi, których nie znałem jeszcze. Zmieniło się wnętrze — kamienne ściany komory oddychały, rozstępowały się i wracały. A potem zmieniłem się ja. Byłem kimś innym: przez kilka uderzeń serca miałem cudze ręce, cudzy ciężar, cudze imię na końcu języka — a potem znów byłem sobą, i znów kimś, i znów sobą, jak moneta obracana w palcach: orzeł, reszka, orzeł.

A serce mi waliło. Waliło tak mocno, tak ogromnie, że słyszałem je ponad wszystkimi dwunastoma pieśniami naraz — aż wreszcie, przy którymś uderzeniu, wyleciało mi z piersi. Mówię, jak było: widziałem je. Widziałem własne serce przed sobą w ciemności, czerwone i spokojne jak żar knota, bijące w rytm, który nie był już mój.

A potem otworzyłem oczy — i stałem w koloseum, i koloseum było całe.

Wnętrze kolosalnego amfiteatru w pełnym słońcu, u szczytu jego świetności. Wszystkie cztery kondygnacje arkadowych galerii wypełnione po brzegi — sto tysięcy ludzi, nad najwyższą galerią rozciągnięte na masztach kolorowe płótna. Arena wysypana jasnym, świeżo zagrabionym piaskiem. Wzdłuż stopy pierwszego muru biegnie kanał czystej, płynącej wody; przy wylotach bram tryskają fontanny, w donicach stoją zielone rośliny.
A wszędzie była woda.

Wiem, jak to brzmi. Stałem na arenie, na jasnym, grabionym piasku, i nade mną wznosiło się sto tysięcy ludzi — nie wyłomów, nie wydm, nie ciszy: ludzi — a niebo nad niecką było niebieskie i pełne ptaków. Kamień, ten sam miodowo-szary kamień, po którym przesuwałem dłonią wśród ruin, stał teraz młody, o ostrych krawędziach, i na wielkich masztach wzdłuż górnej korony łopotały płachty barwione tak, że oczy bolały od samego patrzenia: szkarłat, złoto, zieleń głęboka jak te ich klejnoty. Pod płachtami, rzędami, siedziało południe w chwale — ludzie o skórze ciemnej od słońca, którego się nie bali, w bieli i barwach, z wachlarzami, z winem, z dziećmi na kolanach — i wszyscy krzyczeli, a ja słyszałem ten krzyk nie uszami, tylko żebrami, tak jak słyszy się morze w sztormie.

A wszędzie była woda.

To zrozumiałem najpóźniej i to mnie złamało najmocniej. Wzdłuż pierwszego muru biegła fosa żywej, zielonkawej wody; w przerwach między walkami biły z niej fontanny, wysokie na dwóch ludzi, i tłum nawet nie odwracał głowy — sto tysięcy ludzi ziewało na widok lecącej w niebo wody. Za bramami, tam gdzie w moim czasie leżało morze wydm, widziałem przez kraty zieleń: pola, szpalery drzew, biały trakt pełen wozów i szara wstęga kanału z barkami. Pustynia, którą przeszedłem, była tu ogrodem, i nikt w tym ogrodzie nie wiedział, że jest cudem.

Chodziłem, gdzie chciałem. Tak jak mówiła: byłem w tym świecie, ale świat mnie nie widział — przechodziłem wzdłuż muru areny i żaden z gwardzistów w łuskowych zbrojach nie drgnął; przeszedłem, wstyd powiedzieć, przez samego herolda, i poczułem tylko chłodek, jak w progu piwnicy. Mogłem patrzeć. Nic więcej. Nigdy w życiu „nic więcej" nie było taką ucztą.

Wśród zatłoczonych trybun wielkiego amfiteatru w południe. Kamienne stopnie nabite ciemnoskórymi ludźmi Południa w jasnych luźnych szatach — śmieją się, kłócą, jedzą. Przekupnie chodzą rzędami z płaskimi tacami na głowach, pełnymi nieznanych owoców; sprzedawca wody z bukłakiem i łańcuszkiem miedzianych kubków. Nad wszystkim faluje na linach pasiaste płótno rzucające kolorowy cień.
Owoców, których nie umiałbym nazwać.

Wszedłem między rzędy i chłonąłem. Przekupnie nosili na głowach tace z owocami, których nie umiałbym nazwać — okrągłe, złote, cięte na miejscu nożykiem w płatki jak róże — i z kubkami czegoś zimnego; zimnego, w tym słońcu, i nikt nie pytał skąd lód. Kapłani w bieli schodzili przed każdą walką na piasek i kreślili na nim długimi grabiami znaki, których nikt poza nimi nie rozumiał i których wszyscy pilnowali wzrokiem. Pod górną koroną, w cieniu, siedzieli uczeni z tabliczkami i rysikami — notowali walki, ruch po ruchu, jak u nas notuje się przychody. A między rzędami, wszędzie, zawierano zakłady: widziałem srebro przechodzące z dłoni do dłoni, widziałem zakładających się starców, kobiety, kapłanów — i roześmiałem się na głos, sam, niesłyszany przez nikogo, bo zrozumiałem, skąd ludzie Tamili mają ten swój obyczaj, od którego zaczęła się moja edukacja na pustyni. Pięć tysięcy lat, a zakłady te same. Są rzeczy trwalsze niż kamień.

Zajrzałem też pod trybuny, w chłodne trzewia budowli, gdzie czekali walczący. Tam było cicho. Ludzie siedzieli na ławach wzdłuż ścian, każdy w swoim milczeniu; jedni się modlili, inni owijali dłonie rzemieniem, jeszcze inni po prostu patrzyli w ścianę tym wzrokiem, którym patrzy się w ścianę, kiedy za ścianą jest sto tysięcy ludzi i piasek. Nikt nie drżał. To mnie uderzyło: nikt nie drżał. U nas przed pojedynkami drżą wszyscy i wszyscy udają, że nie. Tutaj strach najwyraźniej załatwiało się wcześniej, w domu, po cichu, jak rachunki.

Loża cesarska po wschodniej stronie amfiteatru pod wielkim rozpiętym baldachimem, w chłodnym cieniu, podczas gdy arena za nią płonie od słońca. Na prostym drewnianym krześle siedzi szczupły, ogorzały mężczyzna po pięćdziesiątce o krótko ostrzyżonych siwych włosach i przedramionach starego żołnierza, w zwykłej ciemnej tunice, z jednym ciężkim pierścieniem, bez korony i klejnotów. Wokół niego dworzanie obwieszeni złotem i gwardziści w łuskowych zbrojach; nieco z boku siedzi młoda kobieta.
Złota miał na sobie mniej niż jego dworzanie.

Na wschodniej stronie, w cieniu wielkiego baldachimu, siedział cesarz.

Poznałem go, zanim zrozumiałem, po czym: nie po złocie, bo złota miał na sobie mniej niż jego dworzanie, tylko po tym, że wokół niego siedziało się inaczej. Świta — kapłani w bieli, uczeni z tabliczkami, kobiety piękne jak wyroki i dwóch starych wojowników o twarzach z wygarbowanej skóry — wszyscy oni siedzieli jak ludzie; on siedział jak ktoś, kto pozwala krzesłu stać pod sobą. Niemłody, szeroki w barach, z brodą przetykaną siwizną i rękami spokojnie ułożonymi na poręczach. Patrzył na arenę tak, jak Tamila patrzyła na swoje miasto: jak na rzecz, którą się nosi.

A na arenie walczył człowiek, dla którego przyszło te sto tysięcy.

Na zagrabionym jasnym piasku areny, zaraz po walce. Pośrodku stoi samotny wojownik: znakomicie zbudowany mężczyzna około trzydziestki, z nagim torsem, z lekką osłoną na jednym przedramieniu i jednej goleni, z prostym mieczem opuszczonym swobodnie w dłoni. Nie pozuje i nie gra przed tłumem — stoi z równo rozłożonym ciężarem, z głową odwróconą, jakby czegoś nasłuchiwał. W głębi, mali i nieefektowni, dwaj włócznicy leżą na piasku. Wokół sto tysięcy ludzi na nogach, na piasku kwiaty i monety.
Człowiek, dla którego przyszło te sto tysięcy.

Zrozumiałem to po pierwszej walce, którą zobaczyłem w całości. Wypuszczono na niego dwóch — para włóczników pracujących jak jedno ciało, tarcza przy tarczy, groty krążące wokół niego niczym osy. Był wysoki, ogolony do skóry jak tragarze z tunelu, z torsem w bliznach ułożonych gęsto jak pismo, i poruszał się w sposób, od którego zapominało się oddychać: nie szybko — czysto. Żadnego ruchu za dużo. Włócznicy natarli, on przepuścił pierwszy grot obrotem, drugim krokiem wszedł między nich — tam, gdzie żaden zdrowy człowiek nie wchodzi — i nagle to oni byli po dwóch stronach jego miecza, a nie on między ich grotami. Nie zabił ich. Rozbroił obu, jednego posłał twarzą w piasek płazem, drugiemu odebrał tarczę tak, jak odbiera się dziecku zabawkę, i uniósł miecz do tłumu, a tłum odpowiedział rykiem, w którym było jedno słowo, skandowane, toczące się po niecce ich miękką mową jak walący się mur. Jego imię. Nie umiałbym go zapisać. Umiałbym je wystukać dłonią w blat do końca życia.

Walczył jeszcze trzy razy tego dnia — wizja niosła mnie przez godziny jak rzeka, raz gęsto, raz przeskokiem, wedle rytmu pieśni, których już nie słyszałem, a które czułem pod wszystkim jak nurt pod łodzią.

Najpierw wyszedł na niego człowiek z siekierą i siecią — niski, szeroki, o ruchach kraba, którego cała sztuka polegała na tym, żeby nie być tam, gdzie się patrzy. Sieć latała nisko, przy piasku, po kostki; siekiera pracowała wysoko; między nimi nie było miejsca na człowieka. Gladiator znalazł miejsce. Pozwolił się złapać — cały tłum wstał z jękiem, kiedy sieć owinęła mu ramię — a potem, zamiast się szarpać, poszedł ZA siecią, w stronę ciągnącego, szybciej niż tamten zdążył wybrać ciężar, i nagle to krab wisiał na własnym sznurze jak ryba, która złowiła rybaka. Tłum wypuścił powietrze jednym wielkim śmiechem ulgi.

Na piasku areny pełną prędkością pędzi lekki wóz bojowy zaprzężony w dwa konie w brązowych naczółkach, z grzywami w locie i piaskiem spod kół. Na piastach kół osadzone są zakrzywione ostrza, wirujące w słońcu. Woźnica przypadł do lejców, za nim oszczepnik odchylony do rzutu. Naprzeciw, bliżej kamery i mały wobec pędzącej maszyny, stoi wojownik z nagim torsem i prostym mieczem, bez tarczy, z ugiętymi kolanami, patrzący na nogi koni, nie na ludzi.
Koła z kosami, woźnica i oszczepnik.

Potem był wóz bojowy: dwa konie w brązowych naczółkach, koła z kosami, woźnica i oszczepnik. Rzecz przeciwko pieszemu tak nieuczciwa, że aż obwieszczona przez herolda osobnym, przepraszającym śpiewem. Gladiator wybrał na tę nieuczciwość odpowiedź, od której zamarła cała niecka ze mną włącznie: kiedy zaprzęg szedł na niego trzeci raz, w pełnym pędzie, nie uskoczył. Położył się. Płasko, na wznak, w koleinie, wstyd i hańba każdej szkoły szermierczej dwóch światów — kosy przeszły mu nad twarzą, poczułem ich wiatr we własnej wizji — a on chwycił przelatującą oś, dał się jej wyrwać z piasku i wstał już na wozie, za plecami oszczepnika. Woźnica poleciał w piasek na dwudziestym kroku. Konie zwolniły i stanęły posłusznie przy bramie, jakby cała ta walka była tylko zmianą woźnicy.

Na koniec wyszedł drugi mistrz — olbrzym w pełnej łuskowej zbroi, ze swoim własnym skandowanym imieniem, bo i on miał trybuny po swojej stronie. Ten pojedynek był inny od wszystkich. Żadnych sztuczek, żadnego kładzenia się pod wozy: dwóch ludzi, którzy umieli wszystko, sprawdzało po kolei, czy „wszystko" znaczy u obu to samo. Trwało to długo. I gdzieś w połowie stała się rzecz, o której będę myślał do końca: tłum umilkł. Sam z siebie, bez herolda, sto tysięcy ludzi przestało krzyczeć i słychać było tylko oddechy walczących, szuranie piasku i śpiew stali o stal — bo są rzeczy, przy których nawet motłoch rozumie, że krzyk to marnotrawstwo. Kiedy olbrzym w końcu opuścił miecz — sam, uznając, na pół uderzenia przed ciosem, którego już by nie odbił — niecka nie wybuchła. Niecka westchnęła. A potem obaj skłonili się sobie tym samym oszczędnym ukłonem, który widziałem w tunelu u tragarzy, i zrozumiałem, że ten ukłon ma pięć tysięcy lat i że mój świat nie ma niczego, co byłoby aż tak stare i wciąż żywe.

I wtedy, po ostatnim zwycięstwie, kiedy niecka wrzała, a na piasek leciały kwiaty i monety, gladiator zrobił rzecz, od której wrzask urwał się jak przecięty:

Gorące popołudnie na arenie. Ciemnoskóry wojownik z nagim torsem podszedł pod lożę cesarską i uniósł miecz na wyciągnięcie ramienia, celując ostrzem prosto w siedzącego pod baldachimem cesarza. Gwardziści wzdłuż podium drgnęli wszyscy naraz, dłonie poszły do rękojeści; dwaj starzy wojownicy w pierwszym rzędzie wstali. Sto tysięcy twarzy nad areną zamilkło i pochyliło się do przodu. Upuszczony wachlarz wisi w powietrzu w połowie lotu. Cesarz się nie poruszył.
To była propozycja.

podszedł pod wschodnią trybunę, pod baldachim, uniósł miecz — i wycelował nim, na wyciągnięcie ramienia, prosto w cesarza.

Cisza, która wtedy zapadła, miała ciężar. Gwardia drgnęła jak jeden organizm; dwaj starzy wojownicy ze świty już stali; ktoś krzyknął krótko i urwał. A cesarz — cesarz siedział bez ruchu i patrzył na wycelowane w siebie ostrze z uwagą człowieka, któremu pokazano ciekawą propozycję handlową.

Bo to była propozycja. Zrozumiałem to z powietrza, tak jak w wizji rozumie się wszystko — wiedza po prostu była, podana przez którąś z pieśni wprost do krwi: na południu sztuka walki była rzeczą świętą, starszą niż trony, i wyzwanie rzucone mieczem było modlitwą, której nie godziło się wyśmiać. Cesarz nie musiał walczyć z nikim. Żaden cesarz nie musiał. Ale mógł — a ten, mówiły trybuny szeptem stu tysięcy ust, ten był w młodości pierwszym ostrzem stolicy.

Cesarz wstał.

Zdjął płaszcz, sam, zanim dobiegli słudzy. Powiedział coś do świty — krótko, i po trybunach poszedł pomruk, który rósł, jak grzmot, który zbliża się zamiast oddalać — a herold wyszedł na środek i obwieścił, śpiewnie, na całą nieckę, warunki, które rozumiałem, nie znając słów: walka do rozstrzygnięcia. Jeśli zwycięży gladiator — daruje mu się życie, winę i przeszłość, i stanie przy cesarzu jako wódz wojsk. Nagroda tak wysoka, że trybuny jęknęły. Jeśli zwycięży cesarz — o tym herold nie powiedział nic, a cisza po tej połowie zdania była głośniejsza od całej reszty.

Zeszli na piasek obaj.

Ta walka nie mieściła się w oczach. Stałem od niej na dziesięć kroków i zapomniałem na jej czas, że mam ciało.

Zmierzch na arenie kolosalnego, wypełnionego po brzegi amfiteatru. Kapłani zapalili wokół piasku szeroki krąg koszy z ogniem; piasek zrobił się złoty, a każda postać rzuca kilka długich cieni naraz. Pośrodku krążą wokół siebie dwaj mężczyźni, obaj pieszo, obaj z prostymi mieczami, bez tarcz i bez zbroi: młody, wysoki, ciemnoskóry, z nagim torsem — i szczupły siwy mężczyzna około sześćdziesiątki w zwykłej ciemnej tunice, z niską, oszczędną gardą.
Zdjął płaszcz, sam, zanim dobiegli słudzy.

Zaczęli o zmierzchu — kapłani zapalili wokół areny kosze z ogniem, i piasek zrobił się złoty, a cienie długie i podwójne. Cesarz walczył bez zbroi, w samej przepasanej tunice, i z bliska widziałem to, czego nie widać było spod baldachimu: stare blizny na przedramionach, układane latami jak słoje w drewnie, i dłonie, które trzymały miecz tak, jak Bors trzymał dłuto — jak część ręki. Gladiator skłonił się mu ukłonem głębszym, niż kłaniał się komukolwiek tego dnia. Cesarz oddał ukłon co do włosa tej samej głębokości. Trybuny zauważyły i zafalowały: równy ukłon znaczył, że stary człowiek nie przyszedł łaskawie skarcić zuchwalca. Przyszedł walczyć.

Gladiator ruszył pierwszy — młodszy, dłuższy, czysty jak zawsze — i przez pierwsze wymiany wydawało się, że to będzie rzeź: cesarz cofał się, krok za krokiem, po całym obwodzie areny, i tylko odbijał, oszczędnie, krótko, jakby odganiał pszczoły. Tłum wył. Ja wyłem, bezgłośnie, razem z nim. Przy drugim okrążeniu młody dosięgnął go wreszcie — końcówka ostrza rozcięła staremu ramię, płytko, na długość palca, i niecka krzyknęła jednym gardłem, a potem umilkła, przerażona własnym krzykiem. Cesarz spojrzał na krew na swoim ramieniu tak, jak patrzy się na pierwszą kroplę deszczu: z zainteresowaniem. I skinął młodemu głową — krótko, z czymś, co przy każdym innym człowieku nazwałbym wdzięcznością.

A potem — nie umiem wskazać uderzenia, przy którym to się zmieniło — zrozumiałem, na co patrzę: cesarz się nie cofał. Cesarz czytał. Każdy odbity cios był pytaniem, każdy krok w tył — przewracaną stroną. Młody był szybszy; stary był wcześniejszy. Młody miał tysiąc odpowiedzi; stary przestawał zadawać pytania, na które odpowiedź już znał. Widziałem, jak walka zwęża się z każdą wymianą — jak z całego oceanu ruchów, którymi gladiator wygrał ten dzień, zostaje mu do dyspozycji coraz mniejsza zatoka, potem przystań, potem jedna jedyna deska pomostu — i widziałem po jego oczach, że on też to widzi i że nie umie nic na to poradzić, bo każda próba wyjścia z tej cieśniny była kolejną stroną w cudzej lekturze. Pot ciemnił im tuniki. Ogień w koszach strzelał. Sto tysięcy ludzi stało w zupełnej ciszy trzeciej z rzędu walki wartej ciszy — i kiedy cesarz przeczytał całość, oddał księgę.

Zatrzymał się. Raz. I z tego zatrzymania wyszło pchnięcie tak proste, tak pozbawione ozdób, że wyglądało jak błąd ucznia — a gladiator, który obronił się przed siekierą, siecią i wozem, obronił się i przed nim, ale o pół oddechu za wolno, i od tego pół oddechu wszystko się rozsypało. Cesarz szedł teraz naprzód tym samym oszczędnym krokiem, którym wcześniej się cofał, i rozbierał obronę młodego tak, jak tamten rozbierał przeciwników rano: bez gniewu, bez pośpiechu, ruch po ruchu, aż w końcu — niecka stała już wtedy na nogach, w ciszy zupełnej — miecz gladiatora poszybował w piasek, a on sam osunął się na kolano z ostrzem cesarza przy gardle.

W blasku ognia na złotym piasku areny walka jest skończona. Młody ciemnoskóry wojownik klęczy na jednym kolanie, miecz upuszczony obok, jedną dłonią wsparty o piasek, z głową odchyloną do góry — patrzy zwycięzcy prosto w twarz, bez strachu, i mówi coś krótkiego. Nad nim stoi szczupły siwy mężczyzna w prostej ciemnej tunice, trzymając czubek miecza pewnie przy gardle klęczącego; ostrze nie drga. Na jego twarzy nie ma ani triumfu, ani litości.
Śmierć by cię skończyła. Ja cię wolę zacząć.

Sto tysięcy ludzi nie oddychało.

Gladiator uniósł głowę. Powiedział coś — trzy słowa, cztery — i choć nie znałem ich mowy, pieśń podała mi znaczenie wprost do serca, zimne i jasne: dokończ. Proszę o śmierć. Przegrałem wszystko, co miałem; nie zabieraj mi jeszcze i przegranej.

Cesarz stał nad nim długo. Ostrze przy gardle nie drgnęło ani razu — ręka starego mistrza — a jego twarz robiła coś, czego nie widziałem u nikogo ze świty przez cały ten dzień: myślała jawnie, na oczach stu tysięcy, nie zasłaniając się niczym. A potem cesarz odjął miecz, oddał go słudze, i wyciągnął do klęczącego otwartą dłoń.

I powiedział — a herold powtórzył to śpiewem na całą nieckę, i niecka oszalała tak, że kamień drżał mi pod stopami — powiedział słowa, które pieśń przełożyła mi na moje, słowo po słowie, i z którymi wyszedłem z tej komory jak z monetą zaszytą w płaszczu:

„Śmierć by cię skończyła. Ja cię wolę zacząć. Nie mam synów — mam najstarszą córkę i od dziś mam ciebie: niech twoja krew uczy moją krew, jak się nie klęka."

Zobaczyłem jeszcze, jak podnosi go z piasku. Zobaczyłem młodą kobietę pod baldachimem — wstała, kiedy padły te słowa, i nie opuściła oczu, i po sposobie, w jaki uniosła brodę, w jaki cały jej spokój stał nad zdumieniem jak jeździec nad koniem, poznałbym tę linię krwi wszędzie, w każdym stuleciu, na każdym brzegu każdej pustyni. Zobaczyłem kwiaty lecące na piasek jak czerwony śnieg.

A potem pieśni zaczęły cichnąć, jedna po drugiej, tak jak wchodziły — i świat zwijał się za nimi warstwa po warstwie: najpierw zapachy, potem woda, potem barwy, na końcu światło — aż zostało czerwone oko tlącego się zielska, okrągła komora, dwanaście milczących już kobiet.

I Tamila, po drugiej stronie paleniska, patrząca na mnie tak, jak się patrzy na wracający statek.

Twarz miałem mokrą. Stwierdziłem to ze zdziwieniem, dotykając jej ręką, która ważyła jak cudza: płakałem, nie wiedząc kiedy, i nie umiałbym powiedzieć, nad czym — nad tym, że tamten świat był, czy nad tym, że go nie ma, czy po prostu nad tym, że wróciłem do czasów, w których fontanna na wiatr to cud, a nie nuda.

— Pij. — Tamila podała mi wodę. Wypiłem wszystko, nie pytając, czyja to norma. — Mów, kiedy będziesz umiał. Nie wcześniej.

Mówiłem długo. Opowiedziałem jej wszystko — ja, który miałem zakaz opowiadania czegokolwiek komukolwiek, opowiadałem wizję kobiecie, która mi ją urządziła, i nawet nie zauważyłem, kiedy złamałem w sobie ten zakaz, bo są rzeczy większe niż rozkazy, a tamten dzień na piasku był większy. Słuchała nieruchomo. Przy wozie bojowym coś jej drgnęło w kąciku ust; przy ciszy stu tysięcy skinęła głową, jakby sprawdzała rachunek.

— Twarze gwardii były rozmyte — powiedziałem na końcu, bo chciałem być uczciwy wobec jej rzemiosła. — I herold miał głos mojego rachmistrza z Arveny. I woda w fosie pachniała naszym portem, nie ich kanałami. Ale reszta…

— Reszta to pieśń. Mówiłam: głowa zmyśla tylko szczeliny. — Pochyliła się i przysypała piaskiem to, co zostało z knota, starannie, do ostatniej iskry. — Widziałeś dużo. Więcej, niż widzi większość za pierwszym razem. Pieśniarki mówią, że północ ma głowy z zamkniętymi okiennicami. — Spojrzała na mnie spodem tego swojego uśmiechu. — Widocznie ktoś zapomniał zamknąć twoje.

— Ten gladiator — powiedziałem. — Co się z nim stało? Potem?

— Został generałem. Dobrym. Wygrał wojny, których nazw nie musisz znać. — Mówiła lekko, jak o pogodzie. — I dał cesarstwu dzieci. Cesarz nie miał synów; najstarsza córka miała ich czterech. Krew gladiatora poszła dalej, przez pokolenia, przez wszystkie stulecia, których twoi uczeni nawet nie liczą. Idzie do dziś.

— W kim?

Wiedziałem, zanim spytałem. Pytałem, żeby usłyszeć.

— We mnie — powiedziała Tamila.

Okrągła komora wykuta w skale, wiele godzin później, pusta. Brązowe palenisko wygasło — szary popiół, jeden przygasający węgielek, cienka smużka dymu. Poduszki dwunastu pieśniarek leżą puste pod zakrzywioną ścianą. Po drugiej stronie martwego ognia siedzi wyprostowana kobieta o skórze koloru zaparzonej herbaty z miodem i zielonych oczach, z dłońmi spokojnie na kolanach, patrząca prosto przed siebie. Na pierwszym planie, nieostro, ramię i dłoń mężczyzny trzymającego pusty gliniany kubek.
— W kim? — We mnie.

Siedziała po drugiej stronie wygasłego paleniska, wyprostowana, z tym swoim spokojem stojącym nad wszystkim jak jeździec nad koniem — ta sama linia brody, ta sama nieopuszczona głowa, którą widziałem godzinę temu pod baldachimem sprzed pięciu tysięcy lat — i nic w tym mieście, żadna studnia, żadne złoto, żaden miecz, nie powiedziało mi o południu tyle, co ta jedna ciągłość. Mój ród liczył sobie kilkaset lat i uważaliśmy to za starożytność. Ona nosiła w twarzy pięćdziesiąt stuleci i stała w kolejce za praczką.

— Urodziłam się na miejsce — powiedziała cicho, moimi niedawnymi myślami. — Teraz wiesz, na czyje.

Potem siedzieliśmy sami — pieśniarki wyszły bezszelestnie, jedna po drugiej, każda dotykając w progu framugi tym samym ruchem — i Tamila powiedziała mi, po co to wszystko było.

— Chcę cię zabrać w drogę — powiedziała. — Przez południe. Są miejsca, które piasek wziął, i takie, którym darował; im mniej wzięte, tym prawdziwsze widzenie — a ja chcę, żebyś zobaczył wszystko: miasta, drogi, porty, po których zostały tylko schody do wody, której nie ma. Będziesz patrzył na jawie, a wieczorami pieśń będzie ci oddawać to, na co patrzyłeś. Kawałek po kawałku. Aż zobaczysz mój świat cały — nie ten, po którym chodzimy, ale ten, który nam są winni.

Są winni. Zapamiętałem ten zwrot i to, że nie spytałem, kto — bo pytanie stało w komorze tak wyraźnie, że aż go nie było trzeba. Zamiast tego powiedziałem rzecz mniejszą i prawdziwszą:

— Mój ojciec.

— Wiem. — Nie udawała, że nie rozumie. — Termin, przesilenie, dostawy. Posłuchaj mnie, Aleksandrze: dostawy nie zostaną wstrzymane. Stanąłeś przed nami — warunek jest spełniony, słowo jest słowem, karawany będą szły jak szły. Twój ojciec dostanie wiadomość, że rozmowy trwają. To nawet nie będzie kłamstwo. — Przesunęła w moją stronę, po kamieniu, rzeczy, których nie zauważyłem wcześniej pod ścianą: przybornik z trzciny, buteleczkę atramentu, arkusz jasnego, sztywnego papieru, jakiego w Arvenie nie widziałem nigdy. — I napiszesz do niego. Własną ręką, żeby wiedział, że nikt cię do niczego nie zmusza i że nic ci nie jest. Napisz, co chcesz. Przeczytam tylko dlatego, że muszę — i pojedzie na północ z pierwszą karawaną.

Pisałem długo jak na cztery zdania. „Rozmowy trwają i idą dobrze. Jestem zdrów i bezpieczny, przyjmowany z honorami. Zobaczę więcej, niż ktokolwiek z nas widział. Posłałeś wszystko, co masz — wróci z procentem." Podpisałem się pełnym imieniem i pomyślałem, że ojciec będzie czytał to przy swojej mapie, przy winie „na bóle", i że pozna moją rękę po przechyle liter, i że to go uspokoi i nie uspokoi wcale, obie rzeczy naraz — bo nauczyłem się już, że dwie naraz to u nas rodzinne.

Tamila wzięła list, przeczytała — raz, bez pośpiechu — złożyła i schowała, nie mówiąc o nim ani słowa. A potem wstała i wyciągnęła do mnie rękę, przez palenisko, otwartą dłonią do góry; i nie potrzebowałem żadnej pieśni, żeby zobaczyć w tym geście tamten gest z piasku sprzed pięciu tysięcy lat. Ona też go widziała. Po to był cały ten wieczór.

— No to jak, panie z Arveny? — spytała. — Pokażę ci mój świat?

Wstałem. Wziąłem tę dłoń — chłodną, pewną, o pięćdziesiąt wieków starszą ode mnie — i usłyszałem własny głos, mówiący „tak" tonem człowieka, który wie, że kupuje coś, na co go nie stać.

A w schodach, wracając do swojej izby przez śpiące miasto, w którym lustra oddały już całe słońce, pomyślałem to, czego nie powiedziałem jej i nie napisałem ojcu, i co niosę odtąd między jednym a drugim jak przemyt: że nigdy czegoś takiego nie widziałem i nigdy nie marzyłem, że zobaczę — i że dla takich przeżyć warto zaryzykować życie.

Dla południowej księżniczki, dodało coś we mnie, ciszej.

Nie zaprzeczyłem.