IV · Po drugiej stronie gór

Umarli nie kłamią · rozdział czwarty

Po drugiej stronie gór

czytania

ALEK

*Pół roku wcześniej.*

Są dwa sposoby, żeby zostać wezwanym do gabinetu mojego ojca, i po dwudziestu dziewięciu latach znałem oba na pamięć. Pierwszy: sługa puka, kłania się i mówi, że książę prosi. To oznacza pieniądze, kobiety albo skargę któregoś z chorążych na moje prowadzenie się, i załatwia się to kwadransem skruchy oraz obietnicą poprawy, której żaden z nas nie traktuje poważnie. Drugi sposób: sługa puka, kłania się i mówi, że książę czeka. Czeka, nie prosi.

Tamtego wieczoru książę czekał.

Kamienny gabinet nocą, żyrandol świecowy na dwóch kręgach, portrety rodzinne. Stary książę w futrzanym kołnierzu stoi plecami nad wielkim stołem z mapą i cynowymi znaczkami; naprzeciw młody mężczyzna z kieliszkiem wina, który właśnie stanął w pół kroku.
Cynowe znaczki stały na górach jak wróżba.

Ojciec stał nad wielkim stołem z mapą i nie odwrócił się, kiedy wszedłem — a to też był znak, bo ojciec zawsze odwraca się do ludzi; twierdzi, że plecy pokazuje się tylko tym, których się nie szanuje, albo tym, którym ufa się całkowicie, i przez większość życia nie umiałem rozstrzygnąć, do której grupy należę. Na mapie stały cynowe znaczki, których nie znałem: trzy przy południowej krawędzi księstwa, tam gdzie niziny wgryzają się w góry, i jeden — to mnie zdziwiło — na samych górach, w miejscu, gdzie żaden rozsądny kartograf nie stawia niczego poza napisem „nieprzebyte".

— Zamknij drzwi — powiedział ojciec.

Zamknąłem. Nalałem sobie wina z jego karafki, bo lubię zaczynać trudne rozmowy od małych bezczelności; ustalają właściwą temperaturę. Ojciec poczekał, aż skończę, co było gorsze niż nagana.

— Ile, twoim zdaniem, wart jest ten zamek? — spytał. — Z miastem, z portem, z cłami, z całym księstwem. Ile to jest warte?

— Zależy dla kogo…

— Dla nas, Aleksandrze. Ile my jesteśmy warci.

Wzruszyłem ramionami, bo skąd miałem wiedzieć; od liczenia byli u nas ludzie w kancelarii, a ode mnie było reprezentowanie domu na ucztach, co czyniłem, przyznaję nieskromnie, z talentem. Ojciec skinął głową, jakby moje wzruszenie ramion było dokładnie tą odpowiedzią, której się spodziewał, i to od lat.

— Jesteśmy warci mniej niż nic — powiedział. — Jesteśmy dłużni. Wolnym miastom za zboże z trzech ostatnich lat, bo nasze silosy pokazuję posłom pełne, a one są pełne w jednej trzeciej. Kupcom z gildii solnej. Dwóm bankom, o których istnieniu nie wiesz. Własnej straży, której żołd wypłacam z opóźnieniem tak równym, że zaczęli je uważać za zwyczaj. — Mówił to wszystko głosem, którym inni ludzie odczytują listę zakupów. — Imperium dusi nasz handel od dziewięciu lat. Cła na nasze towary w Kastmarze rosną co sezon; statki, które płyną do nas, są zatrzymywane do kontroli tak długo, aż ładunek zgnije albo kupiec zmądrzeje i popłynie gdzie indziej. Wolne miasta widzą, że słabniemy, więc kupują od nas coraz taniej i pożyczają nam coraz drożej, bo po co być miłosiernym dla tonącego, skoro można poczekać, aż pójdzie na dno, i zebrać ładunek z wody. Nikt nie musi nas zdobywać, Aleksandrze. Wystarczy poczekać. Imperium to wie. Czeka.

Odstawiłem wino. Smakowało nagle jak coś, na co nas nie stać.

— Dlaczego mi to mówisz?

— Bo pół roku temu dostałem propozycję. — Ojciec przesunął dłonią nad cynowymi znaczkami przy górach, nie dotykając żadnego. — I przyjąłem ją, nie pytając ciebie o zdanie, tak jak nie pyta się o zdanie nikogo, kogo się chce ochronić przed wiedzą wartą stryczka. A teraz muszę cię o zdanie zapytać, bo druga strona przestała rozmawiać ze mną. Chcą rozmawiać z tobą.

I opowiedział mi. Stałem przy stole z mapą mojego księstwa i słuchałem rzeczy, od których mapa robiła się z każdym zdaniem mniej znajoma: że zimą zgłosili się do niego ludzie — „stamtąd", powiedział, i wskazał brodą południową krawędź świata — z ofertą handlu. Że nie uwierzył, bo z tamtej strony gór nie przychodzi nic oprócz legend i suszy, ale pozwolił im dowieść. Że dowiedli: trzy transporty przez zimę i wiosnę, trzy dostawy stali i miedzi czystszej, niż daje Kastmar, po cenach, od których księgowym w kancelarii drżały ręce — bo te ceny nie miały w sobie cesarskiego cła, cesarskiej drogi ani cesarskiego strachu. Że dzięki tym dostawom wypłacił straży zaległy żołd, oddał gildii solnej połowę długu i pierwszy raz od dziewięciu lat skłamał posłom wolnych miast o stanie silosów tylko trochę.

— Skąd oni to biorą? — spytałem. — Tam podobno nie ma nic. Piasek i kości.

— Nie wiem. — Ojciec powiedział to spokojnie, a spokój przy „nie wiem" był u niego rzadszy niż uśmiech. — Wiem, że stal jest prawdziwa, bo nasz płatnerz płakał nad nią jak nad dzieckiem. Wiem, że przychodzi przez góry, drogą, której nie ma na żadnej mapie świata, i wiem, że o tej drodze nie wolno wiedzieć nikomu, bo w dniu, w którym dowie się Imperium, przestaniemy być dłużnikiem, a staniemy się celem. — Spojrzał na mnie po raz pierwszy tego wieczoru. — I wiem jeszcze jedno. Napisali, że jeśli do przesilenia nie stanie przed nimi mój dziedzic, dostawy zostaną wstrzymane. Nie poseł, nie kanclerz, nie ja. Dziedzic krwi. Chcą rozmawiać z przyszłością tego domu, nie z jego przeszłością — tak to ujęli.

W gabinecie zrobiło się bardzo cicho. Cynowe znaczki stały na górach jak wróżba.

Powiem uczciwie, jak przystało na człowieka, który przez trzydzieści lat doprowadził sztukę unikania obowiązków do poziomu rzemiosła artystycznego: moją pierwszą myślą nie było księstwo. Moją pierwszą myślą było, że w przyszłym tygodniu są urodziny starego Konstantego, na których co roku upijam się z jego synami do stanu, w którym śpiewamy balladę o rybaczce z Podkowy wszystkimi trzema głosami naraz, i że bardzo nie chcę tego ominąć. Taki byłem. Taki pewnie jestem — droga ma dopiero pokazać.

— Nie — powiedziałem. — Ojcze. Nie jestem od tego. Wyślij Konstantego, wyślij kanclerza, przebierz kogoś za mnie, nikt tam nie wie, jak wyglądam…

— Oni wiedzą wszystko — przerwał ojciec. — Wiedzieli, ile mamy długu u gildii, co do grosza. Wiedzieli, które silosy są puste. Przebranego posła poznają, zanim otworzy usta — a wtedy dostawy staną, i następne popłyną do kogoś innego. Może do wolnych miast. Może do klanów. Wyobraź sobie Vargana ze stalą, której nie ma nikt inny na północy.

— To niech płynie! — Zaczynałem chodzić po gabinecie, co robię zawsze, kiedy przegrywam. — Radziliśmy sobie bez ich stali trzysta lat…

— Nie radziliśmy sobie. — Głos ojca nie podniósł się ani o pół tonu i właśnie dlatego zamknął mi usta. — Umieraliśmy powoli, a powolna śmierć ma to do siebie, że można ją mylić z życiem przez całe pokolenia. Aleksandrze. Usiądź.

Usiadłem. Ojciec obszedł stół i stanął nade mną — stary człowiek, który nagle wcale nie wyglądał staro — i powiedział mi rzeczy, po których wino zostało w karafce do końca wieczoru — głosem, jakim mówi się dziecku, że koń, którego kochało, musi zostać dobity.

— Myślisz, że bronisz swojego życia, odmawiając mi. Więc pozwól, że ci opiszę twoje życie za pięć lat, jeśli odmówisz. Księstwo pada. Nie od szturmu — od podpisu. Imperium przejmuje długi, a z długami ziemię, a z ziemią nas. Jeśli cesarz będzie w dobrym humorze i wiatry będą dobre, zakują nas w żelazo i powieszą na własnej bramie, ciebie obok mnie, i to jest wariant, na który liczę, bo szybki. A jeśli wiatry będą złe — zabiorą nas do Kastmaru. Wiesz, co Imperium robi z władcami, których ziemie wchłania? Nie zabija ich. Martwy książę to męczennik, a męczennik to sztandar. Trzymają ich w pałacu, w pięknych komnatach, i pracują nad nimi latami — uczeni ludzie, cierpliwi — aż książę zaczyna mówić ich słowami, myśleć ich myślami, aż wyprowadzają go raz do roku na balkon, żeby pomachał swojemu dawnemu ludowi i powiedział, jak dobrze mu pod opieką cesarza. I on to mówi szczerze, Aleksandrze. To jest w tym najstraszniejsze. Po pięciu latach on już nie kłamie, bo tego „on", który mógłby kłamać, już nie ma. Zostaje kukła z twoją twarzą, która do końca długiego, wygodnego życia dziękuje za wszystko swoim właścicielom. — Ojciec pochylił się i położył mi dłoń na karku, ciężko, jak się kładzie jarzmo albo błogosławieństwo. — Twoje wygodne życie, synu. Twoje wino, twoje uczty, twoja żona, przy której możesz być, kim chcesz, twoje poranki bez obowiązków. Wszystko to istnieje, bo istnieje księstwo. Zabiorą ci nie życie. Zabiorą ci ciebie. I mnie zabiorą mnie. Staniemy się marionetkami z naszymi nazwiskami i będziemy uśmiechać się z balkonu.

Siedziałem długo. Wino w karafce stało nietknięte i przez okno słychać było zmianę warty — te same kroki, tę samą komendę, którą słyszałem co wieczór przez całe życie i której nigdy, ani razu, nie pomyślałem jako czegoś, co można stracić.

— Kiedy wyruszam? — spytałem.

— Za trzy dni. — Ojciec wrócił za stół, znów plecami, i nie widziałem jego twarzy, kiedy mówił dalej; może tak było wygodniej nam obu. — Zasady są trzy i nie podlegają rozmowie. Po pierwsze: nikt nie może wiedzieć. Nikt, Aleksandrze. Nie Konstanty, nie twoi kompani, nie twoja żona. Każdy człowiek na tej północy wie, że południe to kraina skarbów w cesarskiej garści — wystarczy, że jeden plotkarz sklei „panicz" i „południe", a Imperium dowie się w miesiąc. Dlatego dla dworu jedziesz do wiosennej rezydencji. Odpocząć. Samotnie, bez dworu, bez polowań — twoja reputacja zniesie kaprys, od lat nie znosi niczego innego. Konwój pojedzie tam jawnie, główną bramą; służba rezydencji jest zaprzysiężona od trzech pokoleń i będzie co wieczór zapalać światła w twoich pokojach, wnosić posiłki i wynosić je zjedzone. Ktokolwiek patrzy — a ktoś zawsze patrzy — zobaczy panicza, który odpoczywa. Po drugie: jedziesz, słuchasz, ustalasz warunki stałego handlu i wracasz. Nie obiecujesz niczego poza handlem. Nie przyjmujesz niczego poza handlem. Trzy tygodnie, może cztery. Po trzecie… — zawahał się, po raz pierwszy tego wieczoru — …cokolwiek zobaczysz po tamtej stronie, zapamiętaj wszystko i nie zapisuj niczego. Wrócisz i opowiesz mnie. Tylko mnie.

Wstałem. Przy drzwiach zatrzymało mnie jego ostatnie zdanie — wypowiedziane do mapy, nie do mnie, tak cicho, że nie wiedziałem, czy miałem je w ogóle usłyszeć:

— Posyłam wszystko, co mam.

Nie odwróciłem się. Nie umiałem powiedzieć dlaczego. Bałem się sprawdzić, czy powiedział to z żalem, czy z rachunkiem — bo z moim ojcem nigdy nie wiadomo, a są rzeczy, których syn woli nie wiedzieć o człowieku, który właśnie stawia go na mapie jak cynowy znaczek.

Lilianna spała, kiedy wyjeżdżałem — a przynajmniej pozwoliła mi tak myśleć, za co byłem jej wdzięczny, bo pożegnania wychodzą mi gorzej niż skrucha. Zostawiłem jej na toaletce wygraną z naszej ostatniej partii w kości — czternaście orzechów włoskich, dług honorowy — i list, w którym było więcej kłamstw niż orzechów. „W interesach. Wrócę przed jesienią. Nie wygrywaj ze wszystkimi naraz. — A."

Powinienem był napisać coś prawdziwego. Ale prawda była zakazana rozkazem, a poza tym — co miałbym napisać? Że jadę przez góry, o których oboje żartowaliśmy, że są końcem świata? Lilianna była jedynym człowiekiem w tym zamku, z którym milczało mi się uczciwie. Wszystkim innym kłamałem z przyjemnością; jej — z czymś, co uwierało jak kamyk w bucie i czego nie umiałem nazwać.

Wyjechałem jawnie, w biały dzień, główną bramą — konwój do rezydencji wiosennej, panicz na kaprysie, machałem nawet komuś z okna. W rezydencji zjadłem kolację przy otwartych oknach, głośno pochwaliłem kucharkę i poszedłem do sypialni, w której tej nocy zapalono światła. Paliły się tam co wieczór jeszcze długo po tym, jak przestałem pod nimi sypiać. A przed świtem wyszliśmy kuchennym dziedzińcem, w piątkę: ja, trzej ludzie ojca — wybrani osobiście, małomówni tak, że przy nich Miron ze straży mojej żony wyszedłby na gawędziarza — i przewodnik, który czekał na nas za sadem: człowiek północy na żołdzie tamtej strony. Niewysoki, żylasty, owinięty w szarą wełnę po oczy; mówił mało i bezbarwnie, jak ktoś, kto od dawna nie jest z żadnego miejsca, tylko z drogi — i przedstawił się imieniem tak krótkim, że brzmiało jak początek dłuższego: Sef. Ile razy przeszedł tę trasę i czym tamta strona kupiła jego milczenie — pytany o siebie, robił się z wełny.

Szliśmy na południe pięć dni, bocznymi drogami, nocując w szałasach pasterskich, które ktoś przygotował przed nami — z opałem, z wodą, z furażem — i to też zapamiętałem: mój ojciec obmyślił tę drogę tak dawno i tak dokładnie, że nawet szałasy miały swój rozkład. Szóstego dnia oddaliśmy konie milczącemu człowiekowi w ostatniej dolinie i weszliśmy w góry pieszo, ścieżką, która po dwóch godzinach przestała być ścieżką.

A wieczorem szóstego dnia Sef zatrzymał się przy ścianie skalnej, która wyglądała jak każda inna ściana skalna na tym pustkowiu, przyłożył do niej dłoń, jakby sprawdzał, czy śpi — i wprowadził nas w górę.

Nie w wąwóz. Nie w przełęcz. W górę. W jej środek.

Korytarz wykuty w litej skale, biegnący w czerń. Ściany gładko obrobione, ślady dłuta regularne jak pismo. We wnęce kamienna ława i studnia; trzech podróżnych odpoczywa, jeden unosi pochodnię ku sklepieniu.
Szliśmy w głąb litej skały drogą równą jak stół.

Wejście było szczeliną za załomem, niewidoczną z pięciu kroków; za szczeliną był korytarz, a korytarz się nie kończył. Szliśmy w głąb litej skały drogą szeroką na dwóch ludzi z jukami, o stropie tak równym, że w świetle pochodni wyglądał jak sufit, i pierwsze, co pomyślałem — i już wtedy czułem, że ta myśl przynosi mi wstyd — było: „w porządku, jaskinia, góry mają jaskinie". Przez pierwszą godzinę tak się trzymałem. Jaskinia. Przez drugą godzinę zacząłem zauważać rzeczy, których jaskinie nie robią: że korytarz trzyma równy spad, zawsze lekko w dół, jak dobra droga; że co czterysta kroków ściana ma wnękę, a we wnęce kamienną ławę i osmalenia po tysiącach pochodni; że na skrzyżowaniach — bo były skrzyżowania — ktoś wykuł w skale znaki: nie litery, nie runy, strzałki. Zwykłe, uczciwe, urzędowe strzałki — kto kuje tajemnicę na tysiąc lat, ten wie, że tajemnica też musi mieć drogowskazy, bo inaczej zabije tych, którzy ją znają.

— Sef — powiedziałem trzeciego dnia marszu, bo szliśmy już trzeci dzień, nocując we wnękach z ławami, przy studniach, które ktoś wykuł w żywym kamieniu i które po tysiącach lat wciąż trzymały czystą, lodowatą wodę. — Kto to zbudował?

— Ludzie — odparł Sef.

— Kiedy?

— Dawno.

— Ile to jeszcze potrwa?

— Krócej niż wtedy, kiedy pytałeś wczoraj.

Tyle rozmowy było z Sefem. Za to Bors — najstarszy z ludzi ojca, niedźwiedziowaty chłop spod Chmielnej, który przez pierwsze dni odzywał się wyłącznie do jucznego bagażu — gdzieś w połowie drogi pękł, tak jak pękają milczący ludzie: cały naraz.

— Paniczu — zagadał nocą, przy wodzie, kiedy Sef odszedł sprawdzać dalszy korytarz — a panicz se zdaje sprawę, gdzie my idziemy?

— Przez górę, Bors.

— Przez górę... — Pokiwał głową i splunął z szacunkiem w ciemność. — Ja od czternastego roku w kamieniu robiłem, w łomach za Chmielną, zanim mnie do zamku wzięli. To, co my idziemy, to nie jest jaskinia, paniczu. Jaskinia jest głupia — leci, gdzie ją woda poniesie. A to jest kute. Jak długo my idziemy? Trzeci dzień? To niech panicz policzy, ile ludzi i ile lat trzeba, coby tyle kamienia przekuć. Ja liczyłem wczoraj do zaśnięcia i mi wyszło, że tego się nie da. A idziemy tym, czego się nie da, trzeci dzień. — Poskrobał się po brodzie. — I jeszcze jedno panicz zauważy: nigdzie nie śmierdzi. Tyle pochodni, tyle ludzi tędy łazi — a powietrze czyste jak w polu. Ciągnie, znaczy. Ktoś to tak wykuł, żeby ciągnęło. Górnik takie coś widzi i chce się przeżegnać, tylko nie wie do którego boga, bo chyba żaden z naszych czterech przy tym nie robił… No i najgorsze panicz wie.

— Co jest najgorsze, Bors?

— No i najgorsze — dokończyłem za niego z goryczą — że człowiek nie ma się gdzie godnie wysikać. Wszystko kamień i kamień, równy jak stół. Ja rozumiem: cud budownictwa, dzieło pokoleń. Ale krzaczka mogli przewidzieć. Jednego krzaczka na trzy dni drogi.

Bors popatrzył na mnie długo, tak jak się patrzy na szczenię rasowego psa, które nie chce zmoknąć.

— Paniczu — powiedział wreszcie, z wielką łagodnością — ja dwadzieścia lat sikałem, gdzie kamień pozwolił. Kamień zawsze pozwala. To nie kamień jest wybredny.

— A ten smród, co czasem stoi we wnękach, to co? — broniłem się. — Sam mówiłeś, że ciągnie, że powietrze jak w polu.

— Ciągnie, ciągnie. Ale tędy łazi po sto ludzi na tydzień, a sto ludzi to sto pęcherzy, paniczu. Nawet najmądrzejszy komin tyle nie wyciągnie od razu. — Poskrobał się po brodzie i dodał tonem filozofa: — Taka jest prawda o wszystkich wielkich dziełach. Z daleka cud, z bliska trzeba patrzeć, gdzie się staje.

Roześmiałem się wtedy — pierwszy raz od wyjazdu i ostatni na długo — i śmiech poleciał korytarzem w obie strony, w głąb góry, i wrócił zmieniony, obcy, jakby góra oddała mi go po przemyśleniu. Bors miał rację w swojej góralskiej teologii: szliśmy przez rzecz niemożliwą, wykutą przez nikogo dla niewiadomo kogo, i jedyne, co człowiek mógł z tym zrobić, to skarżyć się na brak krzaczka. Zapamiętałem tę lekcję na wszelki wypadek — coś mi mówiło, że po drugiej stronie niemożliwych rzeczy będzie więcej, a krzaczków mniej.

Czwartego dnia minęliśmy dostawę.

Usłyszeliśmy ją na długo, zanim zobaczyliśmy: miarowy, wielonożny chrzęst, jak marsz wojska, tylko bez okrzyków i bez rytmu bębna — sam krok. Sef zjechał nas do szerokiej wnęki i kazał stanąć pod ścianą, a potem korytarzem przeszła karawana: czterdziestu, może pięćdziesięciu tragarzy, po dwóch przy każdej skrzyni zawieszonej na drągu, krok w krok, w milczeniu tak zupełnym, że słychać było skrzypienie rzemieni. Nieśli na północ. Skrzynie były znaczone kredą — cyframi, których nie znałem — a od ich ciężaru drągi uginały się jak łuki. Stal. Miedź. Majątek za majątkiem, płynące przez środek góry do mojego księstwa.

Tragarze mijali nas bez jednego spojrzenia — wszyscy szczupli, ogoleni do skóry, owinięci w tę samą szarą wełnę co Sef — i tylko ostatni w kolumnie, przechodząc, skłonił głowę Sefowi, a Sef jemu, identycznym, oszczędnym ruchem, jak dwa trybiki, które się o siebie otarły.

Nazajutrz minęła nas druga kolumna — i ta szła w przeciwną stronę. Na południe.

W tunelu mija ich kolumna sześćdziesięciu tragarzy: szczupli, ogoleni, w szarej wełnie, po dwóch do drąga, na drągach szare worki ze zbożem. Nikt nie patrzy w bok. Pod ścianą trzej podróżni z północy.
Sto ludzi niesie przez skałę chleb mojego księstwa.

Sześćdziesięciu tragarzy, ten sam bezgłośny, wielonożny krok — ale drągi uginały się pod czymś innym: workami. Zwykłymi, szarymi workami z grubego płótna, wypchanymi równo, po dwa na drąg, i zanim jeszcze poczułem zapach, poznałem kształt, bo widywałem takie worki całe życie przy rozładunku w porcie. A potem karawana zrównała się z naszą wnęką i zapach nie zostawił wątpliwości: suchy, słodkawy, domowy zapach śpichrza.

Zboże.

Stałem pod ścianą wykutego w górze korytarza, na końcu świata, i patrzyłem, jak sześćdziesięciu milczących ludzi niesie przez skałę chleb mojego księstwa — worek za workiem, w stronę kraju, o którym od dziecka powtarzano mi, że ma wszystko. Stal szła na północ. Zboże szło na południe. I nagle rachunki ostatnich miesięcy poprzestawiały mi się w głowie jak kostki w kubku: silosy pełne w jednej trzeciej. Posłowie wolnych miast okłamywani „tylko trochę". Ojciec, który na moje pytanie, czym płaci, nie odpowiedział ani słowem. Płacił chlebem. Za stal, za miedź, za ceny bez cesarskiego cła — chlebem, którego nam samym nie starczało, chlebem z silosów, które pokazywał pełne. Kto na świecie oddaje złoto i stal za worek ziarna? Ten, kto przy pełnym skarbcu umiera z głodu. Nie umiałem sobie wyobrazić, co jest po tamtej stronie — i pierwszy raz od wyjazdu naprawdę się tego bałem.

Za ostatnim workiem szło jeszcze czterech ludzi, którzy nie nieśli zboża. Nieśli — na osobnym drągu, powoli — jedną skrzynię: małą, czarną, okutą, bez żadnego znaku kredy. Tragarze worków trzymali od niej odstęp i szli obok niej trochę szybciej, tak jak przyspiesza się obok cudzego nieszczęścia. Ta skrzynia szła na południe razem z chlebem i nikt nie wyglądał, jakby chciał wiedzieć, co jest w środku.

— Dwie karawany w tydzień — powiedział Sef, kiedy i ten chrzęst ucichł w głębi. Pierwsze zdanie, którego nikt nie wywołał pytaniem. — Wasz ojciec dobrze płaci.

— Czym? — spytałem, bo o tym akurat ojciec nie powiedział mi ani słowa, a księstwo, jak właśnie się dowiedziałem, było bankrutem.

Sef spojrzał na mnie po raz pierwszy tak, jakbym powiedział coś ciekawego.

— Wiesz — stwierdził, patrząc, jak patrzę za workami. Nie było to pytanie, więc nie dostało odpowiedzi. Odwrócił się i ruszył dalej, w dół, na południe, a ja szedłem za nim i już nie pytałem, bo pytania zrobiły się za ciężkie na ten korytarz: mój ojciec płacił chlebem głodnego księstwa — i nie chciał, żebym się o tym dowiedział od niego. I drugi kamyk, obok: ojciec obliczył tę drogę co do dnia, obmyślił nudną prawdę dla dworu, wybrał ludzi, opłacił dostawy — a mnie, dziedzica, wysłał w to wszystko z trzema zasadami i jednym zdaniem o trzech synach. Byłem znaczkiem na mapie. Cynowym, jak tamte. Ktoś mnie przesuwał — i po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, ilu graczy stoi nad planszą.

Piątego dnia zauważyłem, że jeden z ludzi ojca liczy.

Nazywali go między sobą Cichym — nawet Bors, który przecież sam mówił tyle co drzwi — i przez całą drogę nie usłyszałem od niego pełnego zdania. Ale na postojach, przy wodzie, widziałem, jak porusza wargami, zawsze w tym samym rytmie, i jak co wieczór, odwrócony do ściany, przesuwa palcami po rzemieniu u pasa. Rzemień miał węzły. Coraz więcej węzłów.

Podsiadłem się do niego, kiedy Sef odszedł sprawdzać korytarz.

— Liczysz kroki — powiedziałem cicho. Nie było to pytanie, nauczyłem się już tutejszej gramatyki.

Cichy przestał wiązać. Popatrzył na mnie tymi swoimi oczami bez wyrazu, potem na rzemień, potem znów na mnie — i wykonał najdłuższą przemowę, jaką słyszałem od niego kiedykolwiek:

— Rozkaz księcia.

Rozkaz księcia. Siedziałem potem pod ciepłą ścianą i składałem to sobie, węzeł do węzła: droga, o której „nie wolno wiedzieć nikomu", mierzona krok po kroku, skręt po skręcie, na rzemieniu człowieka mojego ojca. Sef prowadził nas przez największą tajemnicę dwóch światów — a mój ojciec, płacąc chlebem i kłaniając się dostawcom, jednocześnie zdejmował z tej tajemnicy miarę, jak krawiec z pleców klienta, który jeszcze o tym nie wie. Nie powiedziałem nic Sefowi. Nie powiedziałem nic nikomu. Wieczorem, zasypiając, zrozumiałem, że właśnie zaczęłem uczestniczyć w sprawach mojego domu — nie wtedy, kiedy zgodziłem się jechać, ale teraz, kiedy pierwszy raz w życiu zataiłem coś z wyboru. Dziwne uczucie. Jakby ktoś dosypał mi ołowiu do butów i powiedział, że tak właśnie chodzą dorośli.

Szóstego dnia marszu powietrze się zmieniło.

Najpierw poszło w górę — pół dnia stromych, kutych stopni, po których Bors wchodził bokiem, klnąc z nabożeństwem — a potem zrobiło się ciepłe. Nie ciepłe jak lato. Ciepłe jak piec, do którego ktoś powoli dokłada; suche, mineralne, pachnące rozgrzanym kamieniem i czymś jeszcze, czego nie znałem, a czego nie umiałem nazwać. Sef kazał nam zostawić we wnęce płaszcze, potem kaftany. Szliśmy pod koniec w samych koszulach, a ściany były ciepłe w dotyku jak bok śpiącego zwierzęcia.

I wtedy, za ostatnim zakrętem, zobaczyłem światło. Nie plamkę — ścianę. Pionową szczelinę wypełnioną blaskiem tak białym i tak gęstym, że wyglądał jak lita substancja, jak brama odlana z rozżarzonego mleka. Sef zatrzymał się przed nią, owinął twarz wełną po same oczy i powiedział, przez tkaninę, swoim bezbarwnym głosem:

— Zamknijcie oczy i wychodźcie po ręce. Patrzeć nauczycie się potem.

Wyszedłem po ręce, z zamkniętymi oczami, z góry, w którą wszedłem po drugiej stronie świata.

Widok z wnętrza tunelu na zewnątrz: kamienny próg w zboczu góry, a za nim pustynia po horyzont, wyprana białym żarem. Trzy sylwetki na progu; jedna zasłania oczy ramieniem.
Zobaczyłem nic. Tyle niczego naraz.

I południe uderzyło mnie w twarz jak otwarta dłoń.

Żar był pierwszy. Zanim jeszcze otworzyłem oczy, zanim cokolwiek zobaczyłem — żar położył mi się na karku, na ramionach, na piersi, całym swoim ciężarem naraz, jakby ktoś narzucił mi na plecy płaszcz uszyty z pieca chlebowego. Powietrze parzyło w nozdrza przy każdym wdechu. Pot wystąpił mi na skórę i wysechł, zanim zdążył spłynąć — poczułem tylko sól, ciasną, ściągającą skórę jak za mała rękawiczka.

Potem otworzyłem oczy i zapomniałem o żarze, bo zobaczyłem nic.

Widziałem morze zimą i góry z bliska — a nigdy, przenigdy nie widziałem tyle niczego naraz. Staliśmy na kamiennym progu w zboczu góry, a przed nami, w dole, zaczynał się świat płaski i płowy, i ciągnął się — nie do horyzontu; horyzont to linia, a tam nie było linii. Piasek przechodził w drganie, drganie w rozbielone niebo, i nigdzie, po żadnej stronie, nie było niczego, na czym oko mogłoby usiąść: ani drzewa, ani dachu, ani dymu, ani ptaka. Na północy niebo jest sufitem. Tu było otchłanią odwróconą do góry nogami — i przysięgam, że przez pierwszych kilka uderzeń serca bałem się nie tego, że w tej pustce coś jest, tylko tego, że nie ma w niej nic, aż po krawędź świata, i że ta pustka teraz wie, że przyszliśmy.

— Bogowie — powiedział za mną Bors, cicho, jak w sanktuarium.

— Nie tutejsi — odparł Sef i zaczął schodzić.

U stóp zbocza, w cieniu skalnego nawisu — cień był tu nie miejscem, lecz dobrem, jak woda; nauczyłem się tego w kwadrans — czekali na nas ludzie. Ośmioro, przy zwierzętach, jakich nie widziałem nigdy: wielbłądy, jak się później dowiedziałem, choć wtedy pomyślałem tylko, że ktoś skrzyżował konia z wydmą i wynik patrzy na mnie z góry z bezbrzeżną pogardą. Ludzie byli owinięci od stóp po oczy w luźne warstwy jasnej tkaniny i przez chwilę — ze wstydem, bo obiecałem sobie po drodze nie kłamać przynajmniej we własnej głowie — przez chwilę szukałem wzrokiem tego, co obiecywały bajki mojego dzieciństwa. Bo na północy o południu opowiada się dzieciom dwie rzeczy: że słońce pali tam ludzi na węgiel, więc ci, co przeżyli, są czarni jak sadza i twardzi jak podeszwa, i że od tego żaru rodzą się pokraki — ludzie-szczury żyjący w norach, ludzie-gargulce o skórze jak spękany kamień. Bzdury, powie każdy dorosły przy świetle dnia. Ale bajki z dzieciństwa nie mieszkają w rozumie; mieszkają niżej, w karku, i odzywają się dokładnie wtedy, kiedy człowiek staje na progu obcego świata z sercem w gardle.

W cieniu skalnego nawisu młoda kobieta o skórze koloru mocno zaparzonej herbaty z miodem, rzeźbionej twarzy i zielonych oczach, właśnie odwinęła chustę. Za nią klęczące wielbłądy i ludzie w jasnych szatach.
Wszystkie bajki mojego dzieciństwa umarły bezpotomnie.

A potem jedna z postaci odwinęła chustę z twarzy i wszystkie bajki mojego dzieciństwa umarły w jednej chwili, bezpotomnie.

Była to kobieta. Młoda — moja rówieśnica, może młodsza — o skórze koloru mocno zaparzonej herbaty z miodem i o twarzy, przy której rzeźbiarze z górnego miasta powinni byli zamknąć warsztaty i zająć się połowem ryb. I nie mówię tu jak mężczyzna, który zobaczył piękną kobietę — piękne kobiety widywałem, żeniono mnie zaocznie z połową północy. Mówię jak człowiek, który zobaczył twarz narysowaną w innej pracowni, wedle innych zasad: łuk brwi, linia szczęki, osadzenie oczu — wszystko o pół tonu inne niż u nas, obce i doskonałe naraz, jak pismo, którego nie umiesz przeczytać, choć widzisz, że jest kaligrafią. Oczy miała ciemnozielone — kolor, którego ta pustynia nie miała prawa wydać — i patrzyła nimi na mnie bez ciekawości, bez wrogości, bez niczego, co umiałbym nazwać. Tak patrzy się na dostawę. Sprawdzająco.

— Aleksander z Arveny — powiedziała. Nie spytała; odhaczyła. Nasz język brzmiał w jej ustach czysto, z ledwie słyszalnym twardym brzegiem przy „r". — Jestem Tamila. Poprowadzę cię do miasta. Wasze ubrania zostają tutaj — w tym, co macie na sobie, do zachodu słońca zostałyby z was bukłaki suszonego mięsa.

Taka była pierwsza rzecz, jaką powiedziała mi ta kobieta — obca, piękna jak wyrok i rozmowna jak Sef, i poganiała nas wzrokiem, kiedy jej ludzie przebierali nas w warstwy jasnej tkaniny, ucząc na migi, jak wiązać chustę na głowie, żeby oddychać przez cień. Bors w powiewnych szatach południa wyglądał jak namiot, który zdezerterował; nie odważyłem się zaśmiać, bo Tamila stała obok, a przy niej śmiech wymagał odwagi, której jeszcze nie zdążyłem odzyskać.

Ruszyliśmy przed zmierzchem, kiedy żar — jak objaśnił nam na migi najstarszy z jej ludzi — „siada". Szliśmy potem nocą, pod gwiazdami tak gęstymi i tak nisko wiszącymi, że wyglądały jak drugi piasek, rozsypany nad pierwszym; szliśmy świtem i wieczorem, a w białe godziny dnia leżeliśmy w cieniu płacht rozpiętych między wielbłądami, i uczyłem się pustyni tak, jak ona uczy: przez skórę. Nauczyłem się, że woda ma tu rangę, jaką u nas ma krew, i że pije się ją na komendę, małymi łykami, wszyscy naraz, bo pragnienie jest zaraźliwe. Nauczyłem się, że piasek nie jest jeden: jest twardy jak klepisko i sypki jak mąka, jest czerwony o świcie, biały w południe i fioletowy o zmierzchu, i że śpiewa — naprawdę śpiewa, niskim, drżącym tonem, kiedy wiatr przesuwa wydmę — a ludzie Tamili na ten dźwięk ani drgną, więc ja też nauczyłem się nie drgnąć, choć za pierwszym razem włosy stanęły mi na karku jak psu.

Trzeciej nocy marszu zobaczyłem pierwszy budynek.

Z początku wziąłem go za skałę — ciemny kształt na tle gwiazd, w połowie zatopiony w wydmie — ale skały nie miewają okien. Sterczał z piasku ukosem, jak dziób tonącego statku: narożnik czegoś, co było kiedyś wieżą albo domem wysokim na pięć naszych kamienic, z rzędami pustych otworów okiennych i ze ścianą gładką jak blat, spojoną tak, że w świetle księżyca nie umiałem dopatrzyć się ani jednej fugi między kamieniami. Stał sam. Dookoła, po horyzont, nie było nic — żadnej drogi, która by do niego wiodła, żadnych ruin obok, żadnego śladu, że cokolwiek kiedykolwiek uzasadniało jego istnienie w tym miejscu.

Nikt z idących nie zwrócił na niego głowy. Więc ja też nie zwróciłem — tylko oczami, do bólu, aż zniknął za nami w ciemności.

„Tu powinien być piach — myślałem, idąc. — Piach, kości i nory. Tak nas uczono. Południe to suchy trzeci świat, z którego przez Kastmar płynie węgiel i stal, bo nic innego tam nie rośnie; barbarzyński kraj kopaczy, którzy siedzą pod ziemią, bo na ziemi żyć się nie da." Tak mówiły mapy, bajki i cła. A z piasku sterczał narożnik budowli, przy której pałac mojego ojca był stodołą, i nikt nie uważał tego za warte spojrzenia.

Pustynia nocą pod gęstymi gwiazdami. Z wydm wystają: kamienny łuk bramy prowadzącej z piasku w piasek, rząd kolumn niosących nic, przechylona ściana z trzema oknami. W oddali mały karawan dla skali.
Wystawały z wydm jak palce topielców.

Czwartej nocy budynków było więcej. Wystawały z wydm jak palce topielców: łuk bramy prowadzącej z piasku w piasek; rząd kolumn niosących nic; ściana z ciemnozielonego kamienia, gładka i chłodna — dotknąłem jej, kiedy nikt nie patrzył, i cofnąłem rękę, bo w środku tego żaru kamień był zimny, a ja nie chciałem wiedzieć dlaczego. Szliśmy przez to wszystko w milczeniu, które narzucała Tamila samym swoim krokiem; odzywała się może sześć razy na dobę, komendy krótkie jak cięcia: postój, woda, idziemy, cień. Analizowałem ją tak samo, jak analizowałem budynki, bo nic innego mi nie zostawiono: szła pierwsza, zawsze, nawet przed swoim najstarszym przewodnikiem; jej ludzie nie tyle słuchali jej rozkazów, ile obserwowali ją bez przerwy, kątem oka, jak żeglarze obserwują niebo; i ani razu, ani jednego razu przez te wszystkie noce, nie widziałem, żeby na cokolwiek z mijanych ruin spojrzała wprost.

Burza piaskowa o zmierzchu. Ściana ochrowego pyłu pochłania horyzont, wielbłądy klęczą z szyjami płasko na piasku, między nimi ludzie pod przybitymi płachtami. Piasek płynie poziomymi wstęgami.
Pustynia pokazała nam, kto tu ustala porządek dnia.

A między czwartą a piątą nocą pustynia pokazała nam, kto tu ustala porządek dnia.

Zaczęło się od tego, że wielbłądy stanęły. Wszystkie naraz, bez komendy, i zaczęły klękać — a ludzie Tamili w tej samej chwili rzucili się do juków, jakby klękający wielbłąd był rozkazem na piśmie. Na południowym horyzoncie stała ściana. Nie chmura: ściana, brunatna, wysoka na pół nieba, i szła na nas z niskim, rosnącym szumem, od którego cierpła skóra. — Piach idzie! — krzyknęła do nas Tamila w naszej mowie: dwa słowa na coś, co wyglądało jak koniec świata w kolorze rdzy.

Przeczekaliśmy to pod płachtami, wciśnięci między klęczące zwierzęta, po dwoje pod jedną tkaniną — mnie przypadło leżeć ramię w ramię z Borsem, który przez trzy godziny ryku, ciemności i piasku bijącego w płachtę jak grad recytował mi półgłosem wszystkie modlitwy, jakie znał, w kolejności od Caldo do Denvira, a potem od początku. Piasek wchodził wszędzie: w oczy pod zaciśniętymi powiekami, w zęby przez zaciśnięte wargi, w myśli. Kiedy szum wreszcie odszedł na północ i odkopaliśmy się spod płacht, świat był przemeblowany: wydmy, które wieczorem miały kształty, miały teraz inne kształty, nasz szlak nie istniał, a sto kroków od obozu, tam gdzie wczoraj była tylko pofalowana pustka, stało — odkopane przez burzę jak zabawka spod śniegu — półkole kamiennych łuków.

Amfiteatr. Mały; ledwie na parę tysięcy ludzi, oceniłem, i dopiero po chwili usłyszałem własną myśl i zrobiło mi się zimno mimo żaru: ledwie. Na parę tysięcy. Szedłem przez ten świat szósty dzień i już mówiłem „ledwie" o budowli większej niż nasza sala audiencyjna z przyległościami.

Ludzie Tamili obeszli odkopane łuki bez jednego spojrzenia, tak jak omija się kałużę. Jeden splunął przez ramię — nie ze wzgardy, poznałem po geście: to był ich znak na umarłe rzeczy, taki jak u nas dotknięcie czterech ramion. I poszliśmy dalej, a ja obejrzałem się dwa razy, bo zrozumiałem rzecz, która zmieniała wszystkie poprzednie: takich budowli nie była tu jedna. One leżały pod całą tą pustynią, gęsto, jak rodzynki w cieście — a piach tylko czasem, dla kaprysu, pokazywał którąś na chwilę, zanim znów przykryje.

Piątej nocy zrozumiałem dlaczego. Bo piątej nocy zobaczyliśmy koloseum.

Kolosalny kamienny amfiteatr stojący zupełnie sam na pustynnej niecce w świetle wysokiego księżyca. Cztery kondygnacje arkad, setki łuków, piasek nawiany na jeden bok. U bramy karawana wielbłądów wielkości mrówek.
Zbudowane, by trwać dłużej niż my.

Księżyc stał wysoko, wydmy zeszły nagle w dół, w rozległą, płaską nieckę — i pośrodku tej niecki, samotne jak góra, stało naczynie z kamienia, w którym zmieściłoby się całe moje miasto. Nie przesadzam dla efektu; liczyłem. Krąg murów wysokości naszej zamkowej baszty — a to był, jak się dało poznać po rzędach łuków, ledwie dolny pierścień; wyżej piętrzyły się następne, łuk nad łukiem, kondygnacja nad kondygnacją, aż po wyszczerbioną koronę, w której brakowało całych segmentów, jakby ktoś wygryzł je z kamienia. Piasek wlewał się do środka przez wyłomy szerokim, zastygłym językiem. Przez najbliższy łuk — wysoki jak nasza Brama Portowa — widać było wnętrze: rzędy, rzędy, rzędy kamiennych siedzeń, wznoszące się kręgami w ciemność, tysiące, dziesiątki tysięcy miejsc, obrócone ku zasypanej arenie, na której nie działo się nic i nie miało się już nigdy dziać nic.

I stało to samo — a właśnie ta samotność, czułem, nie da mi dzisiaj zasnąć. Nie w mieście. Nie przy drodze. Żadnych ruin wokół, żadnych fundamentów, żadnego śladu ulic. Sama pustynia, po horyzont, i pośrodku niej — miejsce zgromadzeń na sto tysięcy ludzi.

Kto stawia coś takiego na pustkowiu? Nikt. Nikt nie stawia czegoś takiego na pustkowiu — i to była jedyna odpowiedź, której potrzebowałem, i dokładnie ta, do której nie chciałem dopuścić: że to nie budowla stała na pustkowiu. Że to pustkowie przyszło do budowli. Że tam, gdzie szliśmy — te wydmy, ta niecka, te śpiewające zbocza piasku — było kiedyś coś, co potrzebowało stu tysięcy miejsc siedzących w jeden wieczór. Miasto. Miasta. Pod moimi stopami, na głębokości, której nie chciałem sobie wyobrażać, leżały ulice.

Szedłem obok tego wszystkiego z twarzą, nad którą pracowałem od dziecka — twarzą do kart, do rady, do ojca; twarzą człowieka, którego nic nie rusza, bo wszystko już widział — i wydawało mi się, że nieźle mi idzie. Nie zapytałem o nic. Nie zatrzymałem się. Raz tylko, przy samym koloseum, pozwoliłem sobie zwolnić o pół kroku, żeby przeczytać wzrokiem napis wykuty nad wielkim łukiem — litery wysokie na człowieka, obłe, piękne, z języka, którego nie znałem — i zaraz nadrobiłem tempo, ziewając dyskretnie, jak człowiek znudzony długim marszem.

Tamtej nocy, w cieniu tej budowli, po raz pierwszy od wyjścia z domu pomyślałem o Liliannie — i myśl przyszła krzywa, niewygodna, jak wszystkie moje najprawdziwsze. Zostawiłem jej czternaście orzechów i list pełen kłamstw, a teraz szedłem przez cmentarz świata, o którym ona nie dowie się nigdy, i łapałem się na tym, że układam jej to wszystko w głowie do opowiedzenia: posłuchaj, wygrana, tam stoi kamienne naczynie większe niż nasze miasto. Bo taką mieliśmy walutę, przez te wszystkie lata w naszej celi na dwie osoby: przynosiło się drugiemu świat w opowieściach, skoro nie można było przynieść świata. Zabroniono mi jej opowiedzieć. Rozkaz był rozkazem, racja stanu racją stanu — a mimo to czułem się, jakbym wyniósł z domu coś wspólnego i sprzedał po drodze. Tęskniłem za nią — nie umiałem tej tęsknocie dać nazwiska i ostrożnie go nie szukałem — i wstydziłem się listu, i jednocześnie — oto cała prawda o Aleksandrze z Arveny — czułem lekkość, podłą, cudowną lekkość człowieka, który pierwszy raz w życiu jest daleko od wszystkiego, co go nazywa. Wszystkie te trzy rzeczy naraz. Ojciec by tego nie zrozumiał. Ojciec czuje jedną rzecz naraz, najwyżej dwie, i obie sprawdzone.

Małe ognisko na piasku nocą. Po drugiej stronie płomieni siedzi Tamila w jasnych szatach, grzebiąc patykiem w ogniu, twarz oświetlona od dołu. Bliżej, nieostro, młody mężczyzna z północy przerwał zdanie w połowie.
Od pięciu nocy skręcasz głowę za wszystkim, co mijamy.

Wieczorem, na postoju, kiedy jej ludzie rozpinali płachty, a Bors uczył najstarszego przewodnika gry w kości na kamyki — obaj bez jednego wspólnego słowa, za to w świetnej komitywie — Tamila podeszła i usiadła naprzeciw mnie, po drugiej stronie małego, oszczędnego ognia z suchego zielska. Pierwszy raz z własnej woli.

Milczała długo. Grzebała patykiem w ogniu, a ja patrzyłem na jej twarz w pomarańczowym świetle i układałem sobie w głowie zdania otwierające — lekkie, dworne, sprawdzone na stu ucztach — i wszystkie brzmiały w tym miejscu jak brzęk cynowej łyżki o dno pustego garnka.

— Boli cię kark — powiedziała w końcu, nie podnosząc wzroku. — Od pięciu nocy.

— Słucham?

— Od pięciu nocy skręcasz głowę za wszystkim, co mijamy, tak, żeby nie skręcać głowy. — Podniosła oczy; w świetle ognia ta zieleń była już zupełnie bezczelna. — Patrzysz na ruiny uszami, panie z Arveny. Kątem oka. Połową obrotu. Zwalniasz o pół kroku i nadrabiasz ziewaniem. Moi ludzie robią zakłady, przy którym budynku pęknie ci szyja.

Ogień strzelił. Bors przegrał kamyk i zaklął z uczuciem.

— Wygrał ktoś? — spytałem, bo z dwóch rzeczy, które umiem naprawdę dobrze, pierwsza to kości, a druga to wiedzieć, kiedy udawanie umarło.

— Jeszcze nie. Obstawiłam koloseum w drodze powrotnej. — Powiedziała to zupełnie poważnie i dopiero po trzech uderzeniach serca zrozumiałem, że po tej twarzy uśmiechy nie chodzą po wierzchu; chodzą spodem, jak woda pod piaskiem. — Możesz pytać, Aleksandrze z Arveny. Od tego jestem. Do miasta zostały dwie noce; starczy na wiele pytań.

Miałem ich tysiąc. Wybrałem — sam nie wiedziałem czemu — nie to o stal, nie to o handel, nie to, po co wezwali dziedzica.

— Ten napis nad bramą koloseum. Co znaczy?

Tamila patrzyła na mnie długo. Coś przeszło po jej twarzy — spodem, jak te uśmiechy — i nie był to uśmiech.

— „Zbudowane, by trwać dłużej niż my" — powiedziała. — To stara inskrypcja. Kładziono ją na budowlach publicznych.

— Publicznych — powtórzyłem. — Pani. Tam jest sto tysięcy miejsc. Pośrodku pustki. Po co komukolwiek, kiedykolwiek, sto tysięcy miejsc TUTAJ?

I wtedy zobaczyłem rzecz, której nie widziałem u niej przez pięć nocy marszu: Tamila nie zrozumiała pytania. Nie udawała — widziałem, jak go szuka, jak obraca je w głowie i odkłada, jak klucz, który nie pasuje do żadnych drzwi.

— To jest budowla przytraktowa — powiedziała w końcu, powoli, tonem, jakim tłumaczy się dziecku, że woda jest mokra. — Eliminacje. Rzeczy… wstępne. — Zmarszczyła brwi. — Nie rozumiem, co cię dziwi.

— Nie rozumiesz, co mnie… — Zabrakło mi języka. — U nas największa budowla północy to sanktuarium w moim mieście. Weszłoby w tę waszą „budowlę przytraktową" osiem razy. Może dziesięć.

Któryś z jej ludzi — ten najstarszy, partner Borsa od kości — powiedział coś w ich mowie, miękkiej i śpiewnej, z tym przetaczającym się „r", od którego każde zdanie brzmiało jak toczony kamyk — i wokół ognia przeszedł cichy śmiech. Tamila przetłumaczyła bezbarwnie, nie pytana:

— Mówi: północny pan dziwi się przydrożnej budce. Mówi: niech poczeka, aż zobaczy jakieś małe miasto.

— Małe — powtórzyłem.

— Małe — potwierdziła.

Tamila nie śmiała się z innymi. Patrzyła na mnie przez ogień z tym swoim składającym spojrzeniem — i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że ta przepaść ma dwa brzegi: że ona wie o moim świecie z nauki, z opisów, z cudzych ust, tak jak ja o jej — i że opisy zawsze pomijają najważniejsze — bo pomijają to, co robi z człowiekiem patrzenie. Ona nie widziała nigdy naszych miast. Uczyli ją o nich — i może w jej głowie moja Arvena była garścią pokracznych kamiennych zamków ulepionych na skale przez ludzi, którzy nigdy nie mieli dość: dość kamienia, dość wody, dość spokoju. Siedzieliśmy po dwóch stronach ognia jak dwa atlasy pełne błędów.

Wstała, otrzepała szaty z piasku jednym ruchem i dodała, już odchodząc, głosem równym jak wszystkie jej komendy: — Mieli rację. Śpij, panie z Arveny. Jutro nauczysz się reszty.