II · Cisza pod kamieniem

Umarli nie kłamią · rozdział drugi

Cisza pod kamieniem

czytania

Za drzwiami z dwoma malowidłami była sala niska i zimna, wykuta w żywej skale. Pośrodku, na kamiennych postumentach, stały dwa sarkofagi — duży i mały — a wokół nich, w słabym świetle pochodni, czekało pięć postaci w czarnych płaszczach z kapturami. Szósty kaptur wszedł razem ze mną i stanął pół kroku za moim ramieniem; przez trzy dni drogi zdążyłam nauczyć się tej obecności tak, że rozpoznałabym ją w zupełnej ciemności.

Niska sala wykuta w skale. Na kamiennych postumentach dwa zamknięte sarkofagi — dorosły i dziecięcy. Wokół czterej nieruchomi zakonnicy w czarnych kapturach z pochodniami.
Sala niska i zimna, wykuta w żywej skale.

Rozpoznałam też jednego z czekających — nie po twarzy, bo twarzy nie było widać, ale po dłoniach. Wincenty w chwilach napięcia miał swój jedyny tik: kciuk wędrował po opuszkach pozostałych palców, od wskazującego do małego i z powrotem, jakby liczył coś, co nie chce się zgodzić. Widziałam ten ruch może trzy razy. Tej nocy nie ustawał ani na chwilę.

Jak się tu dostał, wyprzedzając nas o pół dnia, nie musiałam pytać. Will wspomniał w drodze o drugim szlaku dla braci — jaskiniami, wspinaczką, drogą, po której nie prowadzi się dam ani koni. Wyobraziłam sobie mojego ogrodnika wiszącego na linie nad przepaścią, z konewką przytroczoną do pasa, i w tej ponurej sali musiałam ugryźć się w policzek.

Nikt nie mówił. W zakonie milczenie nie było brakiem rozmowy, tylko osobnym językiem: to, że nikt mnie nie powitał, znaczyło, że wszystko idzie zgodnie z planem. Stanęłam tam, gdzie wskazano mi ruchem dłoni — między dwoma braćmi, na wprost sarkofagów — i czekałam, tak jak wszyscy.

Czekaliśmy długo. A potem usłyszałam go, zanim go zobaczyłam.

Kroki w korytarzu krypty nie szły — maszerowały, dudniły, obwieszczały się. Do sali wszedł mężczyzna, który nawet w progu własnego grobowca rodzinnego wchodził jak na defiladę. Był ogromny — nie tłusty, po prostu zbudowany w skali, w której nie buduje się już ludzi, tylko bramy — a jego zbroję pokrywały drogie kamienie w ilości, od której bolały oczy. To nie była zbroja do walki. To była zbroja do bycia oglądanym. Lord Vargan, przywódca klanów górskich, pan Tulugi i połowy przedgórza — człowiek, którego nazwisko wymawiano w Arvenie tak, jak wymawia się nazwy chorób. Nie wyglądał na zrozpaczonego. Nie wyglądał nawet na przygnębionego. Wyglądał jak człowiek, któremu ukradziono coś z majątku i który przyszedł ustalić winnych.

— Dziękuję za szybkie przybycie. — Głos miał do pary z resztą: łamiący, przywykły do wydawania rozkazów przez szum górskiej rzeki. — Już wiecie, kto im to zrobił?

— Nigdy nie zaczynamy sami — odparł jeden z kapturów, ten, który stał najbliżej sarkofagów. Mówca. Jego głos był niski i bezbarwny, wyćwiczony tak, żeby nie dało się z niego wyczytać ani wieku, ani pochodzenia. To do jego ucha miałam dziś szeptać.

Na skinienie mówcy czterej bracia podeszli do większego sarkofagu. Kamienna płyta zgrzytnęła o kamień — dźwięk, od którego zawsze cierpła mi skóra, jakby góra przeciągała się we śnie — i odsunęła się na bok.

Zobaczyłam kobietę z malowidła.

Otwarty sarkofag w blasku pochodni. Młoda kobieta o łagodnym owalu twarzy i starannie ułożonych ciemnych włosach leży jak we śnie, bez ran, z dłońmi złożonymi.
Zobaczyłam kobietę z malowidła.

Była piękna nawet teraz. Młoda, o łagodnym owalu twarzy, z ciemnymi włosami ułożonymi starannie przez czyjeś obce, opłacone ręce. Bladość śmierci przykryto pudrem, ale spod pudru, na policzku i skroni, przebijały fioletowe cienie — siniaki, których żadna szminka świata nie umiała już cofnąć. Potem odsunięto mniejszą płytę i było gorzej, bo pod nią leżał chłopiec, może pięcioletni, z rzęsami tak długimi, że wyglądał na śpiącego, i musiałam sobie bardzo szybko i bardzo stanowczo przypomnieć, po co tu jestem.

Teraz była moja kolej.

Podeszłam do sarkofagu tak, jak uczono: powoli, rytualnie, z rękami uniesionymi na wysokość piersi. Wiedziałam, że Vargan na mnie patrzy — czułam to spojrzenie na plecach jak rękę. Dla niego byłam bezimiennym kapturem, narzędziem zakonu, wiedźmą albo świętą, zależnie od tego, w co wierzył. Wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy i dotknęłam dłoni zmarłej.

I nie stało się nic.

Zimno nie przyszło. Świat nie zgasł. Pod palcami miałam chłodną, obcą skórę umarłej kobiety — i tylko tyle: skórę, chłód, ciszę. Żadnej mgły, żadnego światła, żadnego cudzego ostatniego oddechu. Cisza. Taka sama cisza jak pod każdym zwykłym kamieniem.

Przez jedno uderzenie serca stałam na krawędzi paniki głębszej niż wszystko, co znałam. Dar był jedyną rzeczą na świecie, która była naprawdę moja — nie nadana, nie wżeniona, nie przywieziona statkiem bez bandery. Moja. I właśnie milczał. Czy dary się kończą? Czy zużyłam go w trumnie Benka, dwie noce temu, na wizji, o której nikomu nie powiedziałam — i teraz, kiedy patrzyło na mnie pięciu braci i lord klanów, zostałam z pustymi rękami?

Nie mogłam tego sprawdzić. Mogłam tylko grać.

Nie wiedziałam, jak wyglądam z zewnątrz podczas prawdziwej wizji — nikt mi nigdy nie powiedział, a ja nie pytałam, bo po co. Zacisnęłam więc dłoń na dłoni zmarłej, wstrzymałam oddech, aż zapiekły mnie płuca, i pozwoliłam ramionom zadrżeć — odrobinę, potem mocniej. Odliczyłam w głowie sto uderzeń serca. Rozluźniłam się. Otworzyłam oczy.

Nikt się nie poruszył. Gra przeszła.

Z chłopcem było tak samo — i tym razem, pod warstwą strachu o siebie, drgnęło coś jeszcze, cichsze i wstydliwsze: ulga. Nie chciałam widzieć śmierci dziecka. Nie chciałam nieść jej potem w sobie przez tygodnie, jak nosiłam inne. Bałam się, że straciłam dar, i byłam wdzięczna, że milczy — jedno i drugie naraz, jedno i drugie prawdziwe.

Skoro dar milczał, zostały mi oczy. Pochyliłam się nad ciałami tak, jak pochyla się wiedźma w transie, i patrzyłam. Siniaki — na niej i na nim. Stare i nowsze, warstwami, jak słoje w drewnie: te blade, żółknące, miały tygodnie; te fioletowe — dni. Ktoś bił tę kobietę długo i regularnie, a na końcu bił mocno. Ale twarz, choć poobijana, nie nosiła śladu ciosu, który zabija. Pobicie takie jak to boli tak, że chce się umrzeć. Samo w sobie nie zabija.

Podeszłam do mówcy, uniosłam się na palce i zaczęłam szeptać.

— Pobicie mogło nie być przyczyną śmierci — zabrzmiał w sali bas mówcy, równy i obcy, niosący moje słowa jak taca.

— On je otruł, prawda?! — Vargan uderzył otwartą dłonią w ścianę tak, że z sufitu sypnął się pył.

On. Więc był jeszcze jakiś „on". Miałam trop — podany na złotej tacy przez człowieka, który nie umiał czekać. Wróciłam do ucha mówcy.

— Gdzie jest jego ciało? — spytał bas.

— W worku, na zewnątrz. — Tym razem głos lorda był cichszy i przez to gorszy. — Kazałem go rzucić na stertę, ze śmieciami i starymi derkami. Miało pójść z dymem, jak się uzbiera reszta; z ogniem się nie spieszyłem. — Umilkł na chwilę, jakby przeżuwał własne słowa. — Jeden z moich ludzi powiedział: panie, weź go, tak jakby co. Skoro wieziesz tych dwoje do czytających, niech przeczytają i jego. — Splunął na posadzkę własnego rodowego grobowca. — Więc go wzięli. Prosto ze sterty. Mam nadzieję, że było warto.

Trzy czarne płaszcze ruszyły ku wyjściu i ja z nimi. Czwarty — ten, którego obecność umiałam już rozpoznać w ciemności — poszedł pół kroku za mną. Vargan został w krypcie, sam na sam z otwartymi sarkofagami. W progu obejrzałam się raz: stał nad ciałem żony, nieruchomy jak jego defiladowa zbroja, i patrzył na nią tak, że po raz pierwszy tej nocy nie umiałam nazwać tego, co widzę. To nie był żal. Ale nie była to też obojętność. Tak patrzy człowiek na rzecz, która ośmieliła się przestać być jego.

Przed bramą cmentarza czekało kilku zbrojnych — ludzi Vargana, wynajętych chyba prosto z przydrożnego rowu, sądząc po tym, jak nosili broń. Mówca odprawił ich jednym zdaniem i gestem, którego nie ośmielili się przedyskutować; odeszli wzdłuż muru, oglądając się przez ramię częściej, niż wypada zbrojnym.

Worek leżał pod murem, tam, gdzie go rzucili.

Bracia rozwiązali go i wysunęli ciało na trawę tak delikatnie, jak pozwalał ciężar — ale na delikatność było o wiele, wiele za późno. Mężczyznę wleczono. Długo, po kamieniach; żwir i droga starły mu rysy tak, że twarz przestała być twarzą. Na fioletowych sińcach — takich samych warstwach jak u niej — leżały czerwone, wzdłużne pręgi. Ktoś bił go czymś długim i giętkim, metodycznie, z przerwami, żeby starczyło na dłużej.

Stałam nad nim i bałam się go dotknąć.

Nie z obrzydzenia. Widziałam już gorsze rzeczy i nauczyłam się, że umarłym nie okazuje się wstrętu, bo to ostatnia niesprawiedliwość, jaka może ich spotkać. Bałam się ciszy. Jeśli i tu nie będzie nic — jeśli dotknę i usłyszę tylko chłód — to znaczy, że wiedźma z Arveny skończyła się tej wiosny, a razem z nią jedyna wersja mnie, którą było warto być.

— Cokolwiek się stanie — powiedział cicho Will, tak cicho, że słyszałam tylko ja — stoję za tobą.

Nie wiedział, co się dzieje. Nie mógł wiedzieć — a jednak wybrał najlepsze zdanie ze wszystkich możliwych: nie „dasz radę", nie „co się dzieje", tylko: stoję za tobą. Wzięłam oddech.

Złapałam zmarłego za ramię.

Zimno uderzyło jak fala przez wyrwę w falochronie. Od palców w nadgarstek, w ramię, w kark — serce podeszło mi pod gardło, oddech zniknął, świat zgasł i zapalił się od nowa, nie mój. Nigdy w życiu nie byłam równie szczęśliwa, że tonę.

Drewniany dwór o zmierzchu: ganek na kolumnach z okorowanych pni, fontanna, ciepłe okna. Rudobrody mężczyzna wali w drzwi, z których wybiega kobieta w podróżnym płaszczu z małym chłopcem.
Piękny, długi, z gankiem wspartym na kolumnach z okorowanych pni.

Zobaczyłam drewniany dwór.

Piękny, długi, z gankiem wspartym na kolumnach z okorowanych pni, ustawiony podkową wokół fontanny. Zmierzchało. Obraz był rozmyty na brzegach — od śmierci minęły dni, a czas rozpuszcza wspomnienia jak woda cukier — ale środek trzymał się ostro. Do drzwi biegł mężczyzna. Młody, w prostym ubraniu ogrodnika czy stajennego, z krótkimi jasnymi włosami i długą rudą brodą. Nie przypominał w niczym rzeczy, którą przed chwilą wysunięto z worka. Miał twarz. Miał niebieskie, przestraszone, dobre oczy. Zapamiętałam je od razu i wiedziałam, że zostaną mi na tygodnie.

— Ela! Szybko, nie mamy więcej czasu! — Walił w drzwi otwartą dłonią. — Ela!

Drzwi otworzyły się i wybiegła z nich kobieta z malowidła — żywa, w podróżnym płaszczu, ciągnąca za rękę małego chłopca. Biegli. Ja biegłam z nimi, przywiązana do rudobrodego niewidzialną nicią wizji, nie dłuższą niż dwa kroki; taka stara śmierć nie pozwala się oddalić. Za nami malał dwór z fontanną, przed nami z półmroku wyrastały dwa osiodłane konie.

— Ela, uwierz mi. Uda się. — Rudobrody złapał ją za ramiona. Głos mu drżał, ale ręce nie. — To jedyny sposób, żeby się od niego uwolnić. Pamiętaj: on musi widzieć. Rozumiesz? Musi widzieć na własne oczy, inaczej nigdy nie przestanie szukać.

Wtedy zobaczyłam fiolki. Dwie — małe, ciemne, zalakowane. Jedną zatrzymała. Drugą, ostrożnie, jak się podaje dziecku coś kruchego, oddała małemu.

Kamienista plaża o pierwszym świetle. Wywrócona łódź rybacka, przy niej nieruchomy mężczyzna i pusta ciemna fiolka. Bliżej wody klęczy kobieta tuląca małego chłopca. W oddali odchodzi zbrojny.
Obraz pękł.

Obraz pękł.

Ciemność, a w ciemności dźwięki — wizja umierała brzegami, został sam środek, sam słuch: uderzenia. Miarowe, mokre, straszne. I głos kobiety, rozdarty:

— Przestań! Zabijesz go! Jeśli Aron zginie, ja też, przysięgam ci to, łajdaku!

Obraz wrócił szarpnięciem: kawałek kamienistej plaży o świcie, wywrócona łódź rybacka na piachu, a dalej, na płyciźnie, druga — czekająca, z masztem kładącym się na wietrze. Prawie im się udało. Prawie. Vargan stał nad rudobrodym — nad Aronem — bez swojej defiladowej zbroi, w samej koszuli, i bił go czymś, co kiedyś było wędzidłem, a teraz było tym, czym uczynił je gniew. Aron już się nie zasłaniał. Leżał między nim a nią i nie mógł wstać.

— Ty głupia babo. — Vargan nie krzyczał. To było najgorsze: mówił spokojnie, rytmicznie, w takt uderzeń. — Chciałaś mnie zostawić. Mnie. Dla parobka.

I wtedy rzucił się na nią — i już wiedziałam, skąd były warstwy sińców, wszystkie ich pokolenia — a mały stał przy matce i nie płakał, i to niepłakanie pięciolatka było najgłośniejszą rzeczą w całej wizji.

— Vargan. — Aron nie wstał; z takich pobić się nie wstaje. Podciągnął się na łokciu po burcie wywróconej łodzi, cal po calu, aż zdołał usiąść — i było w tym więcej wysiłku, niż widziałam kiedykolwiek u człowieka zdrowego. Podniósł głowę i spojrzał lordowi klanów w oczy z dołu, z piasku, przez krew. — Nie dam ci tej satysfakcji.

Otworzył fiolkę i wypił.

Padł po kilku uderzeniach serca, jak drzewo — nie zgiął się, runął. A Ela złapała małego za rękę, spojrzała na Vargana — nie z lękiem; z czymś, co było zimniejsze od wszystkiego na tej plaży — i powiedziała:

— Teraz, kochanie. Zaufaj mi. — I do męża, wyraźnie, żeby słyszał do końca życia: — Spotkamy się w piekle.

Wypili oboje.

Mały osunął się pierwszy, miękko, jak dziecko zasypiające w pół zabawy. Ela stała o kilka uderzeń serca dłużej — patrzyła na Vargana i czekała, jakby chciała mieć pewność, że widzi — a potem serum podcięło i ją.

I wtedy lord klanów rzucił się na padającą.

Nie wiem, jak długo ją bił. W wizji nie ma zegarów, jest tylko to, czego nie można przestać widzieć. Bił ją z nienawiścią tak czystą, że aż cichą — kobietę, która już nie czuła, która leżała w piasku jak rzecz — i darł się przy tym bez słów, samym gardłem. Jego ludzie stali wokół jak słupy. Aż jeden z nich, starszy, siwy, złapał go za ramię:

— Panie, dość! Niech dokończy trucizna! — Szarpał go z całych sił i wołał mu prosto w ucho: — Bić to jedno, a zabić to drugie! Jeśli umrze od twojej ręki, twój patron cię nie puści — za żonę nie puszcza nikt!

Odrywali go we trzech. A potem stało się coś, czego nie zrozumiałabym, gdybym nie patrzyła na to od środka jego świata: lord klanów upadł na kolana w piach, obok kobiety, którą przed chwilą katował, i znieruchomiał. Patrzył na nią długo. Bez ruchu. Bez oddechu prawie.

— Trucizna nie zdążyła — powiedział wreszcie, całkiem cicho. — To ja. To ja ją zabiłem.

I nagle ryknął — a ten ryk był tym samym nieludzkim krzykiem, po którym w gardle nie zostaje nic:

— RATUJCIE JĄ! Wody! Ona to zrobiła specjalnie! Wiedziała, że nie wytrzymam, miała rację, głupie babsko, wiedziała — RATUJCIE TĘ SUKĘ!

Ratowali. Za późno i nie to, co trzeba, ale ratowali — a lord klanów klęczał w piasku i patrzył na swoje ręce.

Potem była ciemność. Ale wizja się nie skończyła. Zwykle w chwili zgonu wszystko gaśnie, jak zdmuchnięta świeca. Tu obraz trwał, rozmyty, kołyszący: deski, skrzypienie osi, płótno.

Noc. Prosty chłopski wóz z latarnią sztormową. Na deskach trzy szczelnie zawinięte w płótno kształty ułożone rzędem — dwa długie i jeden krótki, dziecięcy.
Jeden wóz, trzy worki ułożone rzędem.

Wóz z umarłymi — jeden wóz, trzy worki ułożone rzędem, i to było najokrutniejsze ze wszystkiego, co zobaczyłam tamtej nocy. Panią klanów wozi się osobno, na wyściełanym wozie, z płaczkami i strażą; parobka wiezie się byle jak albo wcale. Vargan kazał załadować wszystkich troje razem, jak worki z solą, i słyszałam w wizji echo tego rozkazu, rzucone gdzieś nad plażą jego spokojnym, strasznym głosem: „Skoro tak go chciała, niech z nim jedzie". Dwa worki były czyste, białe, przygotowane porządnie. Trzeci — sfatygowany, ciemny od kurzu drogi, w miejscach przetarty do dziury.

Ten trzeci przestał się w pewnej chwili różnić od desek, na których leżał. Tak wygląda śmierć, kiedy przychodzi po kogoś po raz drugi, po cichu, bez świadków: krwotok gdzieś głęboko, pod połamanymi żebrami, kropla po kropli, na wybojach traktu. Tu, na tym wozie, skończył się Aron. I tu skończyła się moja wizja.

Ocknęłam się na kolanach, na trawie, z ręką wciąż na jego ramieniu. Ktoś klęczał obok, nie dotykając mnie — czekał, aż wrócę, tak jak czeka się na kogoś przy wynurzeniu, nie wciągając go za włosy. Trzy dni. Wystarczyły mu trzy dni, żeby wiedzieć o moim darze więcej, niż dwór wiedział o mnie przez dwadzieścia jeden lat.

Wstałam. Wróciliśmy do krypty i pierwsze, co zrobiłam, to podeszłam do mówcy.

Szeptałam długo. Bas mówcy przełożył to na trzy zdania:

— Wszyscy troje zginęli od trucizny. Także Aron — jego pobicie dokonało dzieła później, w drodze. Nikogo nie zabiłeś własną ręką, lordzie.

Na dźwięk imienia parobka — imienia, którego nie znał nikt poza nim — Vargan drgnął, jakby go coś ukąsiło pod zbroją. Spojrzał na nasze kaptury po kolei, powoli, jakby chciał zapamiętać coś, czego nie widział. Potem obrócił się i wyszedł bez słowa. Jego kroki dudniły w korytarzu długo, coraz ciszej, aż zostały z nich tylko drgania w kamieniu, a potem nic.

Dopiero teraz, patrząc na pusty korytarz, po którym jeszcze drżało echo jego kroków, zrozumiałam, po co lord klanów ściągnął zakon przez pół gór i zapłacił cenę, o którą Wincenty nie pozwalał pytać. Nie z żalu. Z rachunku, przy którym żal jest tani: musiał usłyszeć od kogoś, kto widzi, że zabiła ich trucizna — nie jego ręce. Bo bić żonę to jedno, a zabić to drugie, i po tamtej stronie „drugiego" czekał jego patron. „Spotkamy się w piekle" — powiedziała mu na plaży. Teraz wiedziałam, że to nie było pożegnanie. To był plan. Ta kobieta, zasypiając na jego oczach, próbowała zabrać go ze sobą — i gdyby nie siwy sługa, byłoby jej się udało.

Bracia zamknęli sarkofagi. Kamień zgrzytnął o kamień — góra przewróciła się na drugi bok — i kobieta z malowidła oraz chłopiec o długich rzęsach zostali tam, gdzie ich ułożono, w ciszy pod kamieniem.

Gdybym tamtej nocy wiedziała to, co wiem dziś, nie pozwoliłabym domknąć tych płyt ani na szerokość palca.

Rozeszliśmy się jeszcze przed świtem, dwójkami, w kilku kierunkach — zakon nigdy nie wracał tą samą drogą, którą przyszedł. Na grani, tam gdzie ścieżka z doliny spotykała niebo, czekał na nas Wincenty. Kaptur miał zsunięty; w pierwszym szarym świetle jego twarz wyglądała na starszą niż w klasztorze.

— Opowiedz — powiedział tylko.

Opowiedziałam. Dwór z fontanną, ucieczka, fiolki, plaża, wędzidło, „spotkamy się w piekle", wóz, trzy worki. Słuchał nieruchomo, tylko kciuk wędrował mu po opuszkach palców, tam i z powrotem, coraz szybciej. Kiedy doszłam do sarkofagów — do kobiety i chłopca — coś we mnie skręciło i skłamałam, zanim zdążyłam się nad tym zastanowić:

— Przy nich wizje były… puste. Rozmyte. To stara śmierć, minęły dni. — Wpatrywałam się w czubki własnych butów. — Widziałam wszystko przez Arona. To wystarczyło.

Nie wiem, czemu skłamałam. To znaczy — wiem, tylko wstyd mi było wtedy i wstyd mi teraz: bałam się, że jeśli powiem „nie zobaczyłam nic", to w oczach Wincentego wiedźma z Arveny zamieni się w zwykłą dziewczynę, która kiedyś umiała, a teraz udaje. Dar był moją jedyną walutą w tym zakonie. Nie umiałam przyznać, że sakiewka może być pusta. Kochałam Wincentego jak przyjaciela i okłamałam go jak obcego, jedno i drugie w tym samym zdaniu. Drugie kłamstwo w ciągu trzech dni — najpierw Willowi o Benku, teraz jemu o ciszy. Oba wzięły się z tego samego: ze strachu.

— Hm. — Patrzył na mnie o dwa uderzenia serca za długo. Potem skinął głową, jakby przyjmował raport, i może to sobie tylko wmówiłam, ale w tym skinieniu było coś z niedokończonego zdania. — Dobrze się spisałaś, Lili. Wracajcie najkrótszą drogą i nie oszczędzajcie koni.

— Wincenty. — Zatrzymałam go, kiedy już się odwracał. Jedno pytanie gryzło mnie od krypty. — Co taki człowiek jak Vargan płaci zakonowi za taką noc? Bo nie wierzę, że złoto. Złota mu nie brakuje, a wy nie wyglądaliście jak ludzie, którzy przyszli po sakiewkę.

Przez jego twarz przeszło coś, co u każdego innego nazwałabym ostrożnością. Spojrzał na południe — tam, gdzie za graniami, za śniegiem, za chmurami leżał świat, o którym wiedziałam tyle, co z bajek — i przez moment myślałam, że zapomniał o moim pytaniu.

— Płaci czymś, czego nie da się kupić — powiedział wreszcie. — I to jest wszystko, co dziś usłyszysz. Nie dlatego, że ci nie ufam. Dlatego, że są długi, o których bezpieczniej nie wiedzieć, dopóki nie zostaną spłacone. — Naciągnął kaptur i dodał, już plecami do mnie: — Pilnuj jej, Willu.

— Jak zawsze — odparł Will.

„Jak zawsze". Zanotowałam sobie w głowie i to.

Do Rast zeszliśmy skrótem, w milczeniu, które tym razem nie było lekkie. Coś wisiało we mnie krzywo — jak obraz przekrzywiony na ścianie, którego nikt poza tobą nie widzi, a ty nie umiesz przejść obok. Cisza pod moimi dłońmi w krypcie. Kłamstwo na grani. I jedno zdanie z wizji, które wracało jak natrętna mucha, choć nie umiałam jeszcze powiedzieć dlaczego: „on musi widzieć na własne oczy". Odsunęłam to wszystko na potem. Na potem, czyli na tę porę nocy, kiedy człowiek leży w ciemności i wszystkie odsunięte rzeczy przychodzą po niego naraz.

Gospodarz z zagrody wyprowadził nam konie bez słowa i bez patrzenia, za to z ręką wyciągniętą po drugą monetę. Węgiel powitał mnie prychnięciem w ucho i natychmiast sprawdził, czy nie mam czegoś do jedzenia; przez trzy dni zdążyliśmy ustalić, że jestem w tym stadzie od noszenia jabłek. Ruszyliśmy na północ, w niziny, w długi dzień drogi powrotnej. Za nami góry powoli wracały do rozmiaru ściany na horyzoncie, a ja łapałam się na tym, że co kilka mil oglądam się przez ramię — nie na góry. Na kierunek, w którym została dolina pełna kwiatów.

IDA

Dzień drugi w cudzym życiu pokazał mi, że najniebezpieczniejszym człowiekiem w tym zamku nie jest książę.

Jest nim szesnastoletnia służka o spierzchniętych dłoniach.

Zaczęło się rano, od lekcji. Sługa księcia zapukał przed śniadaniem, grzecznie i nieustępliwie: pan czeka z nauką, tak jak zapowiedział. Odmówiłam przez dąb, głosem zdartym od płaczu, którego nie płakałam — post to post — i słuchałam, jak kroki oddalają się z tą szczególną urzędniczą urazą człowieka, który będzie musiał przekazać księciu odmowę. Pierwsza próba. Wiedziałam, że nie ostatnia.

Potem przyszła mała.

Zostawiła pod progiem tacę, a na tacy, obok chleba, wstążkę — starą, spłowiałą, pachnącą lawendą. „Znalazłam ją w izbie pani Marty, panienko — powiedziała do drzwi. — Panienka zawsze poznawała jej wstążki po zapachu. Pomyślałam, że panienka zechce ją mieć." Stałam za drzwiami z tą wstążką w dłoni i ważyłam każde słowo jak aptekarz truciznę. Poznawała po zapachu — prawda czy pułapka? Opisy milczały. Odpowiedziałam płaczem, bo płacz jest jedyną odpowiedzią, której nie da się sprawdzić, i usłyszałam, jak mała stoi pod drzwiami o trzy oddechy za długo, zanim odeszła. Ona nie podejrzewa. Jeszcze nie. Ona po prostu kocha tę swoją panienkę i krąży wokół jej żałoby jak pies wokół zamkniętej komory — a psy są gorsze od podejrzliwych, bo psa nie da się przekupić rozumem.

W południe na dziedzińcu odezwał się herold i ogłosił miastu to, o czym zamek szeptał od dwóch dni: książę uznał prawo synowej do dziedzictwa Arveny. Słuchałam tego przez okratowane okienko i rozumiałam więcej, niż mówił herold. Plotki o paniczu, którego nie ma od pół roku, urosły już do rozmiarów, których żaden dwór długo nie uniesie — książę musiał je przeciąć, zanim one przecięłyby jego. Ogłosił następczynię, bo nie miał wyboru.

A ogłoszenie ma to do siebie, że budzi krewnych.

Po południu zjawili się krewni.

Kuzynowie z bocznej linii — dwóch, w podróżnych płaszczach z za grubym haftem, z kondolencjami, których nikt nie zamawiał. Do pokoju ich nie wpuszczono; stali w korytarzu, za plecami straży, i mówili głośno, bo po to przyszli. Że post żałobny po służącej to obyczaj „wzruszający". Że rada powinna wiedzieć, czy przyszła dziedziczka jest „zdrowa na umyśle i ciele". I wtedy jeden z nich — ten wyższy, którego głos zapamiętam — ściszył ton dokładnie na tyle, żeby było słychać wszystko:

— Dwadzieścia lat temu mówiłem stryjowi: nie bierze się do domu dziewki z Frostheimu bez rodowodu. Krew zawsze wypłynie. Może już wypłynęła — bo kto to widział, żeby zdrowa kobieta zamykała się w pokoju ducha.

Odeszli, zanim straż zdążyła ich odprowadzić. A ja stałam za drzwiami, notowałam w pamięci słowo po słowie, tak jak uczono — i po raz pierwszy w tej robocie notowanie bolało. „Dziewka z Frostheimu bez rodowodu." Oni wiedzą, skąd ona jest. Mówią o tym na korytarzu jak o rzeczy znanej od dwudziestu lat — a ona, jeśli opisy nie kłamią, nie wie o sobie nic. Cały zamek zna tajemnicę tej dziewczyny oprócz tej dziewczyny.

Wieczorem nie przyszedł już książę — od tamtej pierwszej nocy nie przyszedł ani razu. Przyszedł jego sekretarz, człowiek o głosie suchym jak stary papier, i przeczytał przez dąb trzy zdania: kuzyni zostali przyjęci w gabinecie i odprawieni; nauka dziedziczki zostaje wznowiona po zakończeniu postu; dziesiątego dnia o świcie post się kończy, a w południe tego samego dnia zbiera się mała rada.

I poszedł.

Zapamiętałam z tego dnia dwie rzeczy. Że stary książę umie nie wracać pod drzwi, pod którymi raz pozwolił sobie na miękkość. I że dziesiątego dnia w południe — ledwie parę godzin po ostatnim brzasku żałoby — kobieta w tym pokoju będzie musiała stanąć przed radą. Bez welonu, bo welon kończy się razem z postem.

Trzeciego dnia nie działo się nic i to „nic" było najcięższe: w południe postna taca — chleb, woda i odrobina miodu, który ktoś dołożył wbrew wszystkim regułom i o który nikogo nie zapytam — dzień z szarej wełny, powolny, w cudzej koszuli, w cudzym oknie. Grałam żałobę tak długo, że pod wieczór przestałam być pewna, czy gram. Zjadłam ostatni miodownik z jej szuflady — na wypadek, gdyby ktoś liczył, mówię sobie; z głodu, mówi prawda — i pomyślałam o dziewczynie, która chowa słodycze we własnym domu i którą cały świat zna lepiej niż ona sama.

Nie chcę jej polubić. Powtarzam to sobie trzeci dzień.

Zaczynam podejrzewać, po co sobie to powtarzam.

Pod wieczór niebo zaciągnęło się od zachodu i zaczął padać deszcz — drobny, uparty, arveński. Will znalazł nam nocleg pod skalnym okapem na skraju sosnowego zagajnika: kieszeń suchej ziemi, w sam raz na ogień, dwa posłania i dwa konie. Rozpalił ogień mimo mokrego świata — patrzyłam uważnie, jak to robi, ze strużynami brzozowej kory z sakwy, i dopisałam kolejną rzecz do listy spraw, w których był lepszy ode mnie, a lista i tak sięgała już kolan. Deszcz szumiał na krawędzi okapu jak zasłona. Świat skurczył się do kręgu ognia, dwóch ludzi i zapachu mokrej sosny.

Zjedliśmy kaszę — tym razem z podgrzanym serem, co uroczyście uznałam za ucztę — i wtedy, bez żadnego wstępu, Will powiedział:

— Druga wspólna noc przy ogniu. — Uniósł kubek, jakby wznosił toast. — Obiecałem ci opowieść przy którymś z następnych ogni. Płacę długi wcześnie. Taki mam zwyczaj.

Podniosłam głowę. Pamiętał. Oczywiście, że pamiętał — sam to wymyślił — ale co innego rzucić obietnicę, a co innego przyjść z nią z powrotem, samemu, nieproszonym.

— Nie musisz — powiedziałam. I pomyślałam: proszę, nie posłuchaj.

— Wiem. — Dołożył gałąź, iskry poszły w górę i pogasły w deszczu. — Dlatego chcę.

Nocny deszcz nad obozem pod skalnym okapem. Will bez kaptura siedzi przy ognisku z kubkiem — cała twarz z długą blizną na prawym policzku w świetle ognia. Obok dłoń Lilianny na jego przedramieniu.
Pierwszy raz zobaczyłam całą jego twarz naraz.

Zsunął kaptur do końca. Pierwszy raz zobaczyłam całą jego twarz naraz, w pełnym świetle ognia, bez cienia, bez połowy, bez litości półmroku. Blizny szły przez nią jak drogi przez mapę: szeroka, stara, przez szczękę aż pod ucho; druga przez łuk brwiowy, ta, która cudem ominęła oko; trzecia i czwarta drobniejsze, przy skroni; i cała siatka mniejszych, zatartych, jak pismo, po którym przeszła gąbka. Kiedyś, zanim to wszystko się stało, musiał być pięknym mężczyzną. Ale patrzyłam na niego i myślałam — naprawdę, z całą uczciwością, na jaką było mnie stać — że tamten mężczyzna sprzed blizn byłby nudniejszy o całą swoją twarz.

— Miałem siedemnaście lat — zaczął. Głos miał równy, wyćwiczony; od razu słyszało się, że tę opowieść układał w sobie latami, aż przestała mieć ostre brzegi. — Mój ojciec był w Frostheimie kimś. Ziemia, ludzie, stare nazwisko. Kiedy Imperium podniosło podatek wojenny trzeci raz w ciągu pięciu lat, a nasi ludzie zaczęli mleć korę do chleba, ojciec pojechał do Kastmaru prosić. Wrócił z niczym. Więc następnym razem nie pojechał prosić. Związał się z trzema innymi rodami, wstrzymali daniny i napisali do cesarza list, który podpisali własnymi nazwiskami, bo mój ojciec uważał, że mężczyzna nie strzela zza węgła.

Umilkł na chwilę. Deszcz szumiał.

— Cesarz odpisał wojskiem. Nie od razu — po roku, kiedy wszyscy już myśleli, że list utonął w jakiejś szufladzie. Przyszli zimą, po lodzie, kiedy nikt nie chodzi na wojnę. Trzy rody wycięli do pnia. Nasz zostawili na koniec, bo ojciec był z sygnatariuszy najstarszy nazwiskiem — i cesarz chciał z tego nazwiska zrobić naukę poglądową. Zabili wszystkich. Ojca, matkę, obu braci, siostrę z mężem. Mnie jednego zostawili żywego — dziedzica — żebym miał czego dziedziczyć: przykładu. Wyprowadzili mnie na rynek w naszym własnym mieście i dali mi baty. Publicznie. Powoli. Miało być dwadzieścia, tak stało w wyroku. Żołnierz, który to robił, miał ciężką rękę i rozkaz, żebym przeżył, ale te dwa polecenia średnio się lubiły. Straciłem rachubę po sześćdziesiątym.

Nie powiedziałam nic. Są opowieści, przy których każde „tak mi przykro" brzmi jak moneta rzucona żebrakowi. Zamiast tego zrobiłam coś, czego nie planowałam: wyciągnęłam rękę nad tym całym ogniem i położyłam mu dłoń na przedramieniu. Nie drgnął. Popatrzył na moją dłoń, potem na mnie.

— Obudziłem się w klasztorze, trzy tygodnie później — dokończył, już ciszej. — Bracia znaleźli mnie na wozie z umarłymi. Ktoś w mieście zapłacił, żeby wywieźli ciało dziedzica po cichu, i nie sprawdził dokładnie, czy ciało jest ciałem. A w klasztorze był akurat przejazdem pewien mnich z południa. Umięśniony jak tragarz. Z konewką. — Kącik jego ust drgnął. — Zszywał mnie osiem dni. Jak skończył, powiedział: „Nie było cię tu, chłopcze, i mnie tu nie było. A teraz pomyślimy, co zrobić z resztą twojego życia". I od tamtej pory myślimy.

— Zapłacą za to — powiedziałam. Wyszło mi to ciszej i twardziej, niż zamierzałam — nie jak pocieszenie. Jak przysięga.

Will spojrzał na mnie długo. Ogień trzaskał, deszcz szumiał, jego przedramię było ciepłe pod moją dłonią.

— Tego jestem absolutnie pewien — odparł w końcu, spokojnie, i była w tym spokoju taka waga, że zrozumiałam dwie rzeczy naraz: że nie powiedział mi wszystkiego. I że to, czego nie powiedział, ma kształt planu, nie żalu.

Powinnam była wtedy pociągnąć za tę nitkę. Zamiast tego siedziałam z dłonią na jego ramieniu o trzy oddechy za długo — i cofnęłam ją dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że kciukiem, bezwiednie, wodzę wzdłuż blizny na jego przedramieniu, tam i z powrotem, jak po literach, których uczę się na pamięć. Cofnęłam rękę za szybko, za gwałtownie, i obrączka błysnęła w świetle ognia jak wyrzut sumienia. Zobaczył. Oczywiście, że zobaczył — on widział wszystko. Nie skomentował. Wstał, dołożył do ognia i powiedział tylko:

— Śpij. Jutro ostatni dzień drogi. Zwiastuję błoto.

Leżałam potem długo bez snu, słuchając deszczu, i myślałam o mężczyźnie, który w wieku siedemnastu lat stracił całą rodzinę — a ja w wieku sześciu straciłam całą przeszłość — i o tym, że oboje zostaliśmy wychowani przez to, czego nam zabrano. Myślałam też o obrączce. Byłam żoną. Żoną z dokumentów, żoną porzuconą, żoną człowieka, który kochał mnie jak siostrę i uciekł przez góry — ale żoną. Ślubowałam przed czterema bogami naraz, a przysięga to była jedyna rzecz w moim życiu, którą wybrałam współwłasnym głosem, nawet jeśli wybór był udawany. Śmieszne: całą Arvenę miałam za nic, ale tych kilku słów sprzed jedenastu lat trzymałam się jak burty. Bo jeśli one były na niby — to co we mnie było na serio?

A po drugiej stronie ogniska spał mężczyzna, który nie zrobił nic. Nie powiedział nic, czego nie wolno mówić żonatym cudzym żonom. I właśnie to było najgorsze — że nic nie było w tym wszystkim do wybaczenia, a ja i tak zasypiałam z poczuciem winy, ciepłym i wstydliwym jak trzeci miodownik.

Obudziło mnie parsknięcie Węgla i szare, mokre światło pod okapem. Deszcz ustał; świat ociekał wodą i pachniał żywicą. Czwarty dzień postu. Sześć do jego końca — a dziesiątego dnia w południe, ledwie parę godzin po ostatnim brzasku żałoby, zbiera się mała rada i dziedziczka wraca między żywych. Z twarzą. Wincenty obliczył, że wrócę z czterema dniami zapasu. Przez ostatnie trzy dni zdążyłam się nauczyć, że zapas jest w tym świecie słowem na kredyt.

Zwinęliśmy obóz w kwadrans i poszliśmy w błoto. Świat, który dwa dni temu oglądałam jak cud — wiatraki, kapliczki, gęsi — przelatywał teraz obok jak rzeczy widziane z okna karocy: bez smaku. Liczyłam mile. Liczyłam dni Idy. I gdzieś pomiędzy jedną a drugą milą, dokładnie wtedy, kiedy przestałam myśleć o czymkolwiek — umysł ma tę podłą właściwość, że rozwiązuje zagadki dopiero, kiedy przestajesz go pilnować — usłyszałam w głowie głos Arona.

„On musi widzieć. Na własne oczy. Inaczej nigdy nie przestanie szukać."

I nagle wszystkie krzywe obrazy na wszystkich ścianach mojej głowy przesunęły się o cal i zawisły prosto.

Nie przestanie szukać — czego? Trupów się nie szuka. Trupy się ma; leżą tam, gdzie się je położy. Szuka się zbiegów. Vargan musiał zobaczyć śmierć na własne oczy, bo tylko własnym oczom by uwierzył — a to znaczyło, że śmierć była przedstawieniem wystawionym dla jednego widza. Fiolki. Nie trucizna — coś, co kładzie człowieka jak trucizna, na oczach świadka, i puszcza go potem wolno. Sen tak podobny do śmierci, że oszukał lorda, dwór, braci, wszystkich.

Wszystkich oprócz mnie. Mnie nie oszukał — mnie ominął. Bo mój dar nie zawiódł w tej krypcie. Mój dar zadziałał bezbłędnie, tak jak działał zawsze: pokazał mi dokładnie tyle śmierci, ile tam było. Przy Aronie — całą jego straszną śmierć na wozie. A przy Eli i chłopcu — nic. Ciszę. Czystą, prostą, najprawdziwszą ciszę, której nie umiałam przeczytać, bo nigdy wcześniej dar nie mówił do mnie tym słowem.

Cisza znaczyła: tu nie ma śmierci.

Oni żyli.

Wóz z trzema workami. Aron umierał obok nich, kropla po kropli, a oni spali swoim kupionym snem o pół łokcia od niego. Serum, które miało ich obudzić w bezpiecznym miejscu, z Aronem czuwającym nad wiekiem — tylko że Aron nie czuwał już nad niczym, a ich zamknięto w rodowej krypcie Varganów, pod kamiennymi płytami, które przesuwało czterech ludzi. Widziałam te płyty. Słyszałam, jak zgrzytały, kiedy je domykano — góra przewracająca się na drugi bok — i to ja stałam obok, wiedźma od śmierci, która nie poznała życia, kiedy trzymała je za rękę.

Zmusiłam się, żeby myśleć jak Wincenty, nie jak strach: powoli, po kolei, za i przeciw.

Nie uduszą się. Kamień nie jest szczelny — płyty odsuwano i domykano ludzkimi rękami, powietrze znajdzie każdą szparę, którą znalazłoby światło. Ale woda nie znajdzie. Serum śpi w człowieku ileś dni — a od plaży minęło co najmniej sześć. Kiedy się obudzą, obudzą się w ciemności całkowitej, w kamieniu, bez łyka wody, i będą umierać powoli, tak jak umiera się z pragnienia — chyba że ktoś ich znajdzie. A nikt ich nie znajdzie. Do tej doliny nie chodzi nikt; ludzie Vargana zaryglowali salę przed szabrownikami i odjechali; następny żywy człowiek stanie w tej krypcie za rok albo za dziesięć lat. I było jeszcze to, o czym nie chciałam myśleć, a co myślało się samo: co robi z człowiekiem tydzień w ciemności ciaśniejszej niż trumna. Ela mogła się obudzić już wczoraj. Mogła w tej chwili gryźć własne żyły, tak jak obiecała sobie na plaży — bo przecież „spotkamy się w piekle" ma też drugie wyjście.

A po drugiej stronie szali: Ida. Post osłaniał ją jeszcze sześć dni — sześć dni świętego prawa, którego nie złamie nawet książę. Wrócę dzień, może dwa później, niż liczył Wincenty. Zapas stopnieje, ale zostanie.

Jeśli się mylę — stracę dzień i Wincenty zetrze mnie na proch.

Jeśli się nie mylę — w tamtej krypcie kobieta i dziecko umierają z pragnienia w ciemności, a ja jestem jedynym człowiekiem na świecie, który o tym wie.

Powrót wygrał, zanim skończyłam ważyć.

— Will! — Musiałam krzyknąć dwa razy, zanim usłyszał mnie przez wiatr i błoto. Zwolnił, zrównał konia z moim; zobaczył moją twarz i cokolwiek na niej było, wystarczyło, żeby jego uśmiech zniknął bez śladu.

— Co się dzieje?

— Ela i chłopiec żyją. — Wiatr rwał mi słowa z ust, więc wykrzyczałam je jeszcze raz, po kolei, żeby nie było odwrotu: — Nie widziałam ich śmierci, bo ich śmierci nie ma! Fiolki to nie trucizna, to pozorowany zgon — „on musiał widzieć", rozumiesz?! Vargan musiał zobaczyć ich martwych, żeby przestać ich ścigać! Obudzą się w zamkniętych sarkofagach — może już się obudzili — bez wody, w ciemności, w miejscu, do którego nikt nie zajrzy przez lata!

Will patrzył na mnie może trzy uderzenia serca. Widziałam, jak za jego oczami przelatuje to samo, co przeleciało przez moje: krypta, płyty, czterech ludzi do każdej, dzień drogi wstecz. Ida i jej siedem dni. Wszystko, co spłonie, jeśli zawrócimy.

Zadał jedno pytanie. Jedno jedyne:

— Jesteś pewna tego, co wiesz?

— Tak.

Błotnisty trakt między mokrymi polami. Dwoje jeźdźców zawraca konie w miejscu — błoto pryska spod kopyt, płaszcze łopoczą; jasnowłosa kobieta w czarnym kapturze i barczysty mężczyzna.
I pognaliśmy z powrotem, pod prąd własnych śladów.

Zawrócił konia, zanim wybrzmiało moje „k".

I pognaliśmy z powrotem, na południe, pod prąd własnych śladów w błocie — w stronę doliny, w której pod kamieniem, w ciemności ciaśniejszej niż wszystkie moje pokoje razem wzięte, budziła się właśnie kobieta, która powiedziała mężowi „spotkamy się w piekle" — i mały chłopiec o długich rzęsach, który miał się obudzić w miejscu dokładnie takim jak tamto słowo.

Jeśli bogowie czterech pór mieli w tym roku wysłuchać jednej mojej prośby, prosiłam o jedno: żeby dziecko obudziło się drugie.

O drodze powrotnej pamiętam mało i wszystko naraz: błoto, wiatr, pianę na końskich pyskach i rachunek, który układał się w głowie w rytm kopyt. Serum kupione u kogoś, kto zna się na rzeczy — takich fiolek nie sprzedają na bazarze; ktoś je uwarzył i ktoś obiecał Aronowi, że sen potrwa ileś dni. Ile? Pięć? Siedem? Od plaży minęło co najmniej sześć. Budzili się — albo już się obudzili. W ciemności. W kamieniu. Obok nikogo.

Zatrzymaliśmy się dwa razy, tylko żeby napoić konie. Za drugim razem Will przeliczył coś, patrząc na słońce, i powiedział na głos to, co oboje wiedzieliśmy:

— Wrócimy w ósmym dniu postu, może dziewiątym. — Poprawił popręg, nie patrząc na mnie. — Wybrałaś. Ja z tobą. Ale musisz wiedzieć, co się wybrało: zapas Wincentego właśnie stopniał z czterech dni do jednego. Jedno złamane koło, jeden rozlany strumień — i dziedziczka Arveny nie zdąży wrócić do własnej żałoby.

— To będziemy musieli jechać szybciej niż pytania — powiedziałam. Zabrzmiało to pewniej, niż się czułam, o jakieś dwadzieścia mil. — Jedźmy.

— Tak jest, panienko. — I przez całe to błoto, cały ten strach, błysnął zębami, krótko, po swojemu. — Wiesz, że trzy dni temu myślałem, że będę niańczył w podróży porcelanową damę?

— A teraz?

— A teraz się zastanawiam, kto tu kogo niańczy.

Do doliny dotarliśmy długo po zmroku, na koniach, które szły już ostatkiem uczciwości. Wspinaczkę od Rast pokonaliśmy na pamięć i na czworakach — moje nogi skończyły się w połowie zbocza i dalej szła już sama determinacja, ta jedyna moja mięśniówka, która nigdy nie dostaje zadyszki. Kiedy stanęliśmy na grani, księżyc wyszedł zza chmur i dolina otworzyła się pod nami jak wtedy — morze kwiatów oddające światło, kamienni łucznicy na murze, pomnik wojownika bez dłoni. Tylko że wtedy widziałam w niej najpiękniejszy cmentarz świata, a teraz widziałam jedno: niepozorną kryptę w zboczu, pod którą tykało w ciemności moje spóźnienie.

Wielkie kamienne wrota krypty stały otwarte, tak jak je zostawiliśmy — za ciężkie, by je domykać dla umarłych. Ale kiedy zbiegliśmy schodami do heksagonalnej sali i skręciliśmy w korytarz z malowidłami, stanęliśmy przed rzeczą, której nie zostawiliśmy: drzwi do sali z dwoma malowidłami — solidne, sosnowe, okute — były zamknięte. Zaryglowane.

— Ktoś tu był po nas. — Will przesunął dłonią po okuciach, po świeżych rysach przy zawiasach. — Ludzie Vargana. Zaplombowali salę przed szabrownikami… albo lord nie chciał, żeby ktokolwiek jeszcze zaglądał jego żonie w twarz. — Szarpnął. Drzwi nawet nie drgnęły. Naparł barkiem, raz i drugi, aż huk poszedł echem po korytarzu umarłych. Nic.

— Lilio. — Odsunął się, oddychając ciężko. — Nie wyważę tego barkiem ani nie porąbię krótkim mieczem.

— A gdybyś miał wielki topór?

Spojrzał na mnie z politowaniem człowieka, który zna zawartość wszystkich naszych juków co do sznurka.

— Ja w pochwie noszę krótki miecz. Nie wierzę, że ty w swojej ukryłaś wielki topór.

— Nie w pochwie. — Wyprowadziłam go za łokieć przed kryptę i pokazałam na środek cmentarza, gdzie w księżycowym świetle wojownik z rozerwaną piersią unosił triumfalnie ramię bez dłoni — a u jego stóp, w trawie, leżała ta dłoń: kamienna pięść zaciśnięta na kamiennym toporze, wbitym pod kątem w ziemię. — Mógłbyś okraść pomnik.

Cisza trwała dokładnie tak długo, jak trzeba, żeby zmierzyć wzrokiem odległość, ciężar i własny kręgosłup.

— Wiesz, że to jest świętokradztwo? — spytał tonem człowieka, który już idzie.

— Okradniesz umarłego żołnierza, żeby wypuścić z grobu żywą kobietę i dziecko. — Szłam za nim przez kwiaty. — Jeśli bogowie czterech pór mają z tym problem, niech zejdą i pomogą pchać.

Górska kotlina nocą w pełni księżyca. Kamienny posąg wojownika wsparty na wielkim toporze; Will oburącz chwyta stylisko. W miejscu odłupanego kamienia na ostrzu lśni stalowy rdzeń.
Dawni mistrzowie ubierali stal w kamień.

Topór był z kamienia tylko z wierzchu — pod spodem, tam gdzie wieki odłupały warstwę, błyszczał stalowy rdzeń; dawni mistrzowie osadzali rzeźby na szkieletach z żelaza. Mimo to ważył tyle, że Will, który podnosił mnie jedną ręką jak siodło, przy pierwszym dźwignięciu wydał z siebie dźwięk, jakiego u niego jeszcze nie słyszałam, a droga z powrotem do krypty zajęła nam trzy postoje. Wąskim korytarzem szedł już tylko on, bokiem, krok za krokiem, z twarzą lśniącą od potu w świetle pochodni, którą trzymałam wysoko.

Przed drzwiami oparł topór o kolano i spojrzał na mnie.

— Zanim to zrobię, musisz wiedzieć jedno. To będzie słychać w całej dolinie. Jeśli Vargan zostawił choćby dwóch ludzi przy bramie albo jeśli ktoś w Rastach nocuje z jego rozkazu — przyjdą. A wtedy nie będzie już „ukradziono ciała". Będzie „przyłapano złodziei", i śmierć Arona pójdzie na marne razem z naszą. Możemy jeszcze odejść.

— A ona zostanie pod kamieniem.

— Właśnie o to pytam.

— Wal. — Nie musiałam się zastanawiać ani chwili i chyba właśnie wtedy pierwszy raz w życiu poczułam, że jestem kimś więcej niż czyjąś zgubioną rzeczą. — Pod ścianę się odsunę.

Pierwsze uderzenie poszło grzmotem przez całą kryptę, przez wszystkie korytarze umarłych naraz — jeśli w promieniu mili był ktoś żywy, właśnie przestaliśmy być tajemnicą. Drzwi ustąpiły o cal.

O cal.

Te drzwi robiono na wieki, jak wszystko w tym grobowcu — a topór ważył tyle, że sama nie uniosłabym go z ziemi. Will uderzył drugi raz. Trzeci. Czwarty. Patrzyłam, jak człowiek, który jechał dzień i noc bez snu, który godzinę temu chciał stąd odejść i któremu nie pozwoliłam — bierze na plecy cały ten dzień, całą tę noc, cały ciężar mojej decyzji, i wali w dębowe deski przeraźliwie ciężkim żelastwem, uderzenie po uderzeniu, równo, jak dzwon. Piąte. Szóste. Przy siódmym z futryny poszły drzazgi długie jak moja dłoń. Przy ósmym pękł rygiel.

Przy dziewiątym drzwi runęły do środka — a Will runął razem z nimi.

Upadł na kolana w progu, na połamane deski, z toporem wciąż w dłoniach, i przez chwilę słyszałam tylko jego oddech — rwany, ogromny, odbijający się od kamienia jak echo tamtych uderzeń. Chciałam do niego podbiec. Uniósł rękę: nie. Potem dźwignął się — najpierw na topór, potem na nogi, tak jak wstaje człowiek, w którym siły skończyły się trzy uderzenia temu i który wstaje z czegoś innego niż siła.

Do dziś nie wiem, jak to nazwać. Wiem, że patrzyłam na to z otwartymi ustami i że nigdy wcześniej nikt przy mnie nie zrobił niczego podobnego — nie dla mnie.

Gdzieś daleko, od strony wsi, odezwały się psy. Naliczyłam trzy, może cztery; szczekały krótko i ucichły, ale od tej chwili obie rzeczy — kamień i psy — biegły już równolegle w mojej głowie.

Wdarłam się do środka, zanim opadł pył.

— Ela! — Mój głos odbił się od kamienia i wrócił do mnie obcy. Sarkofagi stały tak, jak je zostawiliśmy: duży i mały, domknięte, nieme. — Ela, jeśli mnie słyszysz — krzycz! Wiem, że żyjesz! Wiem o fiolkach, wiem o plaży, wiem wszystko — nie jestem od Vargana! Vargan nie wysłałby kobiety!

Cisza.

Taka sama cisza jak pod moimi dłońmi dwie noce temu — i przez jedno potworne uderzenie serca pomyślałam: spóźniłaś się, wiedźmo. Cisza znaczyła życie, kiedy było komu żyć. Teraz znaczy już tylko to, co u wszystkich—

— …po… mocy…

Głos był cienki jak włos i dochodził spod kamienia, i był to najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałam w całym swoim życiu.

Krypta o brzasku, wyważone drzwi, otwarte sarkofagi. Wycieńczona ciemnowłosa kobieta przyciska czoło do czoła śpiącego chłopca w swoich ramionach. Obok klęczy jasnowłosa Lilianna.
Moment, w którym świat kogoś oddaje.

— ŻYJE! Will — płyta!

Płytę dużego sarkofagu przesuwało tamtej nocy czterech braci. Will nie miał już z czego jej ruszyć — widziałam to po nim, po rękach, które drżały na stylisku — i ruszył ją mimo to. Wbił kamienny topór w szczelinę jak dźwignię, zaparł się całym sobą i pchał z rykiem, który nie miał w sobie nic z człowieka, który kiedykolwiek odpoczywał; a kiedy płyta zgrzytnęła i pojechała w bok, osunął się po ścianie na posadzkę i został tam, oddychając jak miech kowalski, z twarzą szarą jak kamień wokół nas. Godzinę wcześniej pytał, czy możemy odejść. Teraz oddałby się w całości, kawałek po kawałku, i wiedziałam, że gdyby trzeba było trzeciej płyty, czwartej, dziesiątej — wstałby do każdej.

Zajrzałam do środka.

Ela żyła. Leżała w ciemności, która była jej domem od sześciu dni, z twarzą białą jak płótno i wargami spękanymi do krwi, i patrzyła na mnie oczami tak szeroko otwartymi, jakby zapomniała, że powieki służą też do mrugania. Paznokcie miała połamane. Wieko od spodu — porysowane. Nie pozwoliłam sobie myśleć o tym dłużej niż jeden oddech, bo od tej myśli robiło się zimno w miejscach, których nie ogrzewa żaden ogień.

— Już — powiedziałam. Ujęłam jej dłoń — ciepłą; ciepłą, ciepłą, najcieplejszą dłoń świata — i trzymałam mocno. — Już. Jesteś na powierzchni. Oddychaj. — Will, choć ledwie stał, już podawał mi manierkę; przytknęłam ją Eli do spękanych warg i poiłam ją po traktowemu: małymi łykami, z przerwą na oddech.

— Mój syn. — Głos łamał się jej na każdej głosce, ale to były pierwsze słowa, jakie wybrała, i wszystko, co musiałam wiedzieć o tej kobiecie, wiedziałam już z nich. — Najpierw… mój syn.

Mała płyta była lżejsza. Podważyliśmy ją we dwoje, Ela pchała z nami — skąd ta kobieta, po sześciu dniach kamienia, brała siłę, nie wiem; może stamtąd, skąd ja brałam nogi na zboczu. Płyta zjechała w bok i w sarkofagu, w gnieździe z całunów, leżał chłopiec o długich rzęsach — nieruchomy.

Świat zatrzymał się razem z nim.

Położyłam dłoń na jego małej klatce piersiowej i przez jedno uderzenie własnego serca nie czułam nic — a potem, pod palcami, poczułam drugie. Ciche, powolne, uparte jak kropla drążąca kamień: stuk. Stuk. Stuk. Serum wciąż trzymało go w swoim śnie, głębiej niż matkę, w tym jednym miłosierne — spał. Przespał kamień, ciemność i sześć dni. Miał się obudzić w świecie, w którym nad jego głową będzie niebo, a nie wieko — i choć raz, choć jeden jedyny raz w tej całej historii, ktoś miał się obudzić po właściwej stronie.

— Śpi — powiedziałam i głos złamał mi się w pół słowa. — Oddycha. Ela — on tylko śpi.

Ela osunęła się na krawędź małego sarkofagu, przycisnęła czoło do czoła syna i zaczęła płakać — bezgłośnie, całym ciałem, tak jak płaczą ludzie, którzy nauczyli się, że za głośny płacz się płaci. Will dźwignął się z posadzki, stanął obok mnie i przez chwilę patrzyliśmy na to oboje w milczeniu, w kręgu światła jednej pochodni, w otwartym grobie, z kradzionym toporem pod ścianą.

A potem, ponieważ świat nie ma litości dla pięknych chwil, psy w dolinie odezwały się znowu — bliżej — i przez wybite drzwi wpełzło do krypty pierwsze, szare, przedświtowe światło.

Świtało. Piąty dzień postu.

— Will. — Mój głos był spokojny; zdziwiłam się, jaki spokojny. — Ile dni drogi dzieli nas teraz od Arveny?

— Półtora, jeśli konie wytrzymają. A wytrzymają, jeśli będziemy je prowadzić, a nie na nich siedzieć. — Otrzepał dłonie z pyłu i spojrzał w stronę wejścia, skąd robiło się coraz jaśniej, choć tak bardzo prosiłam, żeby przestało. — Ale z Elą i chłopcem — cztery dni, może pięć. Oni nie usiedzą w siodle; trzeba będzie zdobyć wóz, a wóz nie jeździ skrótami i nie przeprawia się przez brody. I to nie do bram, Lilio. Do bram z nimi wjechać nie możemy; najpierw trzeba ich gdzieś ukryć, a dopiero potem przemycić ciebie do twojego łóżka.

— Więc licz.

— Liczę od godziny. — Spojrzał mi w oczy i nie osłodził niczego. — Dziesiąty dzień postu, Lilio. Jeśli świat będzie łaskawy, wjedziesz do Arveny o brzasku ostatniego dnia swojej żałoby — a w południe tego samego dnia staniesz przed radą. Bez zapasu. Bez jednego dnia, bez jednej godziny zapasu.

Powtórzyłam ten rachunek trzy razy, prowadząc pochodnię wzrokiem po ścianach krypty, i za każdym razem wychodziło to samo. Świat musiałby być łaskawy przez pięć dni z rzędu — a jeszcze nigdy nie był łaskawy przez dwa.

— To lepiej, niż myślałam — skłamałam i poszłam po chłopca.

IDA

Czwartego dnia rano książę przestał prosić.

Nie przyszedł sam — od tamtej pierwszej nocy nie przyszedł ani razu. Przysłał sekretarza, a sekretarz przyniósł pismo i przeczytał je przez dąb słowo po słowie, głosem człowieka, który bardzo nie chce być posłańcem takich zdań:

— „Uszanowałem twój post i uszanuję go do końca. Ale wczoraj rada dostała od kuzynów pismo z żądaniem zbadania twojej zdolności do dziedziczenia. Mogę je zatrzymać ręką albo prawem — ręką trzymam je dziś, prawem muszę jutro. Jutro w południe stawię się pod twoimi drzwiami z pisarzem i dwoma świadkami. Trzy dokumenty: przyjęcie tytułu, przysięga wobec rady, potwierdzenie zrzeczenia mojego syna. Bez tego kuzyni pojadą do Kastmaru i wrócą z cesarskim rozjemcą — a wtedy Arvena przestanie być nasza. Post postem, a księstwo księstwem."

Sekretarz odchrząknął.

— Książę kazał doczytać ostatnie zdanie osobno — dodał ciszej, już od siebie. — „I zjedz coś wreszcie, dziecko, bo taca wraca za ciężka."

Odszedł, a ja osunęłam się po drzwiach na posadzkę i siedziałam tak dłużej, niż wypada komukolwiek z moim wyszkoleniem.

Umiem być jej głosem. Nie umiem być jej ręką.

Cały ranek chodziłam po tym brzydkim pokoju jak kot po gorących kaflach i liczyłam rzeczy, które mogą mnie zdradzić. Podpis — pierwsza. Twarz z bliska, w świetle dnia — druga. Kuzyni, którzy przyjdą jako świadkowie rady i będą patrzeć nie na dokumenty, tylko na mnie — trzecia. A za drzwiami zakon, który przysłał mnie tu, żebym siedziała cicho i nie robiła nic. Zakon nie przewidział pisarza.

Zakon nigdy nie przewiduje pisarza.

Więc zrobiłam to, czego uczą nas przez pierwsze pięć lat i czego potem każą nie robić przez następne piętnaście: usiadłam i pomyślałam o tym, czego jeszcze nikt nie zabronił.

Post żałobny zabrania wyjść, przyjmować gości, jeść przy wspólnym stole i pokazywać twarz przed czterdziestym dniem. Nie zabrania mówić. I — sprawdziłam trzy razy w jej własnym modlitewniku, bo w komnacie dziedziczki jest wszystko oprócz spokoju — nie zabrania pieczętować. Zabrania za to czegoś, o czym w tym mieście zdążyli zapomnieć wszyscy poza starymi zakonnicami i mną: ręka w żałobie nie pisze. Pismo należy do żywych. Żałobnica, która chwyta pióro, „pisze do umarłego" i ściąga go z powrotem pod próg.

W szufladzie toaletki, pod wstążkami, leżał jej sygnet z herbem rodu. Zostawiła go — oczywiście, że zostawiła; nikt nie jeździ przez pół księstwa z pierścieniem, po którym pozna cię każdy strażnik na trakcie.

Niech będzie jasne: ten manewr był brzytwą, a ja tonącą. Pieczęć zamiast podpisu przy dokumentach tej wagi to rzecz na upartego — pisarz może odmówić, świadek może zażądać choćby inicjału, a każdy inicjał skreślony moją ręką będzie wyrokiem, bo jej ręki nie znam. Plan zakonu był prosty i piękny: wszystkie podpisy miały przyjść po poście, przy jej własnej dłoni. Nikt nie przewidział kuzynów z pismem. Więc improwizowałam z tym, co miałam: z żałobnym zabobonem, który pamiętały już tylko stare zakonnice, i z nadzieją, że nikt przy tym stole nie będzie na tyle uczony, żeby ze mną dyskutować. Jeśli łykną — kupię jej trzy dokumenty. Jeśli nie — utopię nas obie.

Wzięłam go do ręki, a potem wypłakałam sobie oczy do czerwoności, bo do niektórych ról trzeba się przygotować ciałem, nie głową.

W południe piątego dnia zapukali.

Nie otworzyłam drzwi. Ja z nich wyszłam.

Wyszłam pierwsza, na korytarz, w jej najciemniejszej sukni i w welonie żałobnym opadającym poniżej podbródka — i to była cała moja przewaga: człowiek, który zamierza kogoś przyłapać pod drzwiami, nie ma przygotowanej twarzy na kogoś, kto sam wychodzi mu naprzeciw.

— Nie będziemy podpisywać na progu jak parobcy przy skrzyni — powiedziałam jej głosem, zdartym akurat tak, jak trzeba. — Idziemy do gabinetu.

I poszłam. Nie czekając, czy ktoś się zgodzi. Za mną ruszyli: książę, pisarz z teką, dwóch świadków z rady i kuzyni w płaszczach z za grubym haftem — i przez całą tę drogę korytarzem myślałam tylko o jednym: żeby iść tak, jak idzie kobieta, która wie, że korytarz jest jej.

Gabinet księcia w szarym świetle dnia. Kobieta w czarnej sukni i długim żałobnym welonie odciska sygnet w wosku. Wokół pisarz, świadkowie i stary książę pod rodzinnym portretem.
Welon robi z każdego zdania coś ostatecznego.

W gabinecie usiadłam w fotelu przy wielkiej mapie, zanim ktokolwiek wskazał mi miejsce. Pisarz rozłożył trzy arkusze. Świeca, wosk, piaseczniczka, pióro.

— Panienka będzie łaskawa — powiedział pisarz i podsunął mi pióro.

— Nie — odparłam.

W gabinecie zrobiło się bardzo cicho.

— Jestem w żałobie czterdziestu dni. — Mówiłam wolno, niegłośno; welon robi z każdego zdania coś ostatecznego. — Ręka w żałobie nie pisze. Pismo należy do żywych; żałobnica, która chwyta pióro, pisze do umarłego i ściąga go pod własny próg. Jeśli chcecie, żeby ktoś w tym zamku zaczął pisać listy do zmarłych — mogę zacząć od waszych rodzin.

Jeden ze świadków przeżegnał się czterema palcami, po staremu, od Caldo do Denvira.

— Pieczętuję — powiedziałam i wyciągnęłam rękę po świecę.

Wosk, sygnet, trzy odciski. Ręka mi nie drgnęła, bo trzymałam ją przyciśniętą do blatu — jedyny znany mi sposób, żeby dłoń się nie trzęsła, i nauczyłam się go dawno temu, przy zupełnie innej robocie.

I wtedy odezwał się ten wyższy z kuzynów.

— Wielmożny panie — powiedział słodko — przy dokumentach tej wagi zwyczaj każe okazać twarz. Skąd rada ma wiedzieć, kto pieczętuje pod welonem?

Nie odwróciłam głowy. Sięgnęłam po drugi arkusz.

Za mnie odpowiedział książę.

— Zwyczaj każe? — Filip nie podniósł głosu ani o pół tonu. — To pokaż mi go, kuzynie. Tu, na stole, w pisanym prawie Arveny, artykuł i wers. Poczekam. — Cisza. — A jak już zaczniesz szukać, poszukaj też, w którym artykule stoi, że wolno przerwać żałobę kobiecie, która pochowała bliską duszę — i że wolno to zrobić człowiekowi, który tej duszy nigdy nie widział na oczy.

Kuzyn ukłonił się i zamilkł, a ja pierwszy raz zrozumiałam, dlaczego ten stary człowiek utrzymał to księstwo czterdzieści lat, mając armię wielkości jednej porządnej karczmy.

Pisarz posypał wosk piaskiem. Świadkowie przyłożyli swoje pieczęcie. Trwało to może dziesięć pacierzy, a mnie się zdawało, że zdążyłam się przez nie zestarzeć o wszystkie lata, których nie przeżyłam w klasztorze.

Kiedy wychodziłam, książę zatrzymał mnie w drzwiach. Jednym słowem.

— Lilianno.

Odwróciłam się. Stał pod tym swoim brzydkim portretem rodzinnym, z dłonią na oparciu fotela, i patrzył na welon — na kawałek czarnego płótna, za którym nie było jego synowej.

— Marta byłaby dziś z ciebie dumna — powiedział.

Skinęłam głową, bo na to nie ma odpowiedzi, i wyszłam, i szłam korytarzem prosto, równo, jak kobieta, do której korytarz należy, aż do drzwi pokoju Cichej Damy. Zamknęłam je za sobą, oparłam się o nie plecami i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na trzęsienie rąk.

Przez pół godziny byłam księżną Arveny. Przez pół godziny nikt w tym zamku nie spojrzał na mnie jak na człowieka — patrzyli na tytuł, na welon, na pierścień, na to, co mogą przez nie dostać. Wróciłam do pokoju z okratowanymi oknami, w którym nie ma nawet czym się zająć, i pomyślałam o dziewczynie, która żyje tak od dwudziestu jeden lat i chowa ciastka w szufladzie.

W klasztorze nauczono mnie milczeć, patrzeć i nie chcieć.

Nie nauczono mnie, co robić, kiedy człowiek, którego udajesz, zaczyna cię obchodzić bardziej niż ty sama.

Toaletka przy świecy nocą. W starym srebrzonym lustrze odbicie kobiety w czarnym żałobnym welonie; na blacie wstążki i złoty sygnet z herbem.
Powiedziałam na głos, do nas obu.

Usiadłam przy jej toaletce, uniosłam welon i spojrzałam w jej lustro na cudzą twarz — na oczy, które są szarzejsze od jej oczu o dwa tony, o czym wie każdy, kto choć raz spojrzał jej w twarz z bliska. Post osłania mnie jeszcze pięć dni; welon jest legalny, dopóki trwa żałoba. Ale dziesiątego dnia post gaśnie ze świtem, welon idzie do skrzyni — a w południe mała rada zechce zobaczyć twarz kobiety, której właśnie przypieczętowałam tytuł.

Powiedziałam na głos, do nas obu:

— Wracaj, dziewczyno. Kupiłam ci trzy dokumenty i pięć dni postu. Szóstego dnia od dziś ta twarz przestanie wystarczać.