ALEK
Ruszyliśmy przed świtem, kiedy piasek był jeszcze szary i zimny jak popiół po cudzym ognisku. Zdążyłem się nauczyć, że poranek nie jest tu porą dnia, tylko walutą: ile drogi kupisz, zanim słońce upomni się o zapłatę. Kupowaliśmy więc drogę w milczeniu, łyk wody co tysiąc kroków, i nawet ja — człowiek, który w domu uważał wstawanie przed południem za rodzaj męczeństwa — szedłem równo, z opuszczoną głową, jak ktoś, kto zrozumiał zasady.
Po dwóch godzinach marszu pustynia zrobiła coś, czego się po niej nie spodziewałem: skończyła się. Nie tak, jak kończy się las albo pole — po prostu wydmy zeszły nam z drogi jak tłum, który rozstępuje się przed kimś ważnym, i spod piasku wyszedł kamień. Najpierw pojedyncze płyty, potem całe ich rzędy, równe, spasowane na styk, ze śladami kół wytartymi w granicie na głębokość dłoni. Droga. Prawdziwa, budowana droga, szersza niż trakt królewski pod Arveną, biegnąca prosto jak wyrok tam, gdzie ja nie widziałem niczego, do czego warto by biec.
— Ile wozów musi przejechać po kamieniu, żeby wytrzeć w nim taki ślad? — spytałem Sefa.
Sef spojrzał na koleiny, potem na mnie i przez chwilę myślałem, że jak zwykle odpowie jednym słowem albo wcale.
— Wszystkie — powiedział.
Wielbłądy poczuły coś pierwsze. Szły raźniej, wyciągały szyje, a ten, którego nazywałem w duchu Kanclerzem — bo pluł z godnością i zawsze w porę — wydał z siebie dźwięk, jakiego nie słyszałem u niego od gór. Ludzie Tamili też się zmienili. Nie przyspieszyli, to nie byli ludzie, którzy przyspieszają, ale ich milczenie zmieniło barwę: z milczenia drogi w milczenie progu. A potem najstarszy z nich, ten od kości, powiedział coś półgłosem i zaczęły się zakłady.
Rozumiałem już ich zakłady na tyle, żeby wiedzieć, kiedy jestem stawką. Ich mowy nie rozumiałem wcale — a słuchałem jej całymi dniami, bo była do słuchania: śpiewna, miękka, pełna zgłosek, które kładły się jedna na drugiej jak fale; „r" przetaczało się w niej jak kamyk w potoku, „l" topniało w ustach, a koniec zdania płynął w górę, jakby każde zdanie było w połowie pytaniem i dopiero słuchający miał je domknąć. Twarda mowa Borsa brzmiała przy niej jak rąbanie drewna przy kołysance. Rozumiała ją — i naszą — tylko Tamila; jedyna, która nosiła w ustach oba światy. Przetłumaczyła, nie pytana, z twarzą bez wyrazu:
— Zakładają się, czy pan z północy pozna miasto, kiedy je zobaczy.
— Powiedz im, że miasto poznam — odparłem. — Miałem do czynienia z miastami.
Przetłumaczyła i to. Śmiech, który przeszedł wokół, był cichy i uprzejmy, i to właśnie w nim było najgorsze.
Szedłem potem długo z oczami na horyzoncie. Wypatrywałem tego, co człowiek wypatruje, kiedy słyszał słowo „miasto": zęba wieży, kreski muru, dymu. Horyzont był czysty jak wyszorowany stół. Żar dygotał nad kamieniem, droga biegła w to dygotanie i nie prowadziła do niczego — a przecież koleiny pode mną twierdziły co innego, wytarte przez wszystkie wozy świata. W południe odpoczywaliśmy w cieniu skalnego garbu, który wyglądał jak wyrzucony na brzeg wieloryb; po południu droga zaczęła się wznosić, łagodnie, jakby nie chciała robić nadziei. Cichy szedł ostatni i wiązał węzły na swoim rzemieniu, wolniej niż w tunelu, bo krok miał już zmęczony, ale wiązał. Patrzyłem na te jego węzły i myślałem o ojcu, który będzie je kiedyś rozplatał palcami jak rachunek. Ta myśl powinna była mnie uspokajać. Nie uspokajała.
Noc spędziliśmy na samej drodze, na płytach, które oddawały ciepło dnia aż do świtu jak wystygający piec. Nikt nie rozbił namiotów; ludzie Tamili spali na kamieniu, jakby droga była łóżkiem zasłanym specjalnie dla nich, i chyba tak właśnie było. Leżałem na plecach, na robocie umarłych mistrzów, i patrzyłem w gwiazdy, których było tu nieprzyzwoicie dużo — bogacze na niebie, nędzarze pod nim — aż znalazłem kotwicę, sześć gwiazd i siódmą jaśniejszą w środku, tę samą, co nad Arveną. Świat był jednak jeden. Nie wiedziałem, czy to pocieszenie, czy pogróżka.
Drugi dzień był taki sam jak pierwszy, tylko cięższy o wczorajszy, i pod wieczór, kiedy słońce zrobiło się niskie i czerwone i nasze cienie urosły na pół pustyni, weszliśmy na płaskowyż — i Tamila się zatrzymała.
Zatrzymała się tak, jak robiła wszystko: bez zapowiedzi, bez gestu, po prostu jej kroki się skończyły. Stanęliśmy wszyscy. Przede mną leżała pustka. Płaski, kamienny stół po horyzont, na nim gdzieniegdzie niskie, obłe kopce, jak chlebowe bochny zostawione przez olbrzyma, i kilka przysadzistych kamiennych budek bez okien, żadna wyższa od jeźdźca. Nad kopcami drgało powietrze — cieplejsze od reszty wieczoru, widziałem to po tym, jak gięło światło. Pachniało dziwnie: kamieniem, owszem, ale pod kamieniem czymś jeszcze. Wilgocią. Chlebem? Nie. Nie umiałem tego nazwać i właśnie to mnie zaniepokoiło najbardziej, bo od tygodni pustynia pachniała wyłącznie niczym.
— Jesteśmy na miejscu — powiedziała Tamila.
Rozejrzałem się raz jeszcze, uczciwie, jak uczeń, który dostał ostatnią szansę przy tablicy.
— Gdzie? — spytałem.
Najstarszy od kości westchnął z ukontentowaniem człowieka, który właśnie wygrał zakład.
Tamila podeszła do najbliższego kopca. Z bliska zobaczyłem, że jego szczyt jest ścięty i osłonięty kamienną czapą na kamiennych nóżkach, a spod czapy leci w górę to rozedrgane, cieplejsze powietrze — równo, spokojnie, jak oddech śpiącego. Położyła dłoń na krawędzi, tak jak kładzie się dłoń na czymś swoim.
— Miasto nie stoi na kamieniu, panie z Arveny — powiedziała. — Miasto jest w kamieniu. Stoisz na dachu.
I wtedy zrozumiałem, czym były te kopce. Kominami. Setki kominów aż po horyzont, oddychających ciepłem ludzkich pieców, ludzkich kuchni, ludzkich płuc — całe niebo pode mną, wywrócone na drugą stronę. Szyja pękła mi dokładnie tak, jak obstawiali: w dół.
Do środka wchodziło się przez jedną z tych przysadzistych budek, która od wewnątrz okazała się nie budką, lecz gardłem. Wrota z brązu, grube na dłoń, otworzyły się przed Tamilą bez słowa — ludzie, którzy je otwierali, wiedzieli, że idzie, choć nie widziałem, żeby ktokolwiek ich uprzedzał. Byli bladzi — ale „bladzi" to złe słowo; bladzi bywają chorzy na północy. Ci ludzie mieli skórę koloru rzeczy, która nigdy nie widziała słońca — jasną jak wnętrze muszli, z żyłkami przeświecającymi na skroniach — i oczy szeroko rozstawione na półmrok. Na nasz widok, na widok naszych spalonych, łuszczących się twarzy, jeden z nich cofnął się o pół kroku. Chyba wyglądaliśmy dla nich jak coś, co pustynia wypluła.
Schody szły w dół spiralą wokół szybu tak szerokiego, że mógłby połknąć basztę. Liczyłem stopnie z przyzwyczajenia, do trzystu, potem przestałem, bo zaczęło się dziać coś ważniejszego: robiło się zimno. Nie chłodno — zimno, prawdziwe, mocne zimno kamienia, które wpełzało pod przepoconą tkaninę i kładło mi dłoń na karku. Ostatni raz czułem taki chłód w górach, po tamtej stronie. Ciało przypomniało sobie północ szybciej niż głowa: skóra na przedramionach zrobiła się gęsia, a mnie ścisnęło w gardle tak nagle i tak głupio, że musiałem przystanąć i udać, że poprawiam pas. Zimno. Tyle wystarczyło. Nikt mnie nie uprzedził, że z domu można zrobić człowiekowi zasadzkę z temperatury.
A potem były dźwięki. Najpierw daleki, równy puls, który brałem za własną krew, aż zrozumiałem, że słyszę młoty — wiele młotów, w różnych rytmach, zszytych echem w jeden. Potem woda. Nie kapanie, nie strumyk: głęboki, kamienny szum wody idącej pod ciśnieniem przez wykute gardła. Potem głosy, śmiech dziecka, gdzieś brzęk naczyń, gdzieś śpiew — zwyczajne odgłosy wieczora, tyle że pomnożone i uniesione echem, jakby ktoś grał miastem jak instrumentem o strunach z korytarzy.
Schody skończyły się galerią. Galeria — balkonem wykutym w litej ścianie.
I zobaczyłem.
Nie wiem, jak opowiedzieć o rzeczy, na którą nie ma miejsca w głowie. Spróbuję tak: wyobraź sobie, że stoisz wewnątrz góry, którą ktoś wydrążył — nie wydłubał, jak dłubie się piwnicę, tylko wydrążył z zamysłem, jak snycerz drąży róg na pucharek. Przede mną otwierała się hala tak wielka, że jej przeciwległa ściana niebieszczała od powietrza, jak niebieszczeją odległe wzgórza. W ścianach, piętro nad piętrem, tarasy — dziesiątki tarasów, a w nich drzwi, okna, podcienia, schodki, mostki przerzucone nad pustką, wszystko z tego samego miodowo-szarego kamienia, gładzone tak, że łapało światło jak jedwab. A światło — światło było osobnym cudem. Z sufitu hali schodziły szyby, a w nich, pod kątami, tafle polerowanego metalu, ustawione jak lustra w gabinecie próżnej damy; ostatnie słońce wieczora wpadało tam gdzieś na górze, na dachu świata, i było podawane z ręki do ręki, z tafli na taflę, w dół, aż kładło się na tarasach ciepłymi, złotymi plamami wielkości placów. Pod jedną z takich plam, daleko w dole, pracowały dzieci: rozkładały na kamiennych płytach coś jasnego do suszenia, rządek za rządkiem, szybkie i poważne jak mali urzędnicy.
Miedziane słońce w kamiennym niebie. I ludzie — wszędzie ludzie, bladzi, drobni, szybcy, których było słychać jak morze.
Nikt z nas długo nic nie mówił. Pierwszy odezwał się Bors — Bors, który przegadał dwa królestwa i jeden tunel — i głos miał cichy, jak w sanktuarium:
— Panie… — Urwał. Podszedł do ściany galerii, położył na niej obie dłonie, płasko, jak kładzie się dłonie na koniu, żeby sprawdzić, czy zdrów. Powiódł palcami po krawędzi, która biegła wzdłuż całego balkonu, prosta jak struna, gładka jak szkło. — Ja robiłem w kamieniu dwadzieścia lat. Mój ojciec czterdzieści. — Obejrzał własne dłonie, jakby je widział pierwszy raz. — Nie ma takiego dłuta.
Pomyślałem o sanktuarium w Arvenie, dumie mojego miasta, o tym, jak prowadzi się tam gości, żeby zadarli głowy. Zmieściłoby się w tej hali razem ze wzgórzem, na którym stoi.
— To jest małe miasto — powiedziała Tamila.
Odwróciłem się do niej. Nie patrzyła na halę. Patrzyła na mnie — tym swoim spojrzeniem, które składało człowieka jak list, kawałek po kawałku — i czekała.
— Małe — powtórzyłem po raz drugi w ciągu dwóch dni, i znowu zabrzmiało to jak wyznanie wiary.
— Przy trakcie — powiedziała. — Jak tamta budowla. — I dodała, już odchodząc ku schodom w dół, głosem bez triumfu, co było gorsze od triumfu: — Mówiłam, że mieli rację.
Najstarszy od kości zebrał wygrane. Zauważyłem, że Tamila mu nie zapłaciła; uniosła tylko palec — jeszcze nie — i coś w jej ludziach się uśmiechnęło. Jej zakład, przypomniałem sobie, stał na koloseum w drodze powrotnej. Złapałem się na tym, że chcę, żeby wygrała, i że nie wiem, co to o mnie mówi.
Prowadzili nas w dół i przez miasto, i przez następne dwie godziny dowiadywałem się, jak mało słów mam w sobie na rzeczy, które umieją zrobić ludzie.
Tarasy, które z galerii wyglądały jak ozdoba, z bliska okazały się polami. Pod szybami światła, na kamiennych półkach szerokich jak ulice, rosły uprawy — jeśli to słowo w ogóle się nadaje do rzeczy tak bladych. Grzyby wielkości tarcz, ustawione rzędami jak wojsko; blade, niemal białe zboże o kłosach ciężkich i krótkich, które nie widziało nieba i nie wyglądało, żeby mu go brakowało; pnącza bez jednego zielonego liścia, za to z owocami jak woskowe lampiony, jaśniejące z cicha własnym, wątłym światłem. Między rzędami chodzili ogrodnicy z miedzianymi konewkami o długich, cienkich szyjkach i lali wodę nie na rośliny, lecz w kamienne rowki przy korzeniach — po kropli, po jednej kropli, z uwagą, z jaką u nas złotnik odważa złoto.
— Ile z tego wyżyje miasto? — spytałem.
— Nic — odpowiedziała Tamila. Zaskoczyła mnie ta szczerość; szedłem obok niej i czekałem na ciąg dalszy. — To znaczy: przeżylibyśmy. Przeżywaliśmy. Grzyby, ryby ze studni, to, co widzisz. Ale przeżyć a żyć to dwa różne słowa. — Wskazała brodą gdzieś w dół, w stronę, z której pachniało chlebem. — Życie przywozicie nam wy.
Zapach prowadził do hali niższej i cieplejszej, gdzie w ścianach żarzyły się rzędy piecowych gardzieli, a na kamiennych stołach rosły góry bochnów — prawdziwego, ciemnozłotego chleba, od którego widoku ślina napłynęła mi do ust jak psu. Pod ścianą, w magazynie za kratą z brązu, leżały worki. Setki worków, ułożone w kostkę równiej niż mury niejednego zamku. Na workach — znaki kredą. Obce cyfry, te same, które widziałem w tunelu na skrzyniach, w świetle łuczywa, mijane przyspieszonym krokiem.
Zatrzymałem się. Wiedziałem, co jest w tych workach, poznałbym ten kształt ziarna przez dziesięć warstw płótna. Widziałem je, jak jechało na południe na drągach tragarzy, worek za workiem, sześćdziesięciu ludzi w ciszy. Pszenica z doliny. Chleb mojego księstwa, wypiekany pod pustynią przez ludzi, których u nas nazywa się bajką na postrach.
— Sef — powiedziałem cicho. — Skąd to zboże?
— Wiesz — stwierdził Sef.
Wiedziałem. Piekarka o przedramionach mocnych jak u kowala odłamała piętkę z gorącego jeszcze bochna i podała mi ją — po prostu, bez ceremonii, jak podaje się chleb komuś, kto stoi w piekarni i wygląda na głodnego. Zjadłem. Smakował jak dom, i to było najokrutniejsze, co zrobiło mi to miasto: podało mi dom do ręki tysiąc mil od domu, ciepły, z chrupiącą skórką, i patrzyło, co zrobię. Zjadłem wszystko i skłoniłem się piekarce, a ona się roześmiała i powiedziała coś, czego nie zrozumiałem i czego Tamila tłumaczyć nie zamierzała.
Potem była studnia.
Słyszałem ją, zanim ją zobaczyłem — ten głęboki, cierpliwy szum — ale i tak wszedłem na plac przy niej jak w ścianę. Nazywają to studnią. Równie dobrze można nazwać morze kałużą. W środku miasta otwierał się okrągły wał z kamienia, cembrowina wysoka po pierś, a za nią — pionowa otchłań, w którą schodziły spiralą galerie, coraz węższe, coraz ciemniejsze, aż do miejsca, gdzie w głębi, na dnie świata, lśniło czarne zwierciadło. Woda. Prawdziwa, żywa woda podziemnej rzeki, o której istnieniu nie śniło się nikomu po naszej stronie gór. Wzdłuż galerii pracowały kołowroty — łańcuchy wiader schodziły w dół i wychodziły w górę w rytmie tych młotów, które słyszałem od progu, i teraz zrozumiałem, że część tego pulsu to nie kuźnie. To serce. Miasto ma jawne, mechaniczne serce i wszyscy słyszą, jak bije.
— Rzeka jest wielka? — spytałem, bo z tej głębi wydawała się bez końca.
— Rzeka jest chuda — powiedziała Tamila. Oparła się o cembrowinę przedramionami, swobodnie, jak opiera się człowiek o próg własnego domu. — Wszystkie nasze rzeki są chude. Gruba studnia, chuda nitka. — Złożyła palce, pokazując cienkość tej nitki, i przez chwilę patrzyliśmy oboje w dół, na czarne lśnienie. — Wykuć studnię to była praca na dwa pokolenia. Znaleźć nitkę — na pięć. Nitka płynie, jak chce, nie tam, gdzie się jej każe. Czasem chudnie. Czasem znika na rok i wraca. Ludzie, którzy jej pilnują, znają ją lepiej niż własne dzieci — bo dziecko można mieć drugie.
Powiedziała to spokojnie, jak mówi się przysłowie, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie było przysłowie.
Przy studni stała kolejka. Ludzie podchodzili z naczyniami — miedzianymi, cynowymi, glinianymi — i każdy kładł na kamiennej płycie przed czerpakowym mały znaczek z brązu, a czerpakowy patrzył na znaczek i lał. Nie na oko. Były tam miary, wpuszczone w kamień jak misy, każda inna, i znaczek mówił, która miara czyja. Widziałem szeroką miarę i głębszą od niej, i całkiem płytką; widziałem człowieka o ramionach hutnika, który dostał dwie pełne miary największe, i skrybę z poplamionymi atramentem palcami — ledwie jedną małą; i nikt się nie kłócił, nikt nie zaglądał drugiemu do dzbana. Na końcu kolejki stanęła Tamila. Widziałem, jak jej ludzie robią jej miejsce z przodu i widziałem, jak ona tego miejsca nie przyjmuje; stała za praczką i za dwoma chłopcami od luster, ze swoim znaczkiem w palcach, i czekała jak wszyscy. Kiedy przyszła jej kolej, jej miara nie była większa od miary praczki.
— Norma zależy od pracy — powiedziała, kiedy wróciła do nas z pełnym dzbanem. — Ciężka praca, ciężka woda. Lekka praca, lekka woda.
— A twoja?
— Moja praca jest lekka. — Wzruszyła ramionami, tym swoim krótkim ruchem, jak zrzucenie piasku. — Nosić miasto to nie to samo, co nosić wodę.
Podała mi dzban — mnie, pierwszemu, przy wszystkich.
— Pij, panie z Arveny — powiedziała. — U nas gościa poi się z własnej normy.
Woda była zimna, kamienna, słodka. Piłem i czułem na sobie oczy całego placu, i wiedziałem, że dostaję właśnie coś więcej niż wodę, i nie umiałem tego czegoś nazwać ani odmówić. Trzy rzeczy naraz, jak zwykle u mnie: wdzięczność, wstyd i strach — bo człowiek, który przyjmuje z cudzej normy, zaczyna być coś winien, a ja nie znałem tutejszych miar długu. Ojciec poczułby jedną rzecz, najwyżej dwie, obie sprawdzone. Oddałem dzban lżejszy o połowę i skłoniłem się jej tak, jak kłaniam się na dworze kobietom, których nie rozumiem: nisko.
Zmierzch zszedł na miasto z góry, po taflach, tak jak wcześniej schodziło słońce.
Zobaczyłem to na własne oczy: gdzieś na dachu świata gasło prawdziwe niebo i lustra oddawały coraz mniej, plama po plamie, taras po tarasie, aż miasto zapaliło swoje własne światła — kaganki z tym samym wątłym, ciepłym płomieniem, olejem pachnącym grzybami — i hala stała się granatowa i złota, jak szkatułka wyłożona atłasem. Wtedy właśnie, w tej pierwszej granatowej godzinie, zobaczyłem kondukt.
Szedł środkiem dolnej ulicy, wąski i cichy. Czworo ludzi niosło na ramionach mary — ciało owinięte w płótno tak szczelnie, że wyglądało jak jeszcze jeden worek zboża, oszczędne nawet w tym. Za marami szła starsza kobieta z kagankiem, a za nią — i tego nie zrozumiałem najpierw — młoda para. Szli, trzymając się za ręce, tak mocno, że aż pobielały im palce, i mieli twarze, na które nie umiałem patrzeć, bo było na nich za dużo rzeczy naraz: żałoba, owszem, prawdziwa, mokra żałoba — i pod nią, na samym dnie, coś, co wyglądało jak zawstydzone święto. Ludzie na ulicy przystawali. Niektórzy spluwali przez ramię, tym szybkim, wstydliwym gestem, który znałem już z ruin. A potem — widziałem to wyraźnie — podchodzili do młodej pary i dotykali ich ramion. Nie ściskali. Dotykali, jednym palcem, dwoma, jak dotyka się czegoś, co się dopiero zaczyna.
Na końcu ulicy czekał urzędnik w szarej szacie, z małą wagą przy pasie. Skłonił się marom. Potem wyjął z rękawa kamienny żeton i położył go na otwartej dłoni młodej kobiety, i zamknął jej palce na nim oburącz, ceremonialnie, jak zamyka się wieko.
— Co on jej dał? — spytałem cicho.
— Pozwolenie — powiedziała Tamila.
— Na co?
— Na dziecko. — Patrzyła na kondukt, nie na mnie, i głos miała taki jak zawsze, równy jak jej komendy. — Miasto nosi tylu ludzi, ilu uniesie woda. Ani jednego więcej. Chcesz urodzić — czekasz, aż ktoś umrze. Życie za życie. Ta dwójka czekała cztery lata; stary Herven umierał długo i uczciwie ich uprzedził. Będą dobrze wspominać jego imię. Dziecko dostanie je po nim.
Kondukt skręcił w dół, ku bramom, o których nie wiedziałem, dokąd wiodą. Stałem i przetrawiałem to tak, jak przetrawia się cios w brzuch: najpierw nic, potem wszystko. Zgroza — bo była w tym zgroza, w żetonie z kamienia, w kolejce po własne dziecko, w mieście, które liczy ludzi jak krople. Podziw — bo ci ludzie patrzyli swojemu pragnieniu prosto w twarz i nie kłamali sobie ani kropli, a ja pochodziłem z miasta, które kłamało sobie nawet w księgach zbożowych. I wstyd — najgorszy z całej trójki — wstyd, że podziw w ogóle przyszedł, że stałem nad cudzym prawem, od którego włos się jeży, i myślałem: jakie to czyste.
U nas rodzi się, ile chce. U nas głód robi za urzędnika.
Nieopodal, przy poidle niższej studni, pracowały dzieci — ustawione w łańcuszek, podawały sobie z rąk do rąk miedziane tafle do mycia, tafla za taflą, i śpiewały do rytmu tej roboty: wysoko, kołowo, tą ich miękką, przetaczającą się mową, w której melodia niesie więcej niż słowa. Praca szła równo jak pieśń albo pieśń jak praca — nie umiałem rozstrzygnąć, co tu było kołem, a co wodą. Spytałem, o czym śpiewają, bo chciałem myśleć o czymkolwiek innym niż żeton.
— To pieśń do liczenia. — Tamila słuchała przez chwilę z głową lekko przechyloną. — Kropla pierwsza dla umarłego. Kropla druga dla żywego. Kropla trzecia dla tej, która widzi. Kropla czwarta dla miasta, które śpi. Dalej… — urwała. — Dalej to już samo liczenie. Kto się pomyli w rachunku, zaczyna od początku. Przy tej pieśni nie myje się tafli dwa razy.
— „Ta, która widzi"? — powtórzyłem. — Kto to?
— Kiedyś się dowiesz — powiedziała.
Odwróciła głowę. Nie wiem, co było w jej spojrzeniu, bo trwało krócej niż oddech; wiem, że dzieci właśnie wtedy pomyliły rachunek i zaczęły od nowa, a ona powiedziała: „Stara pieśń. Chodź, panie z Arveny, kuźnie o tej porze najładniejsze" — i już szła, a ja już szedłem za nią, jak od dwóch tygodni, w rytmie jej kroków, które nigdy na nikogo nie czekały i zawsze były pewne, że nadążę.
Kuźnie były najładniejsze o tej porze. Były też najstraszniejsze, ale to zrozumiałem powoli, po kolei, tak jak chciała.
Ciepło zaczęło wracać, im niżej schodziliśmy — nie ciepło słońca, inne, suche, spodnie ciepło, bijące z samego kamienia. Tamila powiedziała, że góra jest ciepła w środku jak zwierzę i że trzeba tylko wiedzieć, gdzie przyłożyć rękę; że najgłębsze hale grzeje się samą głębokością, a najgorętsze żyły kamienia oddano hutom. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Wiem, co widziałem: hale, w których ogień pracował w kamiennych gardzielach jak zaprzęgnięty, dmuchawy poruszane wodą ze spadku — woda pracowała tu dwa razy, raz spadając, raz wracając, wszystko wracało, nic nie ginęło — i ludzi przy kowadłach, uderzających w rytmie tak zgodnym, że brzmiało to jak jedna ręka.
A potem podeszliśmy do stołów z gotową robotą i przestałem myśleć mądre rzeczy o dmuchawach.
Leżały tam narzędzia. Dłuta, których krawędź łapała światło kaganka w jedną nieprzerwaną nić; piły o zębach drobnych jak u ryby; cyrkle i przymiary z metalu barwy głębokiej wody, pokrytego falistym, pływającym wzorem, jakby ktoś zamroził dym. Wziąłem do ręki dłuto — samo wskoczyło mi w dłoń, wyważone tak, że nie ważyło nic — i zobaczyłem, że Bors stoi obok i patrzy na nie, jak się patrzy na cudzą żonę.
— Weź — powiedziała Tamila.
Bors cofnął rękę.
— Takim dłutem — powiedział ochryple — to nawet ja bym umiał. — I po chwili, ciszej, z goryczą dwudziestu lat: — Całe życie myślałem, że to ręka. A to było dłuto.
— Nie — odparła Tamila, i było to najłagodniejsze „nie", jakie u niej słyszałem. — Ręka. Dłuto tylko nie przeszkadza.
Z kuźni przeszliśmy do hal cichszych, gdzie pracowało się przy lepszym świetle — luster było tu więcej i wisiały niżej. W pierwszej szlifowano kamienie. Siedzieli tam ludzie starzy i młodzi, każdy nad swoim warsztatem z kołem z mokrego piaskowca, i obracali w palcach ziarna ognia: czerwone, zielone, niebieskie po granat nocy, i takie, których nazwać nie umiałem — kamień jak kropla wody, w środku której pali się druga, mniejsza kropla. Szlifierz brał taki kamień, oglądał go pod światłem długo, czasem przez pół pacierza, i dopiero potem przykładał do koła — a czasem nie przykładał wcale, odkładał do innej miski, i Tamila wyjaśniła, że są kamienie, którym się nie przerywa, bo natura zaczęła je szlifować pierwsza i robiła to lepiej.
W drugiej hali leżało złoto.
Mówię „leżało", bo nie umiem powiedzieć o nim nic mądrzejszego. U nas złoto się zamyka. Za kratą, za pieczęcią, za trzema podpisami; mój ojciec trzymał w skarbcu godność księstwa i klucz nosił przy sobie nawet w łaźni. Tutaj sztaby leżały na kamiennych regałach jak bochny w piekarni, policzone — wszystko tu było policzone — ale nie strzeżone; przechodzili obok ludzie z narzędziami i nikt nawet nie zwalniał kroku. Dwóch odlewników przelewało płynny metal do płaskich form — na tafle i oprawy do luster, wyjaśniła Tamila, bo złoto jako jedyne nie śniedzieje: lustro z miedzi trzeba polerować co tydzień, żeby nie zgasło, lustro ze złota poleruje się raz, przy narodzinach, i świeci potem dłużej niż ród, który je odlał. Najstarsze tafle w szybach wisiały podobno od czterech stuleci i nikt ich w tym czasie nie dotknął szmatką. Złote lustra. Do spuszczania słońca pod ziemię.
— A pieniądz? — spytałem. — Czym płacicie?
— Pracą. — Tamila wzięła z regału sztabkę i podała mi ją, jak podaje się gościowi jabłko. Była cięższa, niż pamiętałem z domu; a może to ja trzymałem ją inaczej. — Praca robi wodę, woda robi życie. Złoto nie robi niczego. Ładnie leży. — Uśmiech przeszedł jej spodem, jak zawsze. — Wasz świat oddaje za nie stal, wełnę, zboże, statki. Bardzo długo nie mogliśmy w to uwierzyć. Najlepszy interes w dziejach: sprzedajemy wam ładne leżenie.
Odłożyłem sztabkę na regał ostrożnie, jakby mogła się obudzić. Pomyślałem o naszych księgach, o długach księstwa spisywanych właśnie w tym metalu, o wszystkim, co w domu mierzy się złotem: honor, panna, ziemia, przebaczenie. Ładne leżenie. Trzeba było przejść pustynię, żeby usłyszeć najkrótszy opis mojego świata.
Przy ścianie stały stojaki z bronią i tam zobaczyłem miecze. Nie chcę o nich pisać jak chłopiec, ale byłem przy nich chłopcem: ostrza długie i wąskie, z tym samym pływającym wzorem, lekkie jak trzcina i sprężyste jak przysięga; Tamila pozwoliła mi wziąć jedno i przeciąć zwisający pas surowego płótna, i ostrze przeszło przez nie tak, że płótno jeszcze przez chwilę wisiało całe, zanim zauważyło, że jest przecięte. W Arvenie za taki miecz oddano by ulicę. Może dzielnicę.
I wtedy, dwa stoły dalej, zobaczyłem skrzynie. Znajome skrzynie, znaczone kredą, gotowe w drogę na północ. Leżały w nich miecze — inne. Proste, ciężkie, poprawne. Dobra stal, powiedziałby zbrojmistrz mojego ojca, solidna południowa robota, najlepsza, jaką można kupić. Wziąłem jeden w prawą rękę, trzymając tamten, pierwszy, w lewej, i różnica była taka, jak między koniem a opowieścią o koniu.
Spojrzałem na Tamilę. Nie odwróciła wzroku — ona nigdy nie odwracała wzroku, zdążyłem się nauczyć, że to ja będę odwracał — i nie udawała, że nie rozumie, co trzymam i co z tego wynika.
— Sprzedajecie nam gorsze — powiedziałem.
— Sprzedajemy wam takie, jakich się spodziewacie — odparła. — Kto kupuje u głodnych, chce tandety. Tandeta go uspokaja. — Wzruszyła ramionami, tym swoim krótkim ruchem, jak zrzucenie piasku. — Gdybyśmy sprzedali wam to — wskazała ostrze w mojej lewej ręce — zaczęlibyście się zastanawiać, co jeszcze umiemy. A od zastanawiania blisko do liczenia. Wasze Imperium bardzo nie lubi liczyć rzeczy, które mu się nie zgadzają.
Mówiła to wszystko głośno. Zwyczajnie. Przy Sefie, przy swoich, przy Borsie, przy Cichym, który stał o trzy kroki i słyszał każde słowo — Cichy, człowiek mojego ojca, który miał wrócić i opowiedzieć, człowiek z rzemieniem pełnym węzłów. Zauważyłem to już przy studni, przy normach, przy zbożu: ona nie ściszała głosu. Nigdy. Pokazywała nam spichrze, rachuby, słabość i siłę swojego miasta, jakby czytała na głos z otwartej księgi, i przez cały dzień coś mi to przypominało, a teraz, przy skrzyniach, przypomniało do końca: tak mówi się przy ludziach, których słowa nigdzie już nie pójdą. Odsunąłem tę myśl. Przyszła z powrotem, posłuszna jak pies, i usiadła.
— Mówisz przy moich ludziach rzeczy — powiedziałem wolno — których u nas nie mówi się przy nikim.
— Prawda to nie tajemnica — odparła Tamila. Wzięła ode mnie oba miecze, ten prawdziwy i ten dla nas, i odłożyła każdy na swoje miejsce, równo, ostrzami w jedną stronę. — Prawdę można rozdawać. Wraca z procentem.
— A co jest tajemnicą?
Przez moment — jeden, jedyny moment tego dnia — miałem wrażenie, że pytanie ją ucieszyło.
— Dzień — powiedziała.
Nie spytałem który, bo w tej samej chwili Bors zapytał o dmuchawy i rozmowa poszła tam, gdzie chciał Bors, a może tam, gdzie chciała ona. Handel, tłumaczyłem sobie, idąc za nimi. Dzień, w którym skończy się czekanie na dziedzica. Terminy dostaw. Cokolwiek, co mieści się w księgach. Nosiłem przy sobie pełną sakwę takich tłumaczeń i sięgałem po nie coraz sprawniej.
Cichego znalazłem wzrokiem przy wyjściu z kuźni. Stał pod ścianą i nie wiązał węzłów. Rzemień wisiał mu u pasa, gładki od samego rana — bo co miał liczyć? Kroki w spirali? Zakręty w mieście, które ma trzy wymiary i wszystkie w ciemności? Patrzył w halę tym swoim płaskim spojrzeniem i po raz pierwszy, odkąd wyszliśmy z Arveny, wyglądał na człowieka, który nie ma czym zapisać tego, co widzi. Zabraliśmy z domu miary na cały świat. Tutaj żadna nie sięgała dna.
Na kolację dostaliśmy ryby ze studni — ślepe, białe, o smaku tak czystym, że aż obcym — i chleb, którego pochodzenie znałem już po prostu jako ból, i owoce tych świecących pnączy, słodkie, z ziarnkami jak iskry. Jedliśmy na tarasie wysoko nad halą, przy niskim kamiennym stole, na poduszkach z wielbłądziej wełny. Jej ludzie odeszli po kolei, każdy z ukłonem w jej stronę — nie dworski to był ukłon, krótszy i prawdziwszy — Bors zasnął w izbie obok, zanim skończył zdanie o dmuchawach, Sef rozpłynął się tak, jak tylko on umiał. Zostaliśmy we dwoje przy kagankach, nad miastem, które ściemniało w dole plama po plamie, aż zostały tylko punkty świateł, odbite w czarnym oku wielkiej studni jak gwiazdy.
Pierwsze niebo, pomyślałem, jakie to miasto ma na własność.
— Ile jest takich miast? — spytałem.
Tamila obracała w palcach swój znaczek od wody, brązowy, wytarty jej własnym kciukiem.
— Kilka — powiedziała.
— Jak się nazywają?
— Nazwy są dla map. — Spojrzała na mnie znad znaczka i uśmiech chodził jej pod skórą tym swoim spodem, jak woda pod piaskiem. — Map nie dajemy, panie z Arveny. Nawet ładnym gościom.
Zanotowałem w duchu „ładnym" z gorliwością, której się po sobie wstydziłem, i brnąłem dalej:
— A tamto miasto? Z pieśni. „Miasto, które śpi". Urwałaś przy nim tak, jak się urywa przy drzwiach do dalszych pokoi.
— Bo to są drzwi do dalszych pokoi. — Odłożyła znaczek. Przez chwilę patrzyła w dół, na studnię, i kiedy się odezwała, głos miała inny. Niżej nastrojony. — Żebyś rozumiał, panie z Arveny: my nie mieszkaliśmy pod ziemią. — Powiedziała to spokojnie, ale coś pod tym spokojem stało na baczność. — Miasta, które znasz z pieśni i ruin, stały pod niebem — ogromne, piękne, majestatyczne, przy rzece i kanałach. W dół zeszliśmy dopiero wtedy, kiedy rzeka wyschła; wszystko, po czym dziś chodzisz, studnie, tarasy, lustra — wszystko to jest młodsze niż nasza żałoba. Kopie się tam, gdzie w głębi płynie nitka. Gdzie nie płynie, nie ma nic.
Umilkła na chwilę. Dzban stał między nami pusty.
— Ale jedno miasto — podjęła — jedno jedyne na całym południu zbudowano pod ziemią jeszcze za czasów rzeki. Na pustyni, która była pustynią nawet wtedy; pod nią nie płynęło nic, żadna żyła, najcieńsza nawet nitka. Więc ją doprowadzili. Odbili jedną nitkę od rzeki, sztucznie, kanałem kutym w głębi przez pokolenia, i zawiesili miasto na tej jednej żyle jak klejnot na łańcuszku. Zbudowane w dół jak wszystkie obecne — ale piękniej niż wszystkie, bo nie z potrzeby, tylko z rozmachu. Piasek mu nic nie zrobił. Piasek go nawet nie dosięgnął. — Podniosła oczy. — A potem tama odcięła wodę i nitka umarła pierwsza, bo była najdłuższa i najcieńsza. Musieli je opuścić. Całe. Nietknięte. Stoi tam do dziś, pełne i puste naraz. Kiedyś ci je pokażę. Nie teraz. Na tamto miasto trzeba zasłużyć.
— Czym?
— Zrozumieniem — powiedziała po prostu. — Teraz jeszcze patrzysz na nas jak na cud. Cud to jest coś, co się podziwia i zostawia. Chcę, żebyś najpierw zobaczył rachunek. Kto widział rachunek, ten nie zostawia.
Powinienem był wtedy spytać: czego ode mnie chcecie, poza handlem? Pytanie leżało na stole między nami, obok chleba z ziarna mojego ojca; widziałem je wyraźnie. Ale ona wyciągnęła rękę i tym jednym ruchem sprzątnęła ze stołu wszystko — nalała mi wody, resztkę ze swojego dzbana, do dna, i odsunęła dzban, i powiedziała:
— Dopij.
— To twoja norma.
— Wiem, czyja.
Wypiłem. Trzy rzeczy naraz — miałem w tym już wprawę: wodę, dług i coś trzeciego, ciepłego, od czego dług wydawał się lekki. Zapytałem — żeby cokolwiek powiedzieć, a może dlatego, że nosiłem to pytanie od samych wrót — kim właściwie jest. Kim jest kobieta, przed którą brama z brązu otwiera się, zanim zdąży zapukać; której składa się ukłony krótkie i prawdziwe; która stoi w kolejce do wody za praczką — i nikt nie śmie zrobić jej miejsca, bo wszyscy wiedzą, że go nie przyjmie.
— U was mówi się na to: księżniczka — powiedziała.
Powiedziała to tak, jak podawała wodę: bez ceremonii i do dna. Siedziałem z tym przez chwilę jak człowiek, któremu pod nogami przestawiono schody. Księżniczka. Południe przysłało po syna książęcego domu nie posła, nie kupca, nie przewodnika — przysłało własną krew, i ta krew szła przez pustynię pierwsza, spała na kamieniu i piła ostatnia. Spróbowałem sobie wyobrazić, że mój ojciec posyła po kogoś przez góry mnie — i wyobraźnia oddała mi tę myśl nietkniętą, jak monetę, której nie umie rozmienić.
— Pytaj dalej — dodała. — Widzę, że masz w ustach drugie pytanie.
Miałem. Wtedy opowiedziała mi o swoim urodzeniu — spokojnie, bez wstępu.
— Prawo jest jedno dla wszystkich, bo inaczej nie jest prawem, tylko przywilejem, a przywileje piją dużo — powiedziała. — Czekano na mnie sześć lat. Umarła moja babka. Wielka kobieta; miasto nosiło po niej żałobę rok. Urodziłam się, bo ona umarła — życie za życie, jej za moje. — Patrzyła przy tym na swoje dłonie, nie na mnie. — Kiedy byłam mała, myślałam, że to ciężar. Że noszę cudzą śmierć jak za duży płaszcz. Potem zrozumiałam, że to posag. Nie urodziłam się „po prostu", jak wy się rodzicie, ile popadnie. Urodziłam się na miejsce. A kto ma miejsce, ten ma i kierunek.
— I nigdy nie chciałaś innego? — spytałem. — Kierunku?
— A ty?
Pomyślałem o Arvenie. O radzie, o księgach, których nie chciałem czytać, o krześle po ojcu, które czekało na mnie jak pułapka z poduszką, o wszystkich moich ucieczkach w karty, w gołębie, w cudze łóżka — o całym moim wielkim, pracowitym nie-chceniu, z którego śmiało się pół dworu. Śmiałem się razem z nimi; taniej wychodzi. A pod spodem, niżej, niż sięgały żarty, siedziało od dziecka to samo zdanie, któremu nigdy nie pozwoliłem wyjść na światło: nie wybrałem niczego. Ani miasta, ani krzesła, ani żony — dobrej, mądrej żony, która też niczego nie wybrała, i może dlatego jako jedyna w tym mieście nigdy się ze mnie nie śmiała.
— Nie dano mi nawet znienawidzić mojego miejsca porządnie — powiedziałem. — Zawsze ktoś przychodził i mówił, że to zaszczyt.
Tamila skinęła głową, powoli, jak się kiwa nad dobrze zagraną kartą.
— Widzisz — powiedziała. — A mnie nikt nie musiał mówić.
Siedzieliśmy potem długo bez słów, nad jej miastem pełnym policzonych kropel, i było to najlepsze milczenie, jakie zdarzyło mi się z drugim człowiekiem od bardzo dawna — może dlatego, że oboje milczeliśmy o tym samym, a może dlatego, że tak dobrze umiała milczeć o czym innym. Kaganek między nami syczał na grzybowym oleju. W pewnej chwili sięgnęła i przesunęła go — o piędź, nie więcej — tak, żeby światło nie stało mi w oczach. Drobiazg. Nikt nie robi takich drobiazgów przypadkiem; wiedziałem to najlepiej na świecie, bo sam grywałem takimi drobiazgami całe życie. Wiedziałem — i pozwoliłem, żeby zadziałał. Cała prawda o mnie tego wieczoru: widziałem sieć i podziwiałem splot.
— Pokaż ręce — powiedziała nagle.
Nie spytałem po co; przy niej pytania „po co" umierały w połowie drogi. Podałem jej dłonie, obie, wnętrzem do góry, jak do wróżby. Wzięła je — palce miała chłodne od dzbana i pewne jak wszystko w niej — i przejechała kciukiem po świeżych zgrubieniach, po pęcherzach od liny, po śladzie rzemienia. Robiła to wolno. Stanowczo za wolno, żeby chodziło o skórę, i oboje o tym wiedzieliśmy, i żadne z nas nie zamierzało tego mówić na głos.
— Ręce panicza — orzekła w końcu. — Ale już kłamią, że nie.
— To dobrze czy źle?
— To ciekawie. — Puściła moje dłonie o pół oddechu później, niż było trzeba. Ten pół oddechu poszedł ze mną potem do izby i położył się obok. — Wyśpij się, panie z Arveny. Jutro wieczorem przyślę po ciebie.
— Po co?
— Zobaczysz. — Wstała jednym ruchem i już od schodów, nie odwracając głowy, dodała: — Widziałeś koloseum. To wystarczy.
Nie zrozumiałem. Zdążyłem się nauczyć, że przy niej niezrozumienie jest stanem przejściowym między jednym zdumieniem a drugim — więc nie pytałem. Ale zasypiając słyszałem to jeszcze raz, jej głosem, równym jak komenda: widziałeś koloseum. To wystarczy. Do czego, księżniczko?
Izba, którą mi dano, była wykuta w skale: prycza w niszy, kamienna półka, kaganek, żadnego okna, bo cóż miałoby być za oknem — góra. Grube wrota z brązu miały rygiel od środka, czego nie umiałem rozstrzygnąć: grzeczność to czy drwina. Leżałem w ciemności, w najprawdziwszej ciemności mojego życia, i słuchałem miasta. Przez kamień szedł puls kołowrotów, daleki, równy; gdzieś woda mówiła coś wodzie; raz, bardzo daleko, zaśmiał się człowiek.
Spałem kiedyś w celi. Dawno. Była zimna i kamienna jak ta izba, ale we dwoje — i tego się trzymała cała tamta zima: że po drugiej stronie stołu ktoś siedział. Nauczyłem się wtedy gry, w którą gra się bez kart i bez kości: przynosi się drugiemu świat w opowieściach, kawałek po kawałku, wieczór po wieczorze, i z tych kawałków buduje się dom tam, gdzie domu nie ma. Byłem w tej grze dobry. Byłem w niej może najlepszy w całym moim nie-wybranym życiu.
I teraz leżałem pod pustynią z pełnymi rękami. Miasto w kamieniu, miedziane słońce, chuda nitka, ślepe ryby, żeton na dziecko, miecz, który tnie płótno tak, że ono tego nie zauważa — dzień jak skarbiec, po brzegi, aż ciążył. Zbierałem go od rana tak, jak zbiera się dla kogoś: to jej opowiem najpierw, od tego zacznę, tu zawieszę głos, tu ona powie „kłamiesz", a ja przysięgnę, że nie. Stary odruch, starszy niż rozum. Dopiero w ciemności przyszła za nim prawda, cicha, rzeczowa jak Sef: wszystko, co tu widzę, mam opowiedzieć jednemu człowiekowi, i nie będzie to ona.
Leżałem długo. Miasto biło pode mną swoim jawnym sercem, policzone co do kropli, i w całym tym rachunku nie było ani jednej miary na to, co wiozłem w sobie przez góry i czego przybywało mi z każdym dniem, im było piękniej. Nazwałbym to, gdybym umiał. Nie nazwałem.
Zasnąłem, zanim skończyłem nie nazywać.