LILIANNA
Will przyszedł po mnie o tej godzinie nocy, która nie ma już nazwy — za późno na wczoraj, za wcześnie na dziś — i pierwsze, co zrobił, to obejrzał mnie od stóp do głów i pokręcił głową.
— Miałaś iść jako nikt.
— Jestem nikim — obruszyłam się. Włożyłam najprostszą suknię, jaką miałam, szarą, bez jednego haftu, i chustkę Hany na głowę, i byłam z siebie naprawdę dumna.
— Jesteś nikim, który stoi jak ktoś. — Rzucił mi płaszcz, ciężki, pachnący łojem i dymem, pożyczony chyba od samego diabła. — Plecy. Nikt nie nosi takich pleców w Zacieniu. Nikt tam nie stoi prosto, bo prosto stoi się tylko wtedy, kiedy nikt cię nigdy nie uderzył albo kiedy masz straż. Zgarb się. Nie tak — nie jak dama, która udaje garb. Jak ktoś, kto niesie dzień wczorajszy i wie, że jutrzejszy będzie taki sam.
— Skąd ty to wszystko wiesz?
— Stamtąd — powiedział po prostu.
Poszliśmy tunelem. Znałam już tę drogę na pamięć — schody w dół przez brzuch klifu, zapach mokrego kamienia, liczenie zakrętów w ciemności — ale po raz pierwszy szłam nią bez koszyka, bez wymówki, bez „dla ubogich przy sanktuarium". Szłam podsłuchiwać moje własne miasto. Gdzieś nade mną spał zamek, spał Filip ze swoim gościem-więźniem w wieży gościnnej, spały księgi, w których moje księstwo kłamało sobie o zbożu — a ja schodziłam pod to wszystko z człowiekiem, który uczył mnie się garbić, i czułam, głupia, że nigdy nie było mi tak lekko.
To jest cała prawda o mnie, którą odkryłam tamtej nocy w tunelu, między czterdziestym a czterdziestym pierwszym zakrętem: całe życie uczono mnie być kimś — księżną, dziedziczką, panienką, specjalną troską — i w każdej z tych ról byłam sama jak palec. Wystarczyło zostać nikim w cudzym płaszczu, żeby iść przez ciemność z kimś.
Zacienie przed świtem nie śpi. Tego też nie wiedziałam, choć powinnam. Bieda wstaje pierwsza: kobiety z nosidłami schodziły już po wodę, chłopcy od wodorostów brnęli w odpływie z hakami na plecach, gdzieś za ścianą kaszlało dziecko, równo, cierpliwie, jakby odrabiało lekcję. Pachniało solą, zgniłym drewnem i zimnym popiołem. Nikt na nas nie patrzył. To było najdziwniejsze — całe życie patrzono na mnie, mierzono, ważono, i nagle szłam ulicą jak duch, jak powietrze, jak jedna z tysiąca szarych plam między domami. Wolność ma smak, o którym nie mówi się głośno, bo brzmiałby jak zdrada: smak nieważności.
Szliśmy w dół uliczkami, które znałam z koszykowych wypraw — i nie znałam wcale, bo o tej godzinie były innym miastem. Przy zejściu do przystani paliło się pierwsze tego dnia palenisko: stara kobieta w trzech chustach mieszała w kotle polewkę z małży i tego, co morze oddało nocą, a wokół stało już kilku ludzi od odpływu, dmuchających w gliniane miski. Will kupił jedną miskę i dwie łyżki, nie pytając mnie o zdanie, i zrozumiałam po chwili, że to nie uprzejmość, tylko rzemiosło: dwoje ludzi nad jedną miską to małżeństwo albo bieda, a jedno i drugie jest w Zacieniu niewidzialne. Jedliśmy więc na stojąco, ramię przy ramieniu, z jednej miski, i polewka była tłusta, dymna i odrobinę piaszczysta — i mówię to z pełną powagą osoby, która jadała na ucztach cesarskich przypraw: niczego lepszego nie dostałam w tym mieście nigdy. Może dlatego, że po raz pierwszy płaciłam za jedzenie byciem czyjąś żoną z biedy, a nie czyjąś panienką z wieży. Will oddał miskę z ukłonem, stara nawet na nas nie spojrzała. „Widzisz — szepnął, kiedy odchodziliśmy — nikt." Brzmiało to jak największy komplement, jaki umiał wymyślić.
Spichrz solny stał tam, gdzie powiedział Karol — nad płytką wodą, z dachem zapadniętym jak przetrącony grzbiet. Will znalazł nam miejsce w cieniu przystani naprzeciwko, między stosem połamanych skrzyń a burtą wyciągniętej na brzeg łodzi, która nie planowała już nigdzie płynąć. Usiedliśmy na zwoju starej liny. Czekanie z Willem okazało się osobną sztuką: on umiał być nieruchomy tak, jak inni umieją tańczyć — całym sobą — i po chwili złapałam się na tym, że oddycham w jego rytmie, wolniej, ciszej, i że noc robi się przez to większa.
— Boisz się? — spytał szeptem.
Zastanowiłam się uczciwie.
— Tak — powiedziałam. — I bardzo mi z tym dobrze. Nie rozumiem tego.
— Strach na własny rachunek — szepnął Will — to luksus. Większość ludzi boi się tego, co im każą. — I po chwili, tak cicho, że prawie bez głosu: — Dobrze się z tobą boi, Lilio.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo przyszły dzieci.
Przyszły tak, jak zapamiętałam z tamtego przerwanego ranka: procesją. Bez przepychania, bez śmiechu, bez niczego, co robią dzieci — z portu, z zaułków, pojedynczo i po dwoje, aż zebrało się ich kilkanaście przed spichrzem, w kolejce równej jak na mszy. Rozpoznałam małego z blizną nad okiem. Rozpoznałam dziewczynkę od wodorostów — stała przedostatnia, przestępowała z nogi na nogę, bose stopy na zimnym kamieniu.
Potem otworzyły się drzwi spichrza i wyszli dwaj mężczyźni z koszami.
Wszystko trwało krócej niż pacierz. Każde dziecko podchodziło i dostawało bochenek — zwykły, ciemny bochenek bez żadnego znaku, jakich pełno w każdej piekarni portu — i żadne nie ugryzło go od razu. To mnie uderzyło najmocniej: głodne dzieci, a żadne nie jadło. Chleb chowały za pazuchę, jak się chowa zapłatę, nie jedzenie.
A potem drugi z mężczyzn wynosił ze spichrza torby.
Płócienne, szare, każda zawiązana rzemieniem, i każde dziecko dostawało swoją — jedne lżejsze, inne wypchane tak, że mały z blizną aż się przechylił, zakładając swoją na ramię. W torbach coś przesuwało się z suchym, drobnym stukotem, jak kamyki owinięte w szmaty. Dzieci nie zaglądały do środka. Brały torby tak, jak czeladnik bierze narzędzia: bez ciekawości, z wprawą. I rozchodziły się w uliczki, każde w swoją, jakby ktoś rozdzielił miasto między nie linijką.
— Widzisz to? — szepnął Will.
— Widzę. Chleb to zapłata. Torba to robota. — Przełknęłam. — Co jest w torbach, Will?
— Zaraz się dowiemy — powiedział. — Ta twoja, od wodorostów. Idzie wolno, bo boso po ostrym. Damy radę.
Szliśmy za nią przez pół Zacienia — osobno, po dwóch stronach uliczki. „Nie patrz na plecy, patrz ponad — powiedział mi tylko, zanim ruszyliśmy. — Jak się odwróci, ty patrzysz na buty, ja na dach. Nikt nie idzie za nikim, kto się garbi i niesie swoje."
Dziewczynka szła wolno, ale pewnie, drogą, którą znała lepiej niż własne ręce. Przy studni z pękniętą cembrowiną przystanęła, postawiła torbę między stopami — i wyjęła z niej długi, wąski rulonik papieru. Rozwinęła go do połowy, przytrzymała brodą, przejechała palcem wzdłuż, poruszając ustami. Czytała.
Zamarłam. Dziewczynka od wodorostów, bosa, z rękami w bliznach po hakach, czytała — wolno, z wysiłkiem, jak czyta ktoś, komu litery pokazano niedawno i w pośpiechu, ale czytała. Ktoś nauczył dzieci Zacienia liter. Nie klasztor — klasztor uczy w szkole, jawnie, za wiedzą rodziców i z psalmami. Ktoś inny nauczył je akurat tyle, żeby rozpoznały nazwę ulicy i imię — i ani litery więcej.
A potem zaczęła roznosić.
Pod niskie, spaczone drzwi domu, w którym za ścianą kasłało dziecko — pakuneczek: mały, w szarym płótnie, przewiązany szpagatem, wielkości dwóch złożonych dłoni. Położyła go na progu, zastukała dwa razy i już jej nie było, zanim skrzypnęła klamka. Trzy uliczki dalej — drugi pakuneczek. Potem trzeci, na parapecie za okiennicą. Czwarty wetknięty w szparę pod drzwiami warsztatu powroźnika. Szła swoją trasą jak zegarmistrz po tarczy, sprawdzając rulonik przy każdym skrzyżowaniu, a torba robiła się coraz lżejsza, i za nią, w domach, zaczynały się otwierać drzwi — i zamykać z powrotem, szybko, jak zamyka się drzwi na widok trumny.
Z jednych drzwi dobiegł nas zduszony kobiecy krzyk. Urwany w połowie, jakby ktoś zatkał sobie usta własną ręką.
— Will — szepnęłam. — Ja muszę wiedzieć, co jest w tych pakunkach.
Zaczekał, aż dziewczynka zniknie za rogiem. Ostatni pakuneczek położyła na schodku domu bez okiennic i nikt po niego nie wyszedł; leżał na kamieniu w szarym świetle jak porzucone szczenię. Podeszliśmy. Will rozejrzał się raz — tym swoim spojrzeniem, które wyglądało jak ziewnięcie, a widziało wszystko — po czym ukląkł i rozwiązał szpagat.
W środku, na wacie z pakuł, leżał ludzki palec.
Męski, gruby, odcięty równo u nasady, z paznokciem sinym od dawna. A pod nim, złożona we czworo, karteczka — pisana ładnie, równiutko, pismem człowieka, któremu nigdzie się nie spieszy:
„Termin spłaty minął. Jeśli nie chcesz, by twoje palce były przestrogą dla kolejnych — pośpiesz się."
Świat zrobił mi się wąski jak szpara pod drzwiami. Pomyślałam o wszystkich tych pakuneczkach, o całej torbie, o wszystkich torbach, o kilkanaściorgu dzieci rozchodzących się co rano w kilkanaście tras — ile progów, ile parapetów, ile zduszonych krzyków za drzwiami. Miasto było zadłużone. Moje miasto było zadłużone po uszy u kogoś, kto liczył wierzytelności w palcach.
— Odłóż — powiedział Will cicho, bo już wyciągałam rękę. — Lilio. To nie jest dowód. To jest ostrzeżenie. Ostrzeżenia się nie kradnie, bo adresat ma je dostać — inaczej przyjdzie drugie, gorsze.
— Nie chcę go ukraść.
Spojrzał na mnie i zrozumiał, i pociemniał na twarzy.
— Nie.
— Will.
— On jest świeży. To będzie blisko i to będzie mocne. — Ale już mnie prowadził za łokieć w głąb zaułka, między ślepą ścianę a stos koszy po rybach, bo wiedział, że przegrał, zanim zaczął. — Usiądź chociaż. Oprzyj się o mnie plecami. I wróć, słyszysz? Cokolwiek zobaczysz — wróć.
Usiadłam na ziemi w cudzym płaszczu, plecami o jego pierś. Położył mi obie dłonie na ramionach, ciężkie i ciepłe, jak kładzie się dłonie na czymś, co wiatr może porwać.
Wzięłam palec w rękę — był zimny i lekki, straszny właśnie przez tę lekkość — i zamknęłam oczy.
Loch. Nie wiem czyj i nie wiem gdzie — i to było pierwsze przerażenie, bo swoje wizje zawsze umiałam gdzieś położyć, a ta nie miała miejsca na mapie: kamień bez okien, niski strop, ociekające ściany, gdzieś kapanie, gdzieś szczury. Światło z dwóch kagańców. Na środku, z belki, zwisały łańcuchy — a na łańcuchach wisiał człowiek, którego palec trzymałam w ręce po drugiej stronie tej ciemności.
Był stary. Był po torturach tak długich, że nie zostało na nim miejsca, o którym dałoby się powiedzieć „tutaj go bili" — bili go wszędzie i od dawna. Dwóch zdjęło go z łańcuchów; puścili go i upadł na ziemię jak worek, i nawet nie jęknął, bo jęczenie też się w człowieku kończy.
A potem w krąg światła wszedł on. Człowiek bez imienia z wizji Benka.
Wiedziałam, że to on, zanim ktokolwiek otworzył usta. Po tym, jak tamci dwaj zrobili się mniejsi. Po tym, że szedł jak gospodarz — wszędzie, każdą piwnicą świata, szedł jak gospodarz. Przykucnął przy leżącym z troską w twarzy, z troską prawdziwą jak u felczera, i przekrzywił głowę.
— Twardy jesteś — powiedział. Głos miał miękki, uprzejmy, pogodny; głos człowieka, który zaraz poczęstuje ciastem. — Tyle bólu, tyle krwi, a ty milczysz jak grób. Szanuję. Gdyby nie to zaufanie, od razu bym cię zatrudnił. Bo widzisz… — pochylił się niżej, poufale — …zaufanie przyprowadziło cię tutaj. Jeden z twoich ludzi sprzedał. Oczywiście już go ukarałem. Podły skurwiel. Tfu. — I splunął, naprawdę splunął, z obrzydzeniem tak szczerym, że w innym miejscu byłoby zabawne. — No. Ale ty jesteś inny, to widać. Powiedz: nie spodziewałeś się, że wrócę.
Leżący poruszył ustami. Raz, drugi, zanim wyszedł z nich głos.
— Wiedziałem, że wrócisz — wychrypiał. — Bo wiedziałem, co robisz w wolnych miastach.
— Wiedziałeś — ucieszył się król — a się nie przygotowałeś? — Rozłożył ręce, jakby przepraszał za cudzy nietakt. — A może się przygotowałeś, ale ja byłem tak sprytny, że mnie nie dostrzegłeś. Taki cichy. Taki inteligentny. Taki niesamowity. — Westchnął z upodobaniem. — Przepraszam. Czasami odlatuję na swój temat.
Cisza, która po tym nastała, była gorsza od krzyku — bo coś w tym było. Ten psychopata naprawdę go ograł. Ograł go do zera, bez prawa do rewanżu, i obaj o tym wiedzieli, i tylko jeden z nich miał z tego przyjemność.
— Wiedziałem, że nic mi nie powiesz — podjął król, wstając i otrzepując kolana. — Za długo miałeś ten interes w rękach; taki interes wrasta w człowieka jak paznokieć. Ale twoi ludzie… — machnął ręką za siebie, w ciemność — …twoi ludzie podali mi już wszystko na tacy. Ledwie zacząłem chłostać, a oni sypali adresami i kwotami, adresami i kwotami, musiałem prosić, żeby wolniej, bo pisarz nie nadążał. — Pochylił się znowu, i teraz w jego głosie po raz pierwszy nie było uprzejmości, tylko rzecz naga: — Przejmuję twój interes.
Obszedł leżącego powoli, wkoło, jak obchodzi się kupione konie.
— Muszę przyznać: w lichwę grałeś dobrze. Ale egzekwowałeś jak panienka. Starzy i chorzy — czym oni się różnią od młodych i silnych, że im darowałeś? Nie mają mózgów? Nie zrozumieją? — Przystanął. — Dług to dług. Za brak spłaty grozi śmierć. Kto tego nie wie, ten się uczy, a kto się nauczy, ten po prostu woli czasem przygłodować, niż się zapożyczyć — i o to chodzi, rozumiesz, o tę chwilę namysłu przed pożyczką, ty im tę chwilę ukradłeś swoim miłosierdziem. Ale już im to wyjaśnię. Dosadnie. Naprawdę. — I uśmiechnął się tym uśmiechem, od którego chciałam wyjść z własnej wizji. — Wszyscy twoi — czytaj: moi — dłużnicy dostaną prezent. Cząstkę twojego miłosierdzia. Z przypomnieniem o spłacie.
Odwrócił się do drzwi. I już od progu, lekko, przez ramię, tonem, jakim zamawia się kolację:
— Poćwiartować go. Żywcem. Powoli.
I wyszedł.
Zamknęłam oczy. W wizji, wiem, jak to brzmi — zamknęłam oczy w środku wizji, zwinęłam się w kącie tamtego lochu, w którym nie było mnie przecież wcale, zasłoniłam uszy dłońmi, których tam nie miałam. Nic nie pomogło. Wizja nie jest patrzeniem, żeby dało się nie patrzeć; wizja jest byciem, a ja byłam. To działo się obok mnie i działo się beze mnie, bez mojego wpływu, dawno temu i właśnie teraz, i mogłam tylko czekać, które uderzenie wreszcie to zakończy — a to trwało. I trwało. Oni nie robili tego, żeby zabić; zabicie było na samym końcu, jak podpis. Oni chcieli bólu, jak najwięcej bólu, ból był całym sensem — i dostali go, cierpliwie, rzemieślniczo, aż w końcu stary lichwiarz wykrwawił się w ciemności między jednym moim oddechem a drugim, i wizja puściła mnie tak, jak puszcza fala: wypluła na brzeg, przemoczoną do środka.
Wróciłam z twarzą mokrą od łez, w ramionach Willa, który trzymał mnie tak, jakbym przez cały ten czas próbowała mu się wyrwać. Może próbowałam.
— Już — mówił mi we włosy. — Już. Jesteś tu. Jesteś tu, Lilio.
Opowiedziałam mu. Nie wszystko — niektórych rzeczy nie opowiem nikomu nigdy, bo opowiedzenie by je we mnie przybiło na stałe — ale dość. Loch bez miejsca. Łańcuchy. Uprzejmy głos. Przejmuję twój interes. Cząstka miłosierdzia z przypomnieniem o spłacie.
Will słuchał z twarzą coraz bardziej nieruchomą, a kiedy skończyłam, zadał jedno pytanie, ciche i precyzyjne jak pchnięcie:
— Czy w mieście był lichwiarz, u którego zapożyczona była biedota? Taki, u którego pożyczało pół Zacienia?
— W zasadzie… cały czas jest. — Mówiłam przez łzy i słyszałam, jaka jestem powolna, jak późno rozumiem. — Porządny człowiek. Dorobił się dużego majątku i pomaga starym i biednym, rozdaje jałmużnę, darował część długów biedocie… szanowany, straż go toleruje bez łapówek, znam go oso…
Nie dokończyłam. „Osobiście" umarło mi w ustach.
— To jego śmierć — powiedział Will za mnie, cicho. — Jego palec. Jego dopadł ten twój uprzejmy.
Siedzieliśmy w zaułku na ziemi, w cudzych płaszczach, a nade mną składało się w całość coś, od czego robiło się zimno w środku czaszki. Benko. W wizji przy latarni tamten człowiek bez imienia nazwał kogoś konkurencją — a ja przez wszystkie te tygodnie myślałam, że to figura, żart psychopaty. To nie był żart. Konkurencja miała twarz, dom i księgę dłużników, i rozdawała jałmużnę trzy ulice od portu. Dlatego Benko umarł cicho, upozorowany na spokojną śmierć — bo głośna śmierć starego latarnika obudziłaby czujność konkurencji, a on chciał ich rozegrać po ciemku, jednego po drugim, najpierw oczy portu, potem sakiewkę Zacienia. Teraz sakiewka wisiała w lochu bez miejsca na mapie, pocięta na przypomnienia o spłacie, a ja trzymałam jedno z nich w ręce.
Odnieśliśmy pakuneczek na schodek, tam gdzie leżał, z palcem i karteczką, tak jak kazał Will — bo adresat miał go dostać, a my nie mogliśmy istnieć. Wracaliśmy tunelem w milczeniu. Dopiero przy końcu, przy ostatnim zakręcie, Will powiedział:
— Wypytam swoich. Od futer, z portu, po cichu. Kto przejął schedę po starym, kto teraz pożycza, na jakich warunkach. — I po chwili, ciszej: — A ty nie ruszaj tego wątku sama. Ani kroku, Lilio. Ludzie, którzy wysyłają dzieci z palcami, wiedzą, kto zagląda w ich torby.
Obiecałam. Obietnica ważyła mniej niż palec.
Do zamku wróciłam wyprana do białego — jest takie pranie, po którym tkanina niby czysta, ale już bez koloru — i przez resztę dnia nosiłam swoją twarz jak wypożyczoną. Podpisywałam, co mi podsuwano. Kiwałam głową, kiedy należało. Hana dwa razy spytała, czy panienka chora; powiedziałam, że nie spałam, i to akurat była prawda. Za każdym zamknięciem oczu miałam loch, łańcuchy i uprzejmy głos, który zamawiał ćwiartowanie tonem człowieka proszącego o dolewkę.
A wieczorem Karol poprosił o audiencję. Znów. W tej samej małej sali przyjęć.
Powinnam była odmówić. Wiem, jak wygląda to zdanie na papierze — całe moje życie składało się ze zdań „powinnam była", ułożonych równo jak drwa na zimę. Poszłam. Poszłam, bo w tej samej sali stało tamto krzesło i tamta ściana, bo byłam pusta jak wypłukany dzban i bałam się własnej sypialni, ciemności, zamkniętych oczu; poszłam, bo on był jedynym człowiekiem w tym zamku, przy którym nie musiałam być ani dziedziczką, ani sierotą, ani specjalną troską — tylko przeciwnikiem. A przeciwnikiem byłam tego wieczoru najsłabszym w historii tej gry.
Zaczął jak zwykle. Od spóźnienia mniejszego niż zwykle i od zdania, które było ruchem otwierającym:
— Wyglądasz, księżno, jak ktoś, kto widział coś, czego nie było w programie dnia.
I to wystarczyło. Ta jedna uprzejma, drwiąca, celna fraza — „nie było w programie dnia" — i cała moja misterna, podpisująca, kiwająca głową fasada pękła jak lód pod obcasem. Nie pamiętam, jak przeszłam przez salę. Pamiętam, że się na niego rzuciłam — dosłownie, z łzami, które wreszcie puściły, z pięściami, które uderzyły w jego pierś raz i drugi bez żadnej siły, i zostały tam, otwarte, wczepione w czarny kubrak — bo nie byłam gotowa. Na palec w pakule. Na loch. Na uprzejmość tamtego głosu. Na miasto, które okazało się policzone i pocięte. Na całe to okrucieństwo świata, o którym przez dwadzieścia siedem lat wiedziałam z książek, a które dziś rano wzięłam w rękę, zimne i lekkie.
Karol nie spytał o nic. To było pierwsze i może jedyne miłosierdzie, jakie od niego dostałam: nie spytał. Objął mnie — całą, ciasno, jednym ramieniem w poprzek pleców, drugą dłonią w moje włosy — i przez chwilę po prostu stał, wielki i nieruchomy jak mur, o który można się rozbić bezpiecznie. A potem pocałował mnie w skroń. W policzek. W kącik ust — delikatnie, pytająco, zostawiając mi całą wieczność na odsunięcie się.
Nie odsunęłam się.
I wtedy zaczął mnie całować naprawdę — czule najpierw, tak czule, że łzy zrobiły się słone w naszych ustach, a potem mocniej, i jeszcze mocniej, aż czułość i głód przestały się od siebie różnić. Jego dłoń zjechała po moim karku, po plecach, po biodrze, po udzie — wolno, po drodze ucząc się mnie na pamięć — a ja usłyszałam własny oddech i nie poznałam go. Coś we mnie mówiło jeszcze cienkim głosikiem o przysiędze, o rozsądku, o jutrze. A coś innego, większe, ciemniejsze i o wiele starsze, odpowiedziało: dzisiaj umarł człowiek, którego znałaś, świat jest pocięty na pakuneczki, a ty żyjesz — i chcesz przez jedną noc nie być samotna w tym życiu ani pół oddechu dłużej.
Karol wpadł w rytm, z którego nie było odwrotu — pożądania niesamowitego, cierpliwego i niekończącego się, jakby czas był jego własnością, jak wszystko inne. Zamknął drzwi kopnięciem, nie odrywając ust od mojej szyi. A potem wziął mnie na ręce — mnie, którą nikt nigdy nie nosił, którą ważono wzrokiem od dziecka i uznawano za za ciężką do wszystkiego — uniósł mnie jak zabawkę, jakbym nie ważyła więcej niż postanowienie, i rzucił na łoże, i przez jedno uderzenie serca stał nade mną w ciemności, rozwiązując mankiet, patrząc na mnie tak, że czułam to spojrzenie na skórze jak dotyk.
— Powiedz „wyjdź" — odezwał się głosem, którego nie znałam: niskim, odartym z gry — a wyjdę.
— Zostań — powiedziałam.
I to była ostatnia rzecz, jaką tego wieczoru powiedziałam w całości.
Nie umiem — nie chcę — opowiedzieć tamtej nocy po kolei, bo ona nie działa się po kolei; działa się cała naraz, jak sztorm, o którym marynarze potem nie mówią „najpierw", tylko „wszędzie". Pamiętam jego dłonie, które robiły wszystko wolniej, niż prosiło moje ciało, i przez to doprowadzały mnie na granicę płaczu innego niż ten, z którym przyszłam. Pamiętam szept przy uchu — moje imię, wyłącznie moje imię, bez tytułu, powtarzane jak słowo, którego smak mu się spodobał. Pamiętam moment, w którym przestałam myśleć o tym, jak wyglądam — pierwszy taki moment w moim dorosłym życiu — bo nie da się myśleć o wyglądzie, kiedy ktoś patrzy na ciebie tak, jakby patrzenie było jedzeniem po głodzie. Pamiętam, że gdzieś w środku tej nocy śmialiśmy się, oboje, z niczego, zdyszani, czołem przy czole, i że ten śmiech był może najintymniejszą rzeczą ze wszystkich. Pamiętam żar — mój własny, o który nigdy siebie nie podejrzewałam, hodowany latami pod rozsądkiem jak ogień pod darnią — i to, jak spłonął cały, do dna, dwa razy, aż w oczach zrobiło się biało i cicho.
A potem leżeliśmy w ciemności, w rozbitym łożu jak w rozbitej łodzi, i jego palce rysowały coś powoli na moim nagim ramieniu — kółka, może litery, może mapy, nie wiem — a ja słuchałam, jak dwa oddechy wracają na brzeg, i przez chwilę, przez jedną krótką chwilę, nie byłam samotna wcale. To znaczy: teraz wiem, że to była chwila. Wtedy myślałam, że to jest miejsce. Że można w nim zamieszkać.
— Zostaniesz dłużej? — spytałam w ciemność. Nie „na zawsze". Nawet nie „na tydzień". Dłużej — słowo tak małe, że wstyd je było wypowiedzieć na głos, więc powiedziałam je cicho.
Palce na moim ramieniu zatrzymały się.
— Przyszedłem się pożegnać, Lilianno — powiedział.
Cisza w tej sali miała swoją własną temperaturę; poczułam, jak spada.
— Odpływam jutro, z porannym odpływem. — Głos miał równy, ale wolniejszy niż zwykle, jakby pierwszy raz sam układał zdania, zamiast brać gotowe. — I gdybym mógł zostać… — urwał, a ja usłyszałam w tym urwaniu coś, czego nie umiałam nazwać: krawędź. — Choćbym chciał najmocniej na świecie, tego jednego nie mogę dla ciebie zrobić. Muszę wracać, skąd przybyłem.
— A skąd przybyłeś?
— Stamtąd, gdzie mnie słuchają. — Ta sama odpowiedź co zawsze, ale wypowiedziana bez uśmiechu ważyła zupełnie inaczej. Odwrócił głowę; w ciemności widziałam tylko linię jego profilu, twardą jak wybita w monecie. — Spotkamy się jeszcze. To nie jest pocieszenie, księżno. To jest fakt. Planuję go osobiście.
Ubierał się sprawnie i cicho, jak człowiek przywykły wychodzić z komnat, o których nikt nie może wiedzieć. Przy drzwiach zatrzymał się, już z ręką na klamce — i wrócił, trzema krokami, i pocałował mnie ostatni raz: długo, dokładnie, na pamięć. Tak się całuje przed drogą przez morze. Tak się całuje coś, co chce się umieć odtworzyć z niczego, w ciemności, na drugim końcu świata.
— Do zobaczenia u mnie — powiedział.
I wyszedł, i drzwi zamknęły się cicho, i zostałam w rozbitym łożu sama — bardziej sama niż przed tą nocą, bardziej sama niż kiedykolwiek, bo teraz moja samotność miała już dokładny kształt: kształt miejsca po nim. Leżałam i czułam wszystko naraz, po swojemu, w trójkach: ciało jeszcze śpiewało, głupie, szczęśliwe zwierzę, któremu nikt nie powiedział; serce już liczyło straty, po kupiecku, ze wstydem; a pod jednym i drugim, na samym dnie, cienki głos pytał: co ja właściwie zrobiłam — i komu. Przeżyłam z tym człowiekiem coś, czego nie umiałam nazwać żadnym słowem ze swojego dotychczasowego życia. I ten sam człowiek właśnie mnie opuszczał, spokojnie, planowo, z pocałunkiem na pamięć i z „u mnie" bez adresu.
Rano, z okna, widziałam jego statek wychodzący z Podkowy — ciemny, smukły, bez bandery — jak robił się sylwetką, potem kreską, potem domysłem. Nie zeszłam do portu. Nie miałam pleców, żeby stać tam prosto.
Wieczorem następnego dnia przyszedł po mnie sługa Filipa — bez pukania w porę, jak to u niego, książę prosi — i zastałam teścia w gabinecie nad mapą, której nie zwinął na mój widok. To była nowość. Kiedyś zwijał wszystko.
Postarzał się przez te tygodnie. Mówię to bez satysfakcji i bez czułości, po prostu jak rachmistrz: skóra na dłoniach zrobiła mu się cienka jak opłatek, a wino „na bóle" stało bliżej łokcia niż dawniej. Ale głos miał ten sam — suchy, równy głos człowieka, który nigdy w życiu nie powiedział zdania, którego by wcześniej nie zważył.
— Przesilenie — zaczął bez powitania — za dziesięć dni. Poselstwo cesarskie zapowiedziało się „w sprawach przyjaźni". Wiesz, co to znaczy?
— Że przyjaźń podrożała.
Coś mu drgnęło przy ustach; u Filipa to jest śmiech, trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć.
— Przyjadą liczyć — powiedział. — Będą chodzić po mieście z twarzami gości i liczyć: straż na murach, statki w porcie, worki w silosach, zmarszczki na moim czole. Poseł to jest rachmistrz, któremu dano lepszy płaszcz. Staniesz wtedy obok mnie, na podwyższeniu, po prawej stronie. Kuzyni będą patrzeć, gdzie stoisz, zanim posłowie zdążą zdjąć rękawice — więc będziesz tam stała, zanim wejdą, a nie przyjdziesz po nich. Kto przychodzi po posłach, ten dochodzi. Dziedziczka jest na miejscu pierwsza.
— I jeszcze jedno — dodał po chwili, stukając palcem w brzeg mapy. — Przywiozą propozycję. Nie wiem jeszcze jaką, ale wiem, że ją przywiozą, bo cesarstwo nie wyprawia statków dla samych uprzejmości. Jeśli będzie dotyczyła ciebie — a może dotyczyć: jesteś dziedziczką z mężem, którego nie ma, w cesarskich księgach to się nazywa „okazja" — to zapamiętaj: są dumni i nieustępliwi, i przyjeżdżają szukać słabości. Nie znajdą jej po mojej prawej stronie. Rozumiemy się?
— Rozumiemy.
Uczył mnie jeszcze przez pół świecy: jak się przyjmuje ludzi, którzy przyszli policzyć twój dom — pokazać dużo tego, co nieważne, i ani drgnieniem nie wskazać, gdzie leży ważne; jak się odpowiada na pytania o nieobecnego męża („z uśmiechem, który mówi: to pytanie jest małe"); jak się pije z posłem, który wznosi zdrowie cesarza („do dna, bo połowa kielicha to połowa wierności"). Słuchałam i notowałam w głowie, i przez cały ten czas nie opuszczało mnie jedno spostrzeżenie, którego nie umiałam się pozbyć: on mnie uczy szybko. Za szybko. Tak się nie przekazuje wiedzy, którą będzie się miało komu przekazywać jeszcze raz — tak się pakuje sakwy przed drogą, byle wszystko weszło.
Przy drzwiach, kiedy już się skłoniłam, zatrzymał mnie jego głos — cichszy o ton, wypowiedziany do mapy, nie do mnie:
— Jedno jeszcze. Gdyby mnie kiedyś zabrakło przed czasem… — Nie obejrzał się. Palcem przesuwał po mapie wzdłuż gór, tam i z powrotem, jakby coś wygładzał. — …nie podpisuj niczego przez pierwszy tydzień. Niczego, nikomu, żadnej życzliwej radzie i żadnemu smutnemu krewnemu. Żałoba jest po to, żeby ręka miała prawo nie pisać. Skorzystaj z tego prawa.
— Ojcze… — Słowo wyszło ze mnie samo; nie używałam go prawie nigdy i oboje usłyszeliśmy, że wyszło. — Czy coś ci grozi?
— Wszystkim władcom coś grozi, dlatego trzymamy straże. — Zwinął mapę, jednym ruchem, koniec rozmowy. — Idź spać, dziedziczko. Przesilenie za dziesięć dni.
IDA
Wincenty wezwał mnie w dzień prania, kiedy cały klasztor pachniał ługiem i parą, i przyjął mnie w ogrodzie, przy rozmarynie, co samo w sobie było wiadomością: do ogrodu nie zaprasza się siostry na rozmowy, które mogą słyszeć mury.
— Jak zdrowie naszego gościa w wieży? — zapytał, podlewając.
— Nie wiem, ojcze. Nie bywam na zamku.
— Będziesz. — Postawił konewkę. Twarz miał spokojną, palce spokojne, wszystko spokojne — u Wincentego nadmiar spokoju to jak u innych krzyk. — Posłuchaj mnie uważnie, Ido. Zakon wykonał pewną pracę. Wykonał ją doskonale — tak doskonale, że nikt nigdy się o niej nie dowie, i tak ma zostać. Za tę pracę należy się zapłata. Nie w złocie. W wiedzy. Człowiek, który ma zapłacić, siedzi teraz w wieży gościnnej książęcego zamku, przywiązany do fotela własnym kręgosłupem, i jest nam winien odpowiedź na trzy pytania: gdzie, co i jak. — Spojrzał na mnie wprost. — Gdzie w górach jest wyrwa. Czym jest. I co z niej wychodzi.
— I ja mam pójść po ten dług.
— Ty znasz zamek. — Powiedział to lekko, ale oboje wiedzieliśmy, ile w tym „znasz" się mieści: dziesięć dni cudzych okien, cudzych sukien, cudzego imienia. — Oficjalnie pójdziesz koić duszę chorego. Wódz klanów jest wasalem księcia i gościem pod jego dachem; zakon jest neutralny, więc opieka zakonu nie uwłacza nikomu — książę nie może jej odmówić, a wódz nie może się nią obrazić. Medyk mówi, że koń zgniótł mu kręgosłup, ale go nie złamał; że wróci do zdrowia, do żniw, może wcześniej — ale przez ten czas potrzebuje rąk. Będziesz tymi rękami. — Podniósł konewkę i wrócił do rozmarynu. — A przy okazji, Ido, będziesz uchem. Vargan nie odda długu z dobrej woli. To będzie długa robota. Nie pytaj o nic pierwsza. Noś wodę, zmieniaj opatrunki, milcz — i czekaj, aż cisza zacznie mu ciążyć bardziej niż tobie. Takim ludziom cisza ciąży zawsze. Oni całe życie zagłuszali ją krzykiem.
Tak zaczęły się moje wizyty w wieży gościnnej — i mówię od razu, na własną hańbę i ku własnemu zdumieniu, rzecz, do której będę wracać w tych zapiskach jeszcze nieraz: po pierwszej z nich chciałam iść na drugą.
Służące bały się tej komnaty jak morowego domu. Widziałam, jak losują między sobą słomkami, która wniesie tacę; jak ta wylosowana staje pod drzwiami i oddycha, jakby miała skoczyć w przerębel; jak wchodzi ze spuszczonymi oczami, odstawia i wycofuje się tyłem, byle szybciej, od tej góry mięsa w fotelu, od tego obłędnego, jasnego wzroku, który śledzi każdy ruch w komnacie jak wzrok drapieżnika przywalonego głazem — żywy w martwym ciele, i przez to straszniejszy. Vargan nie mówił do nich nic. Czasem czekał, aż dziewczyna dojdzie do drzwi, i wtedy dopiero mówił „dziękuję" — po to tylko, żeby patrzeć, jak podskakuje.
Weszłam pierwszy raz z modlitewnikiem i miską. Nie podskoczyłam — nie dlatego, że jestem odważna, tylko dlatego, że po dziesięciu dniach bycia księżną człowiek ma zużyty zapas strachu przed cudzymi oczami. Umyłam mu ręce, przedramię po przedramieniu, jak myje się chorych: rzeczowo, bez pośpiechu i bez obrzydzenia. Milczałam, tak jak kazał Wincenty. On milczał też — ale inaczej niż przy służących; tamto milczenie było zabawą, to było pracą. Patrzył, jak wykręcam szmatkę.
— Zakonnica — powiedział wreszcie. Głos miał niski i chrapliwy, zużyty od komend. — Przysłali mi zakonnicę. Bo świeckie sikają po nogach.
— Bo świeckie mają rozum — odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć. — Wiedzą, kim jesteś.
Cisza. Pomyślałam: teraz każe mnie wyrzucić i Wincenty będzie musiał szukać innego ucha. A potem w tej wielkiej, zniszczonej twarzy coś drgnęło — nie uśmiech, na uśmiech było za wcześnie o całe tygodnie — i Vargan, wódz klanów, postrach obu stron gór, powiedział z czymś w rodzaju ulgi:
— No. Nareszcie ktoś, kto nie udaje, że jestem chory na gardło.
Wracałam co drugi dzień. Nosiłam wodę, zmieniałam okłady, uczyłam jego lewą rękę trzymać łyżkę, kiedy prawa jeszcze spała; potem, tydzień później, podstawiałam ramię, kiedy dźwigał się na łokciach po raz pierwszy — góra człowieka, drżąca jak źrebię, klnąca w mowie klanów tak, że świece powinny były pogasnąć — i stałam przy nim, kiedy zrozumiał, że stopa drgnęła, naprawdę drgnęła, i odwrócił twarz do okna, żebym nie widziała tego, co się z tą twarzą stało. O wyrwie nie padło ani jedno słowo. Ani z jego strony, ani z mojej. Nosiłam dług Wincentego w rękawie jak nóż, którego nie wyjmuję — i z każdym dniem częściej łapałam się na tym, że wchodząc do tej komnaty, zapominam, po co naprawdę przyszłam.
Bo on zaczął mówić. Nie o górach — o niej.
Stało się to któregoś wieczoru, bez ostrzeżenia, kiedy zmieniałam okład, a on patrzył w sufit; zaczął w pół zdania, jakby kontynuował rozmowę, którą całe życie prowadził sam ze sobą:
— Patrzyła na mnie z pogardą od pierwszego dnia. Od pierwszego. Zobaczyłem ją w Arvenie, przyjechała z poselstwem z Kastmaru, stała w tamtej sali jak zima w środku lata — i starałem się o nią tak długo, jak nie starałem się o nic w życiu. Ona tego ślubu nie chciała. A ja jej pragnąłem. — Przesunął po twarzy lewą, posłuszną już dłonią. — Tacy ludzie jak ja biorą to, czego pragną, siostro. Tak nas robią w górach. Nie przepraszam za to, bo przepraszanie to dla was, dla nizinnych; my mamy tylko cenę i zapłatę.
Powinnam była przerwać. Powiedzieć: śpij, wodzu. Zawołać modlitwę jak straż. Milczałam.
— Potem nie chciała iść do mojego łoża. — Zaśmiał się krótko, bez wesołości, jak kaszel. — Mnie nie odmówiła żadna. Żadna, nigdy. Więc uszanowałem — pomyślałem: wypadek, odchył, wróci na właściwe tory, przecież każda wraca. A ona… — i tu jego głos zrobił coś, czego się nie spodziewałam: nie wzniósł się, opadł, do szeptu, którym mówi się o ranach — …ona zaciążyła. I nawet tego nie ukrywała. Rozumiesz? Nie ukrywała. Chciała, żebym widział. Chodziła z tym brzuchem po moim domu tak, żebym musiał patrzeć, żebym musiał wziąć bękarta za dziedzica i nie mógł powiedzieć nikomu ani słowa — bo co miałem powiedzieć? Ja, wódz? Że w moim domu…? — Urwał. Oddychał. — Nienawidziłem jej i kochałem, siostro. Ale chyba bardziej nienawidziłem, bo nienawiść przynajmniej wiedziała, co robić. To pierwsza istota, przy której uroniłem łzę. Pierwsza i ostatnia, tak sobie obiecałem. A jej zagrywek nie było końca, a ja jestem prosty człowiek — ona nigdy nie zrozumiała, że tam, skąd jestem, za takie zagrywki jedyną odpowiedzią, jaką znamy, jest ból. — Zamknął oczy. — A ona jakby na niego czekała.
Siedziałam z okładem w rękach, zimnym już i bezużytecznym, i nie mówiłam nic, bo wszystko, co umiałam powiedzieć, było za małe. Nie rozgrzeszałam go — niech Pan mnie broni, wiem dość o tym, co robił, i wiem, czym są jego „ceny i zapłaty". Ale słuchałam człowieka, który dwadzieścia lat nosił w sobie tę historię jak zbroję wrośniętą w ranę, i któremu dopiero zmiażdżony kręgosłup pozwolił ją zdjąć — przy zakonnicy, bo zakonnica się nie liczy, zakonnica jest jak mur, mówi się do niej jak do Boga, na próbę.
Wyszłam tego wieczoru później niż zwykle. W bramie klasztoru zatrzymałam się i stałam chwilę w ciemności, i nazwałam wreszcie po imieniu to, co niosłam z wieży przez całe miasto, bo kłamać w zapiskach nie będę, skoro nie kłamię w konfesjonale: nie współczucie. Współczucie znam, współczucie jest chłodne i czyste jak nasza studnia. To było ciepłe i mętne, i ciągnęło jak nurt pod młyńskim kołem — do komnaty na wieży, do następnej wizyty, do tego chrapliwego głosu, który ze wszystkich ludzi na ziemi wybrał sobie do mówienia prawdy właśnie mnie.
Módl się za mnie, kimkolwiek jesteś, kto to kiedyś przeczyta. Ja się już za siebie modliłam. Średnio pomagało.
LILIANNA
Will wrócił do mnie po czterech dniach — cztery dni, w czasie których nauczyłam się na nowo jeść, spać i podpisywać, a nie nauczyłam się jednego: wchodzić do małej sali przyjęć bez zatrzymania serca — i przyszedł po mnie o zmierzchu, z wiadomością w oczach, więc wymknęłam się boczną furtą, w chustce Hany, i poszliśmy w dół, ku Zacieniu, jak zwykli ludzie, którzy wyszli przed noc zaczerpnąć powietrza.
— Twój lichwiarz zniknął — powiedział, kiedy mury zamku zostały wysoko za nami. — Oficjalnie: wyjechał w interesach do wolnych miast. Dom stoi zamknięty, służba rozpuszczona, księgi wywiezione nocą. Nikt nie widział wozu, nikt nie pamięta nocy, wszyscy pamiętają, że im się nie dziwić. — Mówił równo, port po porcie, fakt po fakcie, jak raportuje się sztorm. — A w jego miejsce, Lilio, pojawił się ktoś nowy. W Zacieniu mówią o nim… — zawahał się o pół kroku — …król żebraków. Podobno z wolnych miast. Pożycza tanio, prawie za darmo, i nie patrzy, czy dłużnik ma z czego oddać — bierze każdego, wdowę, pijaka, chłopca od wodorostów. A potem się upomina. Ale nie o pieniądze. — Spojrzał na mnie. — O przysługi. Drobne, dziwne przysługi, które „często dług umarzają": postój tu, zanieś to, powiedz, kiedy tamten wróci do domu, nie pytaj o nic. Ledwie się pojawił, a już ma pełne grono klientów — bo pożycza, kiedy nikt inny nie pożycza, i uśmiecha się, kiedy wszyscy inni liczą.
— Kupuje miasto — powiedziałam cicho. — Dom po domu. Dług po długu. Za cenę bochenka chleba.
— Kupuje oczy i nogi — odparł Will. — Na razie. Pytanie, do czego będą mu potrzebne ręce.
Szliśmy chwilę w milczeniu, w dół, między pierwszymi zapalanymi oknami. I wtedy — bez zapowiedzi, tym samym równym głosem, którym raportował o lichwiarzu — Will zadał drugie pytanie tego wieczoru:
— Łączyło cię coś z tym mężczyzną? Z tym, który odpłynął. — I po chwili, jakby usprawiedliwiał pytanie, choć oboje wiedzieliśmy, że go nie usprawiedliwia: — Bo zamek plotkuje.
Świat nie zwolnił. Świat robił dalej swoje wieczorne rzeczy: gdzieś skrzypiał żuraw studzienny, gdzieś matka wołała dziecko po imieniu, fala szła o nabrzeże równo jak oddech. Tylko we mnie zrobiło się bardzo cicho.
— Nie — powiedziałam.
Skłamałam. Skłamałam gładko, od razu, jednym małym słowem — i wiedziałam, czemu kłamię, i to było w tym wszystkim najgorsze: nie ze wstydu. Z wyrachowania serca, którego się po sobie nie spodziewałam. Bo czułam coś do tego człowieka obok — coś spokojnego i głębokiego jak jego kotwica — i nie chciałam łamać mu serca dokładnie w tym tygodniu, w którym ktoś złamał moje. Chciałam go zatrzymać. Obie te rzeczy naraz: opłakiwać tamtego i zatrzymać tego. Podobno serce nie umie liczyć. Moje umiało, i liczyło podle.
Will zatrzymał się. Odwrócił się do mnie całym sobą, tak jak stawał do wszystkiego, co ważne, i patrzył mi w oczy — długo, spokojnie, bez gniewu, i to jego spokojne patrzenie było gorsze niż każdy krzyk, bo on wiedział. Musiał wiedzieć. Człowiek, który policzył moje przedświtowe wstawania i rachunków nie pokazał, umiał wyczuć kłamstwo wielkości „nie" tak, jak marynarz czuje zmianę wiatru plecami. Patrzyliśmy sobie w oczy przez czas dłuższy, niż wytrzymuje jakiekolwiek kłamstwo, i moje „nie" stało między nami, małe i gołe, i nikt go nie podnosił.
A ja czułam się, jakbym kochała dwóch naraz — choć przecież już wybrałam; wybrało za mnie tamto „zostań" powiedziane w ciemności człowiekowi, który mnie opuścił. Will był lepszym wyborem. Wiedziałam to tak, jak się wie rzeczy oczywiste: człowiek z północy, z mojej krainy, cierpliwy, prawdziwy, o krok — zawsze o krok, nigdy bliżej, nigdy dalej. Ale ja bałam się rozsądnych wyborów. Całe moje życie było jednym wielkim rozsądnym wyborem, którego dokonali za mnie inni — i czułam, podskórnie, zwierzęco, że rozsądek może mnie znów zamknąć w klatce, tylko tym razem już na stałe; że pewnego dnia obudzę się bezpieczna, doceniona, kochana — i nie będę już miała tajemnych schowków ani dawnej szkoły, ani czterdziestu jeden zakrętów w ciemności, ani żadnych drzwi, których nie znałby nikt oprócz mnie. Że klatka będzie miała jego twarz i że nawet nie zauważę, kiedy przestanę szarpać pręty.
— Dobrze — powiedział wreszcie Will. Tylko tyle. I ruszył dalej, wolno, żebym nadążyła.
Doprowadził mnie do dawnej szkoły — naszej szkoły, z pustymi ławkami i wydrapaną literą Miko na jednym z krzeseł — bo tam, w progu, kończyły się wszystkie nasze wieczorne drogi, odkąd zaczęły się zaczynać. Stanął naprzeciw mnie w ciemnej sieni, w zapachu kredy i starego drewna. I przez chwilę — widziałam to, widziałam tak wyraźnie, że serce mi stanęło — chciał coś powiedzieć. Coś ważnego. Coś, co trzymał w sobie od dawna, od falochronu, może dłużej; otworzył usta, wziął oddech, ten oddech, po którym idą zdania nie do cofnięcia—
I nie dał rady. Cokolwiek to było, ugrzęzło mu w gardle jak kotwica w skale, i zobaczyłam, jak to przełyka, powoli, z wysiłkiem, z jakim nie przełykał niczego przy mnie nigdy.
Zamiast tego pochylił się i pocałował mnie w czoło. Ciepło, długo, na samej granicy włosów — tak całuje się rzeczy, których nie wolno całować inaczej.
— Dobranoc, Lilio — powiedział. — Zamknij za sobą na klucz.
I odszedł w dół, w uliczki, w swoją stronę Zacienia, a ja stałam w progu naszej szkoły z czołem, na którym stygło jedno niewypowiedziane zdanie, i patrzyłam za nim, aż zniknął.
On jeszcze nie był gotów.
Jeszcze.