III · Klacz na targu

Umarli nie kłamią · rozdział trzeci

Klacz na targu

czytania

Wieś Rasty obeszliśmy łukiem, po ciemku, prowadząc konie przez ugory — Will z Elą w ramionach, ja ze śpiącym Miko przy piersi, przywiązanym chustą tak, jak noszą dzieci kobiety z portu. Psy szczekały za nami jeszcze długo, ale szczekanie to nie pogoń; pogoń ma pochodnie, a za nami była tylko ciemność. Dopiero na trakcie, kiedy pierwsze światło oddzieliło niebo od gór, Will pozwolił nam przystanąć.

— Jak mu na imię? — spytałam Elę, poprawiając chustę. Mały spał z policzkiem na moim obojczyku, ciepły jak bochenek prosto z pieca, i przez ten ciężar na piersi wszystkie moje przemyślenia o świecie robiły się dziwnie proste.

— Miko. — Ela sięgnęła i odgarnęła mu włosy z czoła jednym palcem, ostrożnie, jakby wciąż nie wierzyła, że wolno jej to robić przy świadkach. — Po moim dziadku. Mąż chciał imienia klanowego, po swoim ojcu. Jedyny raz w życiu postawiłam na swoim. — Uśmiechnęła się do własnych połamanych paznokci. — Zapłaciłam za to tygodniem milczenia i do dziś uważam, że tanio.

Tak się zaczęło. Od imienia. Potem już nie umiałyśmy przestać.

Wóz zdobyliśmy drugiego dnia, w osadzie garncarzy nad strumieniem — Will zniknął z dwiema monetami i wrócił z furą o wysokich burtach, wyładowaną do połowy słomą i pustymi glinianymi dzbanami, które dzwoniły na wybojach jak stado kulawych dzwonków. „Wieziemy naczynia na targ do Arveny" — powiedział, i była to najlepsza przykrywka, jaką można kupić za dwie monety, bo nikt na całej północy nie zagląda pod słomę między dzbany, w których nic nie ma. Ela z Miko dostali gniazdo w słomie; konie szły przywiązane za wozem; Will powoził, a ja siedziałam obok niego na desce, w kapturze siostry Lily, i uczyłam się świata w tempie wozu — czyli, po raz pierwszy, we właściwym.

Śpieszyliśmy się. Wóz nie wiedział o tym nic.

I może to było najdziwniejsze w tych dniach: że pod całym strachem — a bałam się, liczyłam dni postu na palcach przy każdym rozstaju — płynęło coś powolnego i gęstego jak miód, czego nie umiałam nazwać inaczej niż: życie. Prawdziwe, cudze, moje. Pierwsze w całym moim dwudziestosiedmioletnim byciu na świecie.

Wóz o wysokich burtach ze słomą i dzbanami na polnej drodze w popołudniowym słońcu. W słomie ciemnowłosa kobieta ze śladami siniaków, obok jasnowłosa w czarnym płaszczu, między nimi śpi mały chłopiec. Przy koniach idzie barczysty mężczyzna.
Śpieszyliśmy się. Wóz nie wiedział o tym nic.

Ela zaczęła opowiadać trzeciego dnia, pod wieczór, kiedy Miko obudził się na dobre.

Obudził się tak, jak budzą się dzieci: nagle i w całości, bez tej szarej granicy, przez którą dorośli przeciągają się jak przez błoto. Usiadł w słomie, popatrzył na matkę, na mnie, na plecy Willa, na dzbany — i zadał pytanie, które w jego sytuacji zadałby każdy rozsądny człowiek:

— Mamo. A gdzie jest morze?

Ela zamarła. Widziałam, jak w niej pęka — bo ostatnie, co ten chłopiec pamiętał, była plaża, łódź i fiolka podana przez matkę — i widziałam, jak się skleja z powrotem, w pół oddechu, tak jak skleją się tylko matki.

— Morze zostało za nami, skarbie. Płyniemy teraz na wozie. — Głos miała równy jak stół. — Widzisz? Fale ze słomy.

— A tata?

— Tata został przy morzu.

Miko pokiwał głową z powagą pięciolatka, który rozumie dokładnie tyle, ile trzeba, żeby nie płakać, i ani odrobiny więcej. Potem znalazł wzrokiem najciekawszą rzecz w zasięgu — dzban — i wsadził w niego rękę po łokieć, i tyle było z wielkich pytań. Dzieci mają litość, której dorośli nie mają: zadają pytania po kolei, nie wszystkie naraz.

Ale tej nocy, przy ogniu, kiedy mały spał w słomie zawinięty w płaszcz Willa, Ela usiadła przy mnie i zaczęła mówić — cicho, w ogień, tak jak mówi się rzeczy, które przez lata leżały pod kamieniem.

— Nie zapytałaś ani razu, skąd jestem. — Obracała w palcach źdźbło słomy. — Wszyscy tutaj pytają od razu. Po akcencie słyszą, że nie jestem stąd.

— Jestem z zakonu — powiedziałam ostrożnie. — U nas nie pyta się, skąd kto przyszedł. Tylko dokąd idzie.

— Ładna zasada. — Uśmiechnęła się bez wesołości. — Jestem z Kastmaru, siostro Lily. Urodziłam się w cieniu tamy.

I wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Kastmarze od kogoś, kto znał go nie z mapy.

Ogromne miasto zbudowane na kolosalnej kamiennej tamie w przełęczy. Po jednej stronie zbiornik wielki jak morze z setkami czerwonych żagli, po drugiej suchy wąwóz i dolne miasto w kurzu.
Kastmar to dwa nieba, siostro.

— U was mówi się „miasto w przełęczy", prawda? Jakby to była brama i nic więcej. — Pokręciła głową. — Kastmar to dwa nieba, siostro. Stajesz na murze koronnym, patrzysz na północ — i widzisz wodę po horyzont, zbiornik wielki jak morze, po którym statki chodzą setkami, z żaglami czerwonymi od cesarskich znaków. Odwracasz głowę na południe — i widzisz kurz. Suchą ziemię aż po krawędź świata, białą jak kość, z drogą, po której nie jeździ nikt. Dwa nieba, jedno miasto pośrodku. Dzieci w Kastmarze bawią się w taką grę: stają na murze, jedno patrzy na wodę, drugie na kurz, i kłócą się, które widzi prawdę. — Umilkła na chwilę. — Ja zawsze wybierałam kurz. Matka mnie za to biła po rękach. Mówiła, że przyzwoite dziewczynki patrzą na wodę.

— Dlaczego kurz? — spytałam, choć coś we mnie już wiedziało, że ta odpowiedź będzie ważna.

— Bo nad kurzem wisiały obrazy. — Spojrzała na mnie, sprawdzając, czy rozumiem; nie rozumiałam. — W pałacu cesarskim, siostro, we wszystkich salach, wiszą obrazy stare jak świat. Malowane, zanim wyschła rzeka. Miasta na wodzie, ogrody na dachach, wieże, przy których wasz klasztor to kapliczka przydrożna. Południe, jakie było kiedyś. Nie wolno ich zdejmować — to jedno z żelaznych praw, nikt nie pamięta czemu, prawa się u nas nie pyta o powód. Jako dziecko byłam raz z ojcem w salach urzędowych i zobaczyłam taki obraz z bliska. Miasto ze złotymi mostami. Zapytałam ojca, gdzie to jest. A on się rozejrzał, czy nikt nie słyszy, i powiedział: „Nigdzie, córeczko. Już nigdzie". — Wrzuciła źdźbło do ognia. — Całe moje dzieciństwo to były te dwa słowa. Już nigdzie. Miasto, które siedzi na skarbcu świata i wiesza na ścianach rzeczy, których nie wolno oglądać za długo.

Słuchałam i czułam, jak mapa w gabinecie Filipa — ta z Kastmarem wielkości paznokcia — rośnie mi w głowie do rozmiarów, których się bałam. Wypytywałam ją sposobem Willa na drzazgi: po kawałku. O procesjach przy tamie, kiedy kapłani błogosławią śluzy, a całe miasto wstrzymuje oddech — bo w Kastmarze dzieci uczą się przed alfabetem jednego: że wszystko, co masz, wisi na jednej ścianie, i że tej ściany nie wolno ani nienawidzić, ani kochać za głośno. O grze dzieci: „kiedy rzeka wróci, będę…" — i każde dziecko kończy inaczej, a dorośli na to milczą tak, jak u nas milczy się przy moim nazwisku.

— A potem mnie wydano — powiedziała Ela, kiedy ogień przygasł. — I skończyło się patrzenie na kurz.

— Za Vargana. — Nie było to pytanie.

— Za sojusz. — Wymówiła to słowo tak, jak wymawia się nazwę choroby. — Mój ród służy przy dworze od pokoleń; jesteśmy dość blisko tronu, żeby nas używać, i dość daleko, żeby nas nie żałować. Cesarstwu zależało na klanach. Na ich toporach, na ich górach, na ich… położeniu. — Zawahała się; pierwszy raz tego wieczoru dobierała słowa jak ktoś, kto idzie po lodzie. — Mówiło się o wojnie, siostro. Nie przy mnie — przy mnie nigdy — ale ściany w Kastmarze są stare, a stare ściany słyszały już tyle, że nie chce im się dobrze trzymać nowych sekretów. Klany miały być młotem. Ktoś inny — kowadłem. Wydano mnie, żeby przypieczętować rękojeść.

— Kowadłem — powtórzyłam. Ogień strzelił; oba nasze cienie skoczyły po burcie wozu. — Kto?

— Nie wiem. Słyszałam raz jedno słowo przez drzwi, dawno, jeszcze przed ślubem. — Wzruszyła ramionami, zmęczona nagle, jakby opowieść zjadła jej resztkę sił. — Nazwa jakiegoś miasta na nizinach. Nie zapamiętałam. Miałam dziewiętnaście lat i własne zmartwienia: pakowano mnie właśnie w skrzynię z posagiem.

Skłamała. Zrozumiałam to po tym, jak gładko przeszła dalej — tak gładko przechodzi się tylko nad dziurami, które się zna. Zapamiętała tę nazwę. I nie chciała jej wypowiedzieć przy zakonnej siostrze z Arveny — może z litości, może ze strachu, może z jednego i drugiego. A ja siedziałam w swoim kapturze, z twarzą spokojną jak nauczono, i czułam zimno pełznące po krzyżu, bo nie potrzebowałam, żeby wypowiadała tę nazwę. Miasta na nizinach przyległe do gór są na tym świecie dokładnie jedno.

Młot i kowadło. Klany od gór, Imperium od morza. A pośrodku — dom, do którego wracałam na urwanie szyi, żeby zdążyć na własną żałobę.

— Wrócę tam — powiedziała jeszcze Ela, już kładąc się przy synu. — Do Kastmaru. Muszę. Moja rodzina myśli, że jestem szczęśliwą żoną pana klanów; mój ojciec pił za moje zdrowie na każde przesilenie. Wrócę i opowiem im wszystko — co to był za człowiek, co robił, czym jest ten sojusz, który przypieczętowano moją skórą. — Jej głos stwardniał w ciemności. — Pomożecie mi? Wiem, że nie mam prawa prosić o nic więcej. Ale wy dwoje wyciągnęliście mnie spod kamienia. Wyciągnijcie mnie jeszcze z tego kraju.

Powiedziałam: pomożemy. Powiedziałam to od razu, ciepło, bez wahania — i leżałam potem pół nocy z otwartymi oczami, rozbierając własne słowo na części. Bo pomóc jej znaczyło odesłać do stolicy Imperium kobietę, która widziała nasze twarze, która zna imię Willa, która opowie tam wszystko — a „wszystko" to także dwoje ludzi, którzy wyważyli kamienny grób w księstwie klanów. I nie pomóc jej nie umiałam, bo poiłam ją z manierki, kiedy miała wargi spękane od kamienia, a takich rzeczy się potem nie umie przeliczać na politykę. Chciałam jej pomóc i bałam się jej pomóc, jedno i drugie naraz, i żadne nie było mniej prawdziwe. Zaczynałam rozumieć, dlaczego Filip pije na bóle. Może wszyscy władcy piją na to samo: na rachunki, w których obie strony wychodzą źle.

Czwartego dnia drogi Miko odkrył, że Will jest górą, po której wolno się wspinać.

Nie wiem, jak do tego doszło. Rano mały siedział w słomie i bał się nas wszystkich po kolei, w południe jadł z mojej ręki suszone jabłka, a pod wieczór siedział Willowi na karku i sterował nim za uszy, wydając rozkazy kawaleryjskie, które Will wykonywał z powagą starego wachmistrza. Patrzyłam na to z deski wozu i coś mnie bolało pod mostkiem — to samo ciepłe kłucie co przy Hanie i Arturze, tylko mocniejsze, bo pomnożone przez obraz, którego nie miałam prawa sobie wyobrażać i który wyobrażał mi się sam: ten mężczyzna, jakieś dziecko, jakiś dom z oknami bez krat.

Obrączka ważyła tego dnia więcej niż zwykle.

Wieczorem, przy ostatnim ogniu przed Arveną — staliśmy w wierzbowym zagajniku nad starorzeczem, dwa dni drogi od murów — Miko nie chciał zasnąć. Wiercił się w słomie, marudził, płakał o tatę na plaży; Ela, szara ze zmęczenia, nosiła go po obozie i nic. I wtedy Will wziął go na ręce, ułożył sobie na przedramieniu jak w kołysce — pięcioletniego chłopa, jakby ważył tyle co kot — i zaczął nucić.

Melodia była prosta, kołysząca, na trzy takty, jak fala. Słów prawie nie było słychać — nucił bardziej, niż śpiewał — ale te, które słyszałam, były w tamtym twardym języku nie stąd, w języku od „hald fast". Miko ucichł w pół łkania, jakby ktoś przekręcił wihajster. Ela osunęła się na słomę z ulgą, od której zakręciło się jej w głowie.

Nocny obóz w wierzbach nad starorzeczem. Will bez kaptura, z jedną cienką starą blizną na policzku, nuci cicho, trzymając śpiącego Miko; obok ogień, po drugiej stronie Lilianna z ustami poruszającymi się bezgłośnie w takt.
Usta zrobiły to same.

A ja siedziałam przy ogniu i nagle, bezgłośnie, poruszyłam ustami w takt.

Nie zdecydowałam się na to. Usta zrobiły to same — tak jak dłoń sama zacisnęła się kiedyś na jego ramieniu w tunelu. Znałam tę melodię. Nie „słyszałam kiedyś" — znałam: wiedziałam, że po trzecim powtórzeniu przyjdzie ta wyższa nuta, i przyszła; wiedziałam, że ostatni wers opada jak liść, dwa razy, i opadł. Gdzieś we mnie, pod dwudziestoma jeden latami Arveny, ktoś śpiewał to nade mną w ciemności pachnącej solą i żywicą — i ja odpowiadałam.

Will urwał w pół nuty.

Patrzył na mnie ponad śpiącym dzieckiem i po raz pierwszy, odkąd go znałam, nie miał w twarzy nic gotowego — żadnego żartu w drodze, żadnej riposty na podorędziu. Tylko to nagie, ostrożne zdziwienie.

— Śpiewałaś drugi głos — powiedział cicho. — Tej kołysanki uczy się przy kołysce albo wcale. Nie śpiewa się jej poza Frostheimem. Skąd…

— Nie śpiewałam. Poruszałam ustami. — Usłyszałam własny głos: za szybki, za lekki. — Melodia jest prosta, sam mówiłeś, że łapię melodie. Węgiel może zaświadczyć.

— Lilio.

— Musiałam ją słyszeć w porcie. Od kupców. — Wstałam i zaczęłam bardzo starannie poprawiać koc na Miko, żeby mieć co robić z rękami. — Kupcy śpiewają różne rzeczy.

Nie naciskał. To było w nim najstraszniejsze i najlepsze zarazem: wiedział, kiedy nie naciskać. Ułożył małego w słomie, dołożył do ognia i usiadł po swojej stronie — o pół łokcia bliżej niż wczoraj, zauważyłam to, choć nie powinnam była mierzyć — i przez długą chwilę milczeliśmy nad tym, czego żadne z nas nie powiedziało.

— Pokażę ci coś — odezwał się w końcu, głosem, który zawierał rozejm. — Skoro i tak nie śpisz. Podnieś głowę.

Rozgwieżdżone niebo nad starorzeczem, Droga Mleczna w całej okazałości. U dołu kadru sylwetki dwojga ludzi leżących w słomie wozu; jedna ręka wskazuje gwiazdozbiór.
U was gwiazdy nazywają po bogach i po rybach. U nas inaczej.

Niebo nad starorzeczem było czarne i głębokie, wysypane gwiazdami tak gęsto, jak nigdy nie bywa nad miastem. Will uniósł rękę i zaczął rysować palcem po ciemności.

— U was gwiazdy nazywają po bogach i po rybach, słyszałem w porcie. U nas inaczej. Widzisz te cztery, w kwadrat, i piątą u dołu? To Sanie. Wiozą zimę z gór na doliny; jak stoją wysoko, mróz jeszcze pobędzie. Tam — Kotwica: sześć gwiazd i jedna jaśniejsza, w samym środku. — Jego palec prowadził mój wzrok jak dłoń prowadzi dłoń. — U nas mówi się, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę-kotwicę. Nie tę, pod którą się urodził — tę, do której wraca wzrokiem, kiedy jest daleko. Marynarze z Frostheimu wybierają ją sobie w dniu pierwszego rejsu i nie mówią nikomu której. Bo jak powiesz, mówią u nas, to już nie kotwica. To adres.

— A ty masz? — spytałam. — Kotwicę?

— Mam.

— Nie powiesz mi którą.

— Przecież właśnie ci tłumaczę, że nie. — W jego głosie wrócił uśmiech, ciepły i kpiący. — Ale mogę ci powiedzieć, że od jakiegoś czasu przestała być gwiazdą.

Cisza po tym zdaniu trwała trzy uderzenia serca. Włożył w nią całą swoją nonszalancję, jakby to był żart jak inne — i oboje wiedzieliśmy, że nie był. Powinnam była wstać. Powinnam była powiedzieć coś lekkiego, przeciąć, zamienić w śmiech; rok dworskiej tresury dawał mi do tego narzędzia. Zamiast tego patrzyłam w Kotwicę — sześć gwiazd i siódma, jaśniejsza — i kręciłam obrączkę na palcu, raz w jedną, raz w drugą, jakby to był zamek, do którego zgubiłam klucz.

— Will…

— Wiem. — Powiedział to miękko, zanim zdążyłam zbudować zdanie, którego i tak nie umiałam zbudować. — Masz męża. A ja mam zasady. Śmieszne, nie? — Zapatrzył się w ogień. — Cały zakon by nie uwierzył, że mam.

— Nie chciałam…

— Lilio. — Odwrócił głowę i spojrzał na mnie tym swoim spojrzeniem, które kładło karty na stole. — Nic się nie stało. Nic się nie stanie. Jutro wieczorem będziesz w swoim zamku, w swoim życiu, a ja będę adoratorem z listy, któremu wolno się kłaniać na dziedzińcu. Wszystko jest tak, jak ma być. — Wstał, otrzepał kolana i dodał, już odchodząc do koni, tak cicho, że mogłam udać, że nie słyszę: — Tylko że u nas w górach mówi się jeszcze jedno. Że kotwicy się nie wybiera. To ona wybiera.

Leżałam potem w słomie obok Eli i Miko, słuchałam oddechów tych dwojga uratowanych ludzi i oddechu tego jednego, którego nie wolno mi było ratować dla siebie — i myślałam, że Wincenty się myli. Najlepsze kłamstwa wcale nie są z prawdy. Najlepsze kłamstwa to te, które mówimy sami sobie: że wszystko jest tak, jak ma być.

Pojutrze, o brzasku — Arvena. Dziesiąty dzień postu. Ostatni. Jeśli nic się po drodze nie złamie.

IDA

Brzydki zamkowy pokój z okratowanymi oknami przy jednej świecy. Kobieta w żałobnej sukni siedzi na podłodze plecami do dębowych drzwi, kolana pod brodą, nasłuchując kroków.
A ona wciąż nie wracała.

Dziewiątego dnia postu zamek zaczął się szykować na dziesiąty — i nikt już nie udawał, że chodzi o żałobę.

Od rana pod moimi drzwiami przewijały się kroki, których nauczyłam się rozróżniać jak ptaków: drobne, potrójne — służki z tacą; ciężkie, równe — straż przy zmianie; i te nowe, od trzech dni coraz częstsze — miękkie podeszwy dworzan, którzy przechodzili tym korytarzem bez żadnego powodu poza jednym: posłuchać, czy dziedziczka za drzwiami jeszcze oddycha. Krawcowa zostawiła pod progiem suknię na radę — ciemną, ciężką, z kołnierzem pod szyję — z liścikiem od ochmistrzyni, że „przymiarka możliwa o każdej porze, panienko, wystarczy słowo". Nie odpowiedziałam. Suknia stała pod ścianą jak trzecia osoba w pokoju i patrzyła na mnie całym swoim krojem, który znałam lepiej niż własny: za tydzień skończę czterdzieści lat, z czego dwadzieścia przeżyłam w habicie, a i tak wiedziałam od pierwszego spojrzenia, że tę suknię szyto na kobietę, którą rada chce zobaczyć pokorną.

Po południu przyszedł sekretarz i przeczytał przez drzwi porządek posiedzenia — jutro w południe, ledwie kilka godzin po ostatnim brzasku żałoby. Słuchałam z czołem opartym o dąb i liczyłam punkty jak uderzenia: zaprzysiężenie dziedziczki wobec pełnej rady. Sprawa zaopatrzenia i silosów. Sprawa poselstwa cesarskiego, którego przybycie zapowiedziano na przesilenie. I punkt czwarty, odczytany tym samym suchym głosem co poprzednie: „wniosek kuzynów o uregulowanie stanu małżeńskiego następczyni".

Uregulowanie stanu małżeńskiego. Osiem sylab, w których zmieściło się całe targowisko.

A ona wciąż nie wracała.

Nocą leżałam w jej łóżku i robiłam to, czego zakon zakazuje najsurowiej, bo to jedyna rzecz, która naprawdę rozmiękcza ludzi w mojej robocie: liczyłam. Trzeci dzień mijał od dnia, w którym miała wrócić najpóźniej. Znałam plan; plan mówił „szósty dzień, cztery zapasu". Zapas zjadło coś, o czym nie wiedziałam nic — a w moim fachu „nic" ma zawsze kształt najgorszego. Leżałam w cudzej koszuli, w cudzej żałobie, pod cudzym sufitem i po raz pierwszy od dwudziestu lat modliłam się bez formuły, własnymi słowami, jak wieśniaczka: niech ona wraca. Nie dla planu. Niech po prostu wraca, bo jeśli jutro w południe drzwi tego pokoju otworzą się na radę, to otworzą się na moje oczy — a moje oczy pochowają nas obie.

LILIANNA

Ostatniej nocy nie zatrzymaliśmy się wcale.

Elę i Miko zostawiliśmy o zmierzchu w umówionym miejscu pod miastem — w opuszczonym młynie nad strugą, gdzie czekał brat z klasztoru — bo Will już z Rastów posłał gołębia, jednego z tych zakonnych, co wracają do klasztornej wieży prosto jak strzała; wiadomość miała pięć słów i żadnego imienia. Brat był z tych małomównych, których Wincenty trzyma do rzeczy, o które nie wolno pytać, i Will ręczył za niego głową: ten człowiek zawdzięczał Wincentemu tyle co on sam i prędzej dałby się pociąć, niż sprzedał kogokolwiek, kogo zakon kazał mu przyjąć. Pożegnanie było krótkie, bo na długie nie było czasu, i długie, bo na krótkie nie pozwolił Miko: uczepił się szyi Willa, potem mojej, i oświadczył, że jedzie z nami „na wojnę", i trzeba było przysięgi na słomianą falę, że wrócimy. Ela wzięła moje dłonie w swoje połamane paznokcie.

— Nie wiem, jak masz naprawdę na imię, siostro — powiedziała cicho. — Widzę tylko, że nie „Lily". Kiedyś, jak będziesz mogła, powiesz mi. A ja ci wtedy powiem, co zapamiętałam przez tamte drzwi. Całość. — Uścisnęła mocniej. — U nas w Kastmarze mówi się: długi spisuje się na wodzie, ale ten, kto umie czytać z wody, nie zapomina nigdy. Ja umiem czytać z wody.

Wóz z dzbanami pojechał w noc z bratem na koźle, a my ruszyliśmy na przełaj, konno, tak jak konie chodzą tylko ostatniej nocy drogi: czując stajnię. Świat był czarny, potem szary, potem na wschodzie pękła pierwsza szczelina światła — i wtedy zobaczyłam mury Arveny, i pierwszy raz na widok tych murów serce nie ścisnęło mi się jak w klatce, tylko rzuciło się w galop razem z Węglem: zdążyć, zdążyć, zdążyć.

Dziesiąty dzień postu. Wschód słońca. Zostały mi godziny — i cały zamek do przebycia niewidzialnie.

Glejt siostry Lily otworzył nam bramę rzemieślniczą, ledwie ją odryglowano; strażnik ziewnął nad pieczęcią klasztorną i machnął ręką, bo o świcie wjeżdżają setki wozów i sióstr, i nikt nie jest ciekawy nikogo. Konie zostały w zajeździe u znajomego Willowi kowala. Przez budzące się miasto szliśmy szybko, pod murem, w dół, w cień klifu — do Zacienia, do szkoły, do drzwi, które otwierał mój klucz.

— Odpocznij kwadrans — powiedział Will, kiedy stanęliśmy w klasie z pięcioma rzędami krzeseł. — Tunel to godzina wspinaczki, a ty nie spałaś.

— Nie mam kwadransa.

— Masz jeszcze pół dnia. Rada jest w południe…

Urwał, bo zobaczył moją twarz.

— Właśnie. W południe. A przedtem suknia, kąpiel, ochmistrzyni — cały ten młyn ruszył o świcie, razem z końcem postu. Ida siedzi za tamtymi drzwiami dziesiąty dzień, a od dzisiejszego brzasku nie osłania jej już nic. Każdy kwadrans to jej głowa.

Popatrzył na mnie — brudną od drogi, chwiejącą się z niewyspania, z determinacją zamiast krwi w żyłach — i nie powiedział nic z tego, co mógł powiedzieć rozsądny człowiek. Zapalił pochodnię od krzesiwa i otworzył właz.

— Hald fast, siostro Lily. Ostatni raz w tej roli.

Wąskie mokre schody wykute w klifie o pierwszym świetle. Dwie postacie wspinają się: jasnowłosa kobieta w czarnym płaszczu i wyżej barczysty mężczyzna wyciągający do niej rękę, nie patrząc.
Hald fast, siostro Lily. Ostatni raz w tej roli.

Wspinaczka w górę była wszystkim, czym schodzenie nie było. Schody kute w klifie nie mają litości dla ud, które przeżyły sześć dni w siodle; czołganie przez surowy chodnik zdarłoby mi plecy do krwi, gdyby nie płaszcz z południa; a pod koniec, na spiralnych stopniach, liczyłam już tylko oddechy — jeden stopień, jeden oddech — i myślałam o kobiecie po drugiej stronie regału, która przez dziesięć dni utrzymała moje życie dwiema rękami i zdartym głosem.

IDA

Zaczęli walić we drzwi zaraz po świcie.

Nie „pukać". Walić — po dworsku, czyli miękko, ale seriami, z tą uprzejmą nieustępliwością, która jest gorsza od tarana. Ochmistrzyni we własnej osobie, a za nią — słyszałam po krokach — dwie krawcowe, służka z wodą różaną i ktoś jeszcze, kto stał z tyłu i milczał tak głośno, że mógł być tylko od kuzynów.

— Panienko! Post skończył się z brzaskiem, a rada jest w południe — suknia czeka, kąpiel czeka, panienka będzie łaskawa, czasu jest tyle, co nic!

— Godzina — odpowiedziałam przez dąb zdartym głosem, który po dziesięciu dniach nie był już nawet grany. — Kończę modlitwy za zmarłą. Ostatnie. Godzina, potem jestem wasza.

Szmer narady za drzwiami. Potem głos ochmistrzyni, o pół tonu niżej — ton kobiety, która dostała swoje rozkazy:

— Pół godziny, panienko. Błagam. Inaczej każą mi wracać z kluczem.

Z kluczem. Odeszli — na pół godziny — a ja stałam na środku tego brzydkiego pokoju, w którym przeżyłam dziesięć dni cudzego życia, i patrzyłam na regał, który się nie ruszał.

Nie ruszał się.

Nie ruszał się przez całą wieczność, którą przeliczyłam na paciorki modlitewne, wszystkie cztery pory do końca. W klasztorze uczą, że nadzieja to forma niecierpliwości i że należy ją zwalczać jak łakomstwo. Dwadzieścia lat byłam w tym dobra. Nim domknęłam ostatni paciorek tamtego ranka, wiedziałam już, że niczego nie umiem: stałam przed martwym meblem pełnym cudzych książek i targowałam się z czterema bogami naraz, po kolei, jak przekupka — Caldo za wiosnę, z którą przyszłam na świat, Renie za wszystkie lata posłuszeństwa, Areninie, Denvirze, ktokolwiek tam dyżuruje przy samotnych — niech ten regał zgrzytnie.

I regał zgrzytnął.

LILIANNA

Wypadłam zza regału prosto na nią — brudna, cuchnąca koniem i słomą, z włosami jak wronie gniazdo — a Ida złapała mnie za ramiona i przez jedno uderzenie serca po prostu na mnie patrzyła, tymi swoimi szarymi oczami, o które omal nie rozbiło się wszystko.

Zamkowa sypialnia o świcie. Dębowy regał odsunięty jak drzwi, za nim czarne przejście. Z przejścia wychodzi brudna od drogi jasnowłosa kobieta; druga, w żałobnej sukni, trzyma ją za ramiona.
Wypadłam zza regału prosto na nią.

— Żyjesz — powiedziała. Stwierdzenie, nie pytanie; księgowa odhaczyła pozycję. Ale ręce na moich ramionach mówiły co innego i żadna z nas nie skomentowała tego, co mówiły.

— Ilu ich…

— Ochmistrzyni z obstawą, wróci za kwadrans, z kluczem. — Już mnie rozbierała, wprawnie, jak się rozbiera rannych: kaptur, płaszcz, sprzączki. — Kąpieli nie zdążysz. W misce jest woda różana, wetrzyj w szyję i włosy, odór drogi zabijemy pudrem żałobnym — po dziesięciu dniach postu masz PRAWO wyglądać jak śmierć, pierwszy raz w tej robocie zaniedbanie gra na nas. Koszula. Dawaj ręce. — Cudza koszula, ciepła jeszcze od jej ciała, spłynęła na mnie jak rozgrzeszenie. — Słuchaj teraz, bo powiem raz. Rada jutro w południe, porządek czytali przez drzwi: zaprzysiężenie, silosy, poselstwo cesarskie na przesilenie — i punkt czwarty, „uregulowanie twojego stanu małżeńskiego". To jest ta zasadzka; reszta to dekoracje. Wniosek złożyli kuzyni. Wyższy nazywa się Bornard i mówi miękko, a myśli nożem; niższego nie słuchaj wcale, jest do stania obok. Konstanty jest uczciwy i tchórzliwy — pozyskasz go, jak dasz mu bezpieczne wyjście. Sekretarz księcia widzi wszystko i gada wszystko, przy nim ani słowa. A książę… — zawahała się, pierwszy raz. — Książę przez dziesięć dni przyszedł pod te drzwi raz. Ale przysyłał tacę trzy razy dziennie i kazał doczytywać na głos, żebym jadła. Nie umiem ci powiedzieć, co to znaczy. Sama zdecydujesz.

Wcisnęła mnie do łóżka i naciągnęła kołdrę, a sama w trzech ruchach zwinęła swój tobołek — podróżny płaszcz, para trzewików, nic więcej po dziesięciu dniach — i stanęła przy regale. I na moment, na jeden jedyny moment, cała ta sprawność z niej opadła.

— W szufladzie zostawiłam ci nowe miodowniki — powiedziała, nie patrząc na mnie. — Nie chowaj ich pod płótnem. Jesteś u siebie.

— Ida…

— Nie. — Uniosła rękę; głos miała znów równy jak stół. — Nie dziękuj mi, bo rozmiękniemy obie, a za drzwiami stoi dwór. Powiem ci tylko jedno, dziewczyno, i zapamiętaj to sobie na jutro, na tę radę, na całe to życie, które ci właśnie oddaję z powrotem. — Odwróciła się i spojrzała mi w oczy przez cały pokój. — Przez dziesięć dni byłam tobą. Wiem o byciu tobą coś, czego ty nie wiesz, bo nigdy nie widziałaś siebie z zewnątrz: ten zamek pełen jest ludzi, którzy patrzą na ciebie od dwudziestu lat i nie widzą nic. Jutro wejdziesz między nich. Zrób mi tę uprzejmość — niech zobaczą.

Regał westchnął i zamknął się za nią.

A kwadrans później otworzyły się drzwi — z kluczem w zamku, bez pukania — i do pokoju Cichej Damy weszła ochmistrzyni z dwiema krawcowymi, wodą różaną i suknią pokorną jak wyrok; i zastała dziedziczkę Arveny w łóżku, zapuchniętą od dziesięciu dni żałoby, mrużącą oczy od światła.

— Chwilę — powiedziałam zdartym głosem mojej przyjaciółki. — Muszę się przebrać.

Salę rady znałam z opowieści Alka: pół piętra nad salą audiencyjną, okrągły stół z jednego dębowego plastra, tak starego, że słoje rozchodziły się po nim jak fale po stawie. Alek mówił, że przy tym stole nikt nie siedzi u szczytu, bo koło nie ma szczytu — i że to jest najstarsze kłamstwo Arveny, bo szczyt jest zawsze tam, gdzie usiądzie książę.

Weszłam w południe, w czerni, bez welonu — z twarzą, którą dwór oglądał pierwszy raz od dziesięciu dni żałoby. Gdzie ta twarz bywała przez tamte dni i co widziała, wiedziało na świecie kilkoro ludzi, a dwór nie był żadnym z nich — i sala wstała na moje wejście, a ja policzyłam ich tak, jak liczyła Ida: Filip przy oknie, postarzały przez te dwa tygodnie o rok. Konstanty i czterej chorążowie. Sekretarz z piórem jak z bronią. I kuzyni — Bornard, wyższy, z uśmiechem miękkim jak wosk, i ten drugi, do stania obok. Pod ścianą, wśród dworzan bez krzeseł, stał jeszcze ktoś, kogo nie znałam: mężczyzna wielki jak odrzwia, przystojny tą urodą, która wie o sobie wszystko, w czarnym kubraku bez herbu. Patrzył na mnie z uwagą człowieka, który przyszedł obejrzeć konkretnie mnie. Odnotowałam go i odłożyłam na później; miałam ważniejsze targi.

Zaprzysiężenie trwało kwadrans i było prostsze, niż się bałam: powtarzałam za sekretarzem słowa o wierności ziemi, prawu i koronie książęcej, z dłonią na starym dębie, i myślałam o Idzie, która przypieczętowała mi drogę do tego stołu woskiem i brzytwą. Silosy zajęły godzinę — słuchałam, notowałam w głowie, milczałam; Ida mówiła: na początku waż milczenie, ono kosztuje ich więcej niż twoje słowa. Poselstwo cesarskie zbyto trzema zdaniami, z których każde ważyło jak kamień — jedzie, będzie na przesilenie, „w sprawach przyjaźni" — i po stole przeszło to szczególne milczenie ludzi, którzy wiedzą, że przyjaźń cesarska ma zawsze załącznik.

A potem sekretarz odczytał punkt czwarty i Bornard wstał, i zrozumiałam, co Ida miała na myśli, mówiąc: zasadzka.

Mówił miękko. Mówił długo. Mówił o „trosce rady o ciągłość rodu", o „niepewnym stanie" mojego małżeństwa — mąż za murem, zrzeczenie na piśmie, „okoliczności, których kanoniści nie widzieli od stu lat" — o tym, że księstwo w tych niespokojnych czasach potrzebuje „pewności kołyski", i tu pozwolił sobie na uśmiech, którego nienawidzę do dziś. I wreszcie położył na stole to, po co przyszedł: wniosek o unieważnienie mojego małżeństwa przez radę kanoników — oraz, „dla dobra ziemi", listę czterech domów, „z którymi rozmowy o nowym związku rada mogłaby podjąć niezwłocznie". Cztery nazwiska. Dwa z bocznej linii. Jedno z Tulugi. Jedno, którego nie znałam.

Nikt przy stole nie spojrzał na mnie ani razu, przez cały ten wywód. Mówili o mojej kołysce, o moim łonie, o moich wdowich prawach — do siebie nawzajem, ponad moją głową, jak się rozmawia przy stole o klaczy: zdrowa, młoda, rodowód niepewny, ale pastwisko najlepsze na północy. Czekałam na głos Filipa. Filip patrzył w okno. I wtedy zrozumiałam, że on nie zamierza mnie bronić — nie z obojętności; ten stary gracz zostawiał mi pole, sprawdzał, tak jak sprawdzało mnie zawsze wszystko i wszyscy. Pierwsza lekcja rządzenia odbywała się bez zapowiedzi i na żywym ciele. Na moim.

Sala rady w południe. Okrągły stół z jednego dębowego plastra, wokół siwi radni w ciemnych szatach i sekretarz z protokołem. Stoi tylko jedna osoba: młoda kobieta w czerni bez welonu, z odsuniętym krzesłem.
Sala umilkła tak, jak milknie targ, kiedy towar zaczyna mówić.

Odsunęłam krzesło. Wstałam. Sala umilkła tak, jak milknie targ, kiedy towar zaczyna mówić.

— Wielmożni panowie. — Głos miałam zdarty po żałobie i pierwszy raz byłam za to wdzięczna: brzmiał nisko i obco, jak nie mój. — Przez godzinę słuchałam obrad o silosach i uważam, że rada zna się na zbożu. Przez ostatni kwadrans słuchałam obrad o mnie i z przykrością stwierdzam, że na klaczach zna się gorzej.

Ktoś wciągnął powietrze. Bornard uśmiechnął się szerzej — o pół wosku za szeroko.

— Pani raczy żartować z troski…

— Pani raczy mówić, kuzynie, i nie skończyła. — Nie podniosłam głosu; Ida mówiła: kto podnosi głos przy tym stole, ten przegrał. — Po pierwsze: mój mąż żyje. Zrzekł się dziedzictwa, nie żony; kanoniści, których opinie tak pana zajmują, potwierdzą panu różnicę. Póki Aleksander oddycha, jestem żoną przed czterema bogami i żaden wniosek tej rady nie sięga tam, gdzie sięga przysięga. Po drugie: lista. — Wzięłam ją ze stołu; papier był ciężki, welinowy, przygotowany na długo przed tą radą. — Cztery domy, w tym dwa pańskie po kądzieli. Podziwiam gospodarność: unieważnić, wydać, odziedziczyć, wszystko jedną tacą. — Położyłam listę z powrotem, równo, rogiem do Bornarda. — Po trzecie, i to proszę zaprotokołować, skoro pan sekretarz i tak zapisuje dziś każde moje drgnienie: jeśli ta rada zechce kiedykolwiek rozmawiać o moim ciele, moim łonie albo mojej kołysce — będzie to robić w mojej obecności, patrząc mi w twarz, tak jak patrzy się w twarz dziedziczce, którą sami zaprzysięgliście godzinę temu. Targ na klacze jest w Arvenie we czwartki, przy bramie rzemieślniczej. Dziś jest wtorek i to jest sala rady.

Cisza, która nastała, miała ciężar właściwy dobrze ułożonego kamienia. Konstanty patrzył w stół, ale kącik ust mu drgał. Sekretarz pisał. Bornard stał ze swoim woskowym uśmiechem, który przestał do czegokolwiek pasować, i szukał wzrokiem księcia.

I wtedy Filip odwrócił się od okna.

— Punkt czwarty — powiedział głosem równym jak blat — rada odkłada bezterminowo. Następne posiedzenie za dwa tygodnie. — I już zbierając papiery, nie patrząc na nikogo, dodał zdanie, które sekretarz zaprotokołował, bo protokołował wszystko, i które kuzyni zapamiętali lepiej niż cały protokół: — Zapiszcie też, że w czwartek rada nie obraduje. Z przyczyn, które wyjaśniła następczyni.

Wychodziłam z tej sali na nogach z waty, z sercem bijącym w uszach, mijając dworzan, którzy rozstępowali się o pół kroku szerzej niż jedenaście dni temu — i już w drzwiach, ostatni raz tego dnia, napotkałam spojrzenie wielkiego mężczyzny w kubraku bez herbu. Skłonił głowę — odrobinę za nisko jak na dworzanina, odrobinę za wolno jak na sługę — i uśmiechnął się do mnie tak, jakbyśmy znali się od lat i mieli wspólny sekret, o którym ja jeszcze nie wiem.

Nie wiedziałam wtedy, jak blisko prawdy jest ten uśmiech.

A potem drzwi mojego pokoju zamknęły się za mną, zdążyłam zdjąć jeden trzewik — i ciemność wzięła mnie w połowie drugiego. Spałam, jak się później dowiedziałam, prawie dwa dni. Nikt się nie niepokoił. Po dziesięciu dniach postu i takiej radzie, mówiła służba, panience się należy.

Śniła mi się kołysanka w języku, którego nie znam, i sześć gwiazd z siódmą, jaśniejszą, pośrodku.

Obudziłam się dwa dni później z głodem, jakiego nie znałam od dzieciństwa, i z jedną myślą, dziwnie jasną po dwóch dniach snu: Benko.

Ale najpierw był głód — i tu zaczyna się historia, z której śmieje się do dziś pół zamkowej kuchni.

Bo od tamtego ranka dziedziczka Arveny zaczęła jeść. Na śniadanie schodziłam pierwsza i wstawałam ostatnia; brałam dokładki, o które nie prosi się na podwyższeniu; a do tego — i to było najważniejsze — poprosiłam kuchnię, by pakowano mi „drugie śniadanie do klasztoru", bo „post nauczył mnie dzielić się z ubogimi przy sanktuarium". Kosz. Codziennie jeden solidny kosz: chleb, ser, wędzona ryba, jabłka, miodowniki. Ochmistrzyni patrzyła na to wszystko z rosnącą zgrozą, aż czwartego dnia podsłuchałam pod kuchnią rozmowę, na którą czekałam:

— …mówię ci, po poście panienkę odblokowało. Je za trzech, jak nie za czworo.

— A niech je, biedactwo. Dziesięć dni o chlebie i wodzie! Ciało się upomina.

— Ciało ciałem, ale koszyk to ona chyba sama zjada po drodze, bo wraca pusty jak bęben…

Wracał pusty, bo w Zacieniu, w dawnej szkole dla dzieci portowych, mieszkali teraz — za wiedzą ludzi, których dałoby się policzyć na palcach jednej dłoni — kobieta z Kastmaru i pięcioletni chłopiec, który zdążył już wydrapać na blacie jednego z krzeseł pierwszą literę swojego imienia. Will przeniósł ich z młyna drugiej nocy po mojej radzie, przedstawiwszy Eli plan tak prosty, że aż bezczelny: nikt nie szuka zbiegów w budynku należącym do rodziny książęcej, sto kroków od patroli, w dzielnicy, w której nikt nie patrzy sąsiadowi na ręce. Zamek na drzwiach był mój. Klucz był mój. Jedzenie, jak ustaliła kuchnia, też technicznie było moje.

Chodziłam do nich co drugi dzień, w czarnym płaszczu, przez tunel — w dół było już prawie łatwo; uda przestały mi wybaczać cokolwiek i zaczęły po prostu pracować — i te wieczory w szkole były najdziwniejszym szczęściem tamtych tygodni. Miko odzyskiwał kolory i słownictwo w tempie, które przerażało jego matkę („po kim on ma «do stu zdechłych fok», po kim, przecież nie po mnie" — po Willu, wiedziałyśmy obie, i obie milczałyśmy). Był jeszcze jeden powód, dla którego patrzyłam czasem na tego chłopca o pół uderzenia serca za długo — i trzymałam go wyłącznie dla siebie. Miko miał jasne, proste włosy, jakich nie widziano w rodzie Varganów, i niebieskie, dobre oczy, które już gdzieś znałam: z wizji, u młodego mężczyzny biegnącego do drzwi drewnianego dworu. Przestań, mówiłam sobie. Liczyć umie każdy, a skrzywdzić rachunkiem — tym bardziej. Ale obstawiałam po cichu — i chyba życzyłam temu dziecku, żebym obstawiała dobrze — że lord klanów przez pięć lat wychowywał syna zwykłego sługi. I że Ela wiedziała o tym od pierwszego dnia. Ela uczyła mnie kastmarskich słów — miękkich, pełnych długich samogłosek, zupełnie niepodobnych do twardej mowy Willa — i rysowała mi węglem na szkolnej ścianie plan miasta w przełęczy: tu mur koronny, tu tama, tu dzielnica urzędnicza, tu dom jej ojca z niebieskimi okiennicami. Patrzyłam na ten węglowy Kastmar i myślałam o poselstwie cesarskim, które jedzie do nas „w sprawach przyjaźni", i o słowie podsłuchanym przez Elę pod drzwiami przed laty — i te dwie rzeczy układały się we mnie w kształt, którego jeszcze nie umiałam nazwać, ale którego już się bałam.

Transport do Imperium okazał się węzłem bez końca. Morzem — trzeba statku, kapitana, dyskrecji i portu docelowego, w którym nikt nie zapyta, skąd płynie kobieta z dzieckiem bez papierów. Lądem — jest tylko Kastmar, a Kastmar to brama z okiem: każdy wóz, każdy człowiek, każda pieczęć przechodzą tam przez ręce cesarskich pisarzy. „Wrócić do Imperium jest łatwo — powiedziała Ela, gasząc węgiel w misce — trudno wrócić i nie zostać zapisaną". Odkładałyśmy ten węzeł co wieczór na jutro. Jutro było cierpliwe.

Za to sprawa Benka nie była.

Do klasztoru pojechałam pierwszy raz cztery dni po radzie — oficjalnie: podziękować za modlitwy żałobne. Wincenty przyjął mnie w swoim gabinecie-dżungli, z konewką w dłoni, i zanim zdążyłam otworzyć usta, postawił konewkę na biurku tak, że stuknęło.

Awantura trwała kwadrans. Była cicha — Wincenty nie podnosi głosu; on obniża temperaturę — i była straszna, bo w każdym zdaniu miał rację. Że złamałam plan. Że wróciłam do krypty wbrew wyraźnemu poleceniu, z jednym człowiekiem, w środku nocy, o dzień drogi od pomocy. Że wywiozłam z ziem klanowych żonę lorda, którego cały zakon obsługiwał w największej dyskrecji, i że jeśli Vargan kiedykolwiek każe otworzyć te sarkofagi — a ludzie tacy jak on wracają do grobów, bo groby to jedyne, co im zostaje — to znajdzie pustkę, i że pustka w grobie to jest ten rodzaj wiadomości, który rozchodzi się po górach jak pożar.

— Gdzie oni są teraz — nie mów mi. — Uniósł dłoń, zanim zdążyłam otworzyć usta. — Mówię poważnie. Im mniej klasztor wie, tym dłużej pożyją, a ja nie chcę wiedzieć rzeczy, o które ktoś mógłby mnie kiedyś zapytać. — Dopiero potem usiadł ciężko. — Módl się tylko, żeby nikt nie zajrzał do tamtej krypty przez sto lat. I żebym ja nigdy nie musiał wybierać między tobą a zakonem, Lilianno, bo starzeję się i nie wiem już, co bym wybrał.

To było najczulsze zdanie, jakie powiedział mi w życiu, i oboje udaliśmy, że go nie było.

— A teraz mów, po co naprawdę przyjechałaś, bo podziękowania składasz gorzej niż kondolencje.

Powiedziałam. Nie wszystko — nie o wizji z falochronu, nie o człowieku bez imienia; jeszcze nie umiałam, tak jak nie umiałam przy trumnie skłamać Willowi po raz drugi, więc kluczyłam — ale o Benku: że słyszałam w porcie o śmierci starego latarnika, że wieziono go przez Bramę Umarłych następnej nocy po śmierci, że coś mi w tej śmierci nie gra i że chcę zajrzeć do księgi pochówków.

Wincenty patrzył na mnie długo. Za długo. Palce mu nie drgały — i to właśnie było niepokojące; przy Varganie drgały.

— Księgi prowadzi brat Sofron, w kancelarii przy krypcie pamięci. Powiem mu, że masz moje pozwolenie. — Wstał, odwrócił się do swoich paproci i dodał, plecami do mnie, tonem, którego nie umiałam przeczytać: — Lilianno. Latarnik umarł we śnie. Tak mówi port, tak mówi wóz, tak będzie mówić księga. Jeżeli szukasz w księgach czegoś innego, to znaczy, że wiesz coś, czego nie mówisz mnie. Nie pytam. Zapamiętaj tylko: w tym klasztorze księgi czasem wiedzą mniej niż ludzie, a ludzie mniej niż powinni. Gdyby ci kiedyś wyszło inaczej — przyjdź najpierw do mnie. Nie do nikogo innego. Do mnie.

Kancelaria klasztorna przy krypcie. Na pulpicie wielka księga pochówków w wytartej skórze, otwarta na gęsto zapisanej stronie. Obok mały siwy mnich z założonymi dłońmi, naprzeciw pochylona kobieta w czarnym płaszczu.
Spojrzał do księgi, zanim skłamał.

Brat Sofron okazał się mały, siwy i uprzejmy jak zamknięte drzwi. Księga pochówków — wielka, oprawna w skórę wytartą przez trzy stulecia dłoni — otworzyła się na właściwej stronie od razu, co odnotowałam: ktoś ją niedawno otwierał na tej stronie. Zapis był krótki, po kancelaryjnemu piękny:

„Benko, syn Tomy, latarnik. Zmarł we śnie. Wóz nocny. Pochówek: Chmielna, kwatera przy murze — za datkiem. Opłacono: czuwanie jednodniowe, miejsce w drugim rzędzie, kamień z czterema ramionami."

— Za datkiem — powtórzyłam. — Kto złożył?

— Datek bezimienny, pani. — Sofron złożył dłonie. — Takich jest wiele; ludzie wstydzą się dobroczynności jak grzechu.

— Kto go przyniósł?

— Chłopiec. Uliczny, nieznany, takich w porcie tuziny. Zostawił sakiewkę i kartkę z życzeniem zmarłego: przy żonie, drugi rząd. — Uprzejmość Sofrona była gładka jak jego księga. — Wszystko wedle reguły, pani.

— Kiedy?

Po raz pierwszy zawahał się — o jedno mrugnięcie, nie więcej; gdyby całe moje życie nie upłynęło na słuchaniu ludzi, którzy mówią jedno, a myślą drugie, nie zauważyłabym wcale.

— Rano — powiedział.

— O której rano, bracie?

I brat Sofron, człowiek trzech stuleci cudzych dłoni, popełnił błąd wszystkich ludzi ksiąg: spojrzał do księgi, zanim skłamał. A w księdze, przy datku, kancelaryjnym zwyczajem stała godzina wpisu.

— Po porannych modłach — odczytał niechętnie. — Wpis z brzaskiem.

Podziękowałam, pochwaliłam porządek ksiąg i wyszłam przez wielką salę, między stojakami pełnymi świec, krokiem osoby, która nigdzie się nie spieszy. Dopiero na schodach przed sanktuarium, w złotym świetle bluszczu, pozwoliłam tej myśli dogonić się w całości.

Z brzaskiem. Datek na grób Benka wpłynął do kancelarii z pierwszym światłem — a starego latarnika znaleziono martwego w jego izbie dobrze po wschodzie słońca, kiedy nie otworzył okiennic i sąsiadka posłała syna po latarnianego. Pół portu opłakiwało go od tamtej pory. Ktoś opłacił mu grób, zanim ktokolwiek na świecie wiedział, że umarł.

Ktokolwiek — poza jednym człowiekiem.

Stałam na schodach mojego klasztoru — miejsca, w którym czułam się bezpieczniej niż we własnym łóżku — i czułam, jak ta nitka, którą trzymałam w palcach od trumny, napina się i prowadzi dokładnie tam, dokąd nie chciałam iść: do środka. Ktoś przyjął ten datek i o nic nie zapytał. Ktoś wpisał godzinę i nie zdziwił się nigdy. „W tym klasztorze księgi czasem wiedzą mniej niż ludzie, a ludzie mniej niż powinni."

Wincenty wiedział, że coś jest nie tak z tą śmiercią. Powiedział mi to na swój sposób — plecami, przy paprociach. I poprosił, żebym przyszła najpierw do niego.

Jeszcze nie. Najpierw port.

Port za dnia był wszystkim, czym nie jest nocą: wrzaskiem, rybami, smołą, tysiącem ludzi, z których każdy niesie coś cięższego od siebie. Chodziłam po nim w czarnym płaszczu przez dwa popołudnia — dyskretnie, jak sądziłam, czyli, jak się miało okazać, jak paw po kurniku — i zbierałam okruchy. Że Benko pił u Grubej Marii, przy falochronie, i płacił zawsze co do grosza, „choć skąd miał, jeden Denvir wie". Że w ostatnie noce przed śmiercią widywano go z fajką na falochronie o dziwnych porach — „stary nie sypiał, mówił, że morze gada". Że latarnianego, tego młodego, co pełnił wartę tamtej nocy, od tygodnia nikt nie widział — „podobno dostał robotę na statku i popłynął". Popłynął. W porcie, w którym każdy zna każdego, nikt nie umiał powiedzieć, na którym statku.

Trzeciego popołudnia, kiedy wychodziłam od Grubej Marii tylnym wyjściem między beczkami, drogę zastąpił mi mężczyzna wielki jak odrzwia.

Poznałam go, zanim się odezwał — po tym, jak stał: swobodnie, całym sobą, jak ktoś, kto nigdy nie musiał nikomu schodzić z drogi. Czarny kubrak bez herbu. Uroda, która wie o sobie wszystko. Ten sam, który na radzie skłonił mi się odrobinę za nisko i za wolno.

Zaułek beczek za portową tawerną w słońcu. Drogę zastępuje ogromny mężczyzna w dobrym ciemnym płaszczu bez herbu, uśmiechnięty całą twarzą; naprzeciw niego jasnowłosa kobieta w szarym płaszczu z kapturem, zaskoczona w pół kroku.
Zaczynam rozumieć, czemu w tym mieście wszyscy mówią o pani naraz.

— No proszę. — Głos miał niski i ciepły, stworzony do mówienia rzeczy, którym nie należy wierzyć. — We wtorek w południe wielmożna pani uczy radę różnicy między salą a targiem. A w piątek po południu pije u Grubej Marii podłe wino w cudzym płaszczu. Zaczynam rozumieć, czemu w tym mieście wszyscy mówią o pani naraz i nikt nic nie wie.

Serce zjechało mi do żołądka i wróciło, przebrane za spokój.

— Pan się myli. Jestem siostrą z klasztoru…

— Siostro. — Uśmiechnął się całą twarzą, oczami też, i to było najgorsze: ten uśmiech nie był drwiną; był zaproszeniem do wspólnej zabawy. — Stałem dziesięć kroków od pani przez trzy godziny rady. Patrzyłem, jak pani kładzie kuzyna Bornarda na obie łopatki bez podnoszenia głosu. Takich rzeczy się nie zapomina. Takiej twarzy też nie — nawet w kapturze, nawet w Zacieniu, nawet kiedy właścicielka bardzo się stara wyglądać na nikogo. — Skłonił głowę, znów za wolno. — Karol. Do niedawna w drodze, na usługach księcia. Obecnie z powrotem i do usług… powiedzmy, że domu książęcego.

Karol. Najzaufańszy człowiek Filipa — ten, o którym mówiono w zamku półgębkiem: pojechał, wróci, przywiezie. Wrócił.

— A obowiązki domu książęcego — powiedziałam ostrożnie — obejmują chodzenie za mną po porcie?

— Obejmują wiedzieć, co się dzieje w mieście. — Rozłożył ręce; nawet ten gest miał u niego rozmach mostu zwodzonego. — A w mieście dzieje się na przykład to, że następczyni tronu trzeci dzień wypytuje portowych o zmarłego latarnika. Sama. W przebraniu. Bez straży. — Uśmiech nie zniknął, ale coś pod nim stanęło w miejscu. — Mógłbym o tym wspomnieć księciu. Właściwie powinienem: od wspominania księciu rzeczy, o których nikt inny mu nie wspomni, jestem.

— Ale — powiedziałam, bo całe to zdanie było zbudowane dla swojego „ale".

— Ale. — Podniósł z beczki mój upuszczony rękaw płaszcza i podał mi go z ukłonem. — Jestem człowiekiem prostych zasad, pani. Nie mówię o rzeczach, których nie rozumiem, dopóki mam nadzieję je zrozumieć z lepszego miejsca. — Ciepło w jego głosie zgęstniało o ton. — Wielmożna pani przyjmuje na audiencjach, słyszałem. Adoratorów, posłów, nudziarzy. Proszę o jedno: godzina. Audiencja jak dla tamtych — z tą różnicą, że ja nie przyjdę mówić o pogodzie. Wysłucha mnie pani, ja wysłucham pani, jeśli zechce — a port zostanie między nami, jak przystało między ludźmi, którzy oboje bywają tam, gdzie ich nie stawiano.

Wiedziałam, jak wygląda targ, w którym cena jest zawiniętym w jedwab szantażem. Cały mój dwudziestosiedmioletni trening mówił: to jest gra, on gra, każdy jego uśmiech jest policzony. I jednocześnie — muszę to napisać, bo obiecałam sobie nie kłamać przynajmniej na tych stronach — coś we mnie, głodne i samotne, wyprostowało się pod tym spojrzeniem jak kwiat pod słońcem. Ten człowiek patrzył na mnie tak, jakbym była najciekawszą rzeczą w całym porcie. Nikt nie patrzył tak na mnie nigdy — Will patrzył inaczej, Will patrzył jakby mnie znał; ten patrzył, jakby chciał poznać. Miałam dwadzieścia siedem lat, męża z dokumentów za górami, przyjaciółkę w grobie, drugą w klasztorze, sekret w szkole w Zacieniu — i żadnej wprawy w byciu oglądaną z apetytem. Klatka nie uczy ptaka, co robić z niebem. To nieprawda, że wypuszczona — umiałam latać. Nie umiałam nawet chodzić.

— Godzina — powiedziałam. — Audiencja. I ani słowa księciu.

— Ani słowa. — Cofnął się o krok, przepuszczając mnie między beczkami, i dodał na odchodne, z tym swoim uśmiechem wspólnego sekretu: — Do zobaczenia na zamku, siostro.

Wracałam do tunelu okrężną drogą, ze złością na siebie tak wielką, że aż przyjemną — bo pod złością, nieprzyzwoicie żywe, tliło się coś jeszcze: po raz pierwszy od powrotu ktoś w tym mieście widział mnie. Nie dziedziczkę, nie klacz z listą domów, nie panienkę od nożyczek. Mnie — tę, która chodzi po porcie w cudzym płaszczu i zadaje pytania. Że widział ją człowiek, któremu najmniej powinnam była na to pozwolić — to już była sprawa na inne, mniej głodne popołudnie.

A nitka Benka leżała w mojej dłoni dalej, napięta, i prowadziła w dwie strony naraz: w dół, do portu, gdzie zniknął młody latarniany — i w górę, do mojego własnego klasztoru, gdzie ktoś z brzaskiem przyjął sakiewkę od ulicznego chłopca i o nic, zupełnie o nic nie zapytał.

Umarli nie potrafią kłamać. Za to żywi, zaczynałam rozumieć, nie robią prawie nic innego.