I · Dziewczyna z mgły

Umarli nie kłamią · rozdział pierwszy

Dziewczyna z mgły

czytania

Umarli nie potrafią kłamać. Tylko dlatego ich lubię.

Marta umarła wieczorem, między zdjęciem mojej sukni a zgaszeniem świec, tak cicho, jak robiła wszystko przez całe życie. Powiedziano mi o tym dopiero rano — a właściwie nie powiedziano mi wcale. Usłyszałam, jak dwie praczki szepczą na korytarzu, że „stara odeszła we śnie, lekka śmierć, daj Denvirze każdemu taką". Nikt nie pomyślał, że powinnam wiedzieć. Nikt nigdy nie myślał, że cokolwiek powinnam.

Dlatego następnej nocy stałam boso w izbie cichych, po niewłaściwej stronie zamkowych zwyczajów, i patrzyłam na jedyną osobę, która kiedykolwiek trzymała mnie za rękę.

Kamienna izba cichych nocą. Na stole leży stara kobieta z gałązką złotego bluszczu w dłoniach, obłożona lawendą. Klęcząca przy niej młoda kobieta ujmuje jej rękę.
Marta. Umarła wiosną, w porze swojego patrona.

Izba cichych przylegała do kapliczki od północy — niskie, kamienne pomieszczenie, w którym zmarli ze służby czekali na swój pochówek. Pachniało tu zimnym woskiem, octem i lawendą, którą obkładano ciała. Zza ściany, z kapliczki, sączyło się ciepłe światło i ciche mamrotanie — świeca czuwania paliła się, jak każe prawo, i ktoś ze służby odmawiał przy niej nocne modlitwy. Zmarły, przy którym czuwają, może czekać w murach na pochówek; samotnych umarłych mury nie znoszą. Marcie czuwania nie zabraknie — o to jedno byłam spokojna. A ja weszłam od strony izby, nie kaplicy, i dlatego nikt mnie nie widział. Na wąskim stole, pod lnianym płótnem, leżała Marta. Ktoś złożył jej dłonie na piersi i wplótł w nie gałązkę złotego bluszczu — znak, że umarła wiosną, w porze swojego patrona. Dobra śmierć. Zasłużona. Tak mówiono o takich zgonach, jakby śmierć była wypłatą za dobrze przepracowany żywot.

Odsłoniłam płótno do wysokości jej ramion. Twarz miała spokojną i obcą zarazem — śmierć wygładziła zmarszczki, które znałam na pamięć, i przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na siostrę Marty, nie na nią. Serce waliło mi tak, że słyszałam je w skroniach. Nie ze strachu przed umarłą. Ze strachu przed tym, co zaraz zrobię.

Bo ja nie przyszłam się pożegnać. To znaczy — przyszłam. Ale nie tylko.

Mam dar, o którym w całej Arvenie wie może pięć osób. Kiedy dotykam zmarłego, widzę jego śmierć. Czasem tylko jej ostatni oddech, czasem całe godziny, które do niej prowadziły. Zakon nazywa to łaską. Ja nazywam to różnie, zależnie od tego, co akurat zobaczę. Tej nocy chciałam ukraść Marcie jej ostatnią chwilę — bo wszyscy inni mieli jej całe życie, a ja miałam tylko te kradzione okruchy i nie umiałam odpuścić ostatniego.

— Wybacz — szepnęłam. — Wiem, że byś się gniewała.

Nie gniewałaby się. Powiedziałaby: „Ptaszę, po coś tu przyszła po nocy, przecież zmarzniesz", i nakryłaby mnie swoim szalem, i to byłoby całe jej gniewanie.

Dotknęłam jej dłoni.

Zimno przyszło od razu — znajome, złe zimno, które nie ma nic wspólnego z temperaturą. Wpełzło od palców w nadgarstek, w ramię, w kark, jakby ktoś wlewał we mnie wodę prosto z zimowego portu. Przestałam czuć posadzkę pod stopami. Świat zgasł jak zdmuchnięta świeca — i zapalił się od nowa, ale już nie mój.

Byłam w izbie służby, ciasnej i niskiej, ze ścianami z ciemnego kamienia. Na parapecie dogorywała łojówka. Marta siedziała na łóżku — żywa, w nocnej koszuli, z warkoczem siwych włosów przerzuconym przez ramię — i rozcierała lewą rękę, jakby ją mrowiła. Wiedziałam, że to jej ostatnie chwile. Zawsze to wiem. To jest najokrutniejsza część daru: patrzeć, jak ktoś robi rzeczy zwyczajne, nie wiedząc, że robi je po raz ostatni.

Nie bała się. Ułożyła się na boku, twarzą do okna, i westchnęła tak, jak wzdycha ktoś, kto skończył długi dzień. A potem — tego się nie spodziewałam — zaczęła myśleć o mnie.

Nie słyszę myśli umarłych. Widzę to, co oni widzieli, czuję strzępy tego, co czuli. Ale czasem, gdy ktoś umiera spokojnie, jego ostatnie wspomnienie rozlewa się po wszystkim jak światło i wtedy widzę je tak wyraźnie, jakby było moje.

Kamienny pomost w porcie we mgle. Z bieli wyrasta czarny bok statku bez bandery, na końcu trapu stoi sama sześcioletnia dziewczynka, obrysowana światłem latarni.
Statek bez bandery. Dwadzieścia jeden lat temu.

Zobaczyłam mgłę.

Gęstą, białą, morską mgłę, która połyka dźwięki. Kamienny nabrzeżny pomost w dolnym porcie Arveny, tak wcześnie rano, że latarnie jeszcze się tliły. Z mgły wyrastał bok statku — ciemny, wysoki, bez bandery. Pamiętam ten statek. Śni mi się do dziś. Ale nigdy nie widziałam go tak: od strony lądu, oczami kobiety, która stała na pomoście i czekała.

Po trapie schodziła dziewczynka. Może sześcioletnia, w płaszczyku z obcego kroju, z jasnymi włosami zlepionymi solą. Szła sama. Nikt jej nie prowadził, nikt nie szedł za nią. Zatrzymała się na końcu trapu, na granicy między statkiem a obcym miastem, i stała tam, jakby świat urwał się jej pod stopami.

To byłam ja. Patrzyłam na siebie sprzed dwudziestu jeden lat i nie mogłam oddychać.

Marta — młodsza, prostsza w plecach — podeszła i przykucnęła przy mnie, o co nikt inny na tym pomoście się nie pokusił. Wyciągnęła rękę. Mała ja patrzyła na tę rękę długo, za długo, tak jak patrzy dziecko, które zdążyło się już nauczyć, że wyciągnięte ręce cofają się szybciej, niż się pojawiają. A potem ją wzięła.

I wtedy, przez rozlewające się światło umierającej pamięci, przepłynęło jedno zdanie — nie wypowiedziane, pomyślane, ciężkie jak kamień noszony latami:

„Obiecałam milczeć, ptaszę. Nie mnie było ci mówić. Ale niech mi Caldo wybaczy — trzeba było ci powiedzieć."

— Co powiedzieć? — krzyknęłam. W wizji nie mam głosu. Krzyczałam w nicość, tak jak krzyczy się we śnie. — Marto! Co trzeba było mi powiedzieć?!

Mgła zgęstniała. Światło łojówki zadrżało i osunęło się w ciemność, a razem z nim cała izba, pomost, statek, mała dziewczynka — wszystko spłynęło w czerń tak miękko, jak Marta osunęła się w śmierć. Lekka śmierć. Daj Denvirze każdemu taką.

Ocknęłam się na kolanach, z czołem opartym o krawędź stołu, z jej zimną dłonią wciąż w mojej. Nie wiem, jak długo płakałam. Wiem za to, co czułam, i tego się wstydzę do dziś: obok żalu, wielkiego jak morze, siedziała we mnie mała, gorąca złość. Bo Marta była dobra, jedyna dobra — i przez dwadzieścia jeden lat milczała. Kochałam ją i miałam do niej żal, jedno i drugie naraz, i żadne nie było mniej prawdziwe.

Umarli nie potrafią kłamać. Ale potrafią zabrać prawdę ze sobą.

Podniosłam się, poprawiłam płótno, ułożyłam gałązkę bluszczu tak, jak leżała. I już miałam wyjść, kiedy usłyszałam głosy za drzwiami — dwa, przyciszone, w tym jeden znałam aż za dobrze. Ochmistrzyni. Zamarłam z dłonią na klamce.

— …no to jak ma być teraz z panienką, powiedz ty mi. — Głos drugiej kobiety był młodszy, zmęczony. — Bo ja już nie wiem, czy jej te sznurówki od gorsetu zostawiać, czy nie.

— Zostaw sznurówki, nie przesadzajmy. Ale nożyczki z pokoju masz zabierać. I te szpile do włosów, te długie. Rozkaz jest rozkaz.

— Przecież ona nic takiego…

— A skąd ty to wiesz? — Ochmistrzyni zniżyła głos, ale kamień w izbie cichych niesie szept lepiej niż krzyk. — Panicz za murem, stara Marta w grobie, a to dziewczę nie ma tu żywej duszy. Książę mówi: patrzeć. To się patrzy. Jak jej się zachce czegoś głupiego, to nie na mojej zmianie.

Odeszły. Kroki ucichły w stronę kuchni.

Stałam w ciemności, wśród zapachu wosku i lawendy, i czułam, jak twarz pali mnie tak, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Więc to tak. Nożyczki. Szpile. Rozkaz jest rozkaz. Cały zamek dostał polecenie, by chronić mnie przede mną — bo skoro dziewczyna jest sama jak palec, to pewnie zaraz zrobi „coś głupiego". Tak to sobie wytłumaczyli. Tak im było prościej: samotność pomylili z chorobą, a mnie z kimś, kogo trzeba rozbroić.

Chciałam się śmiać i chciało mi się wyć, i obie te rzeczy były prawdą naraz.

Nie rozumieli nic. Ja nie chciałam umierać. Ja chciałam, żeby ktoś — ktokolwiek — usiadł kiedyś obok mnie bez rozkazu i powiedział: wiem, jak to jest, mnie też tak czasem ściska. To wszystko. Aż tyle i tylko tyle.

Wróciłam do swojej komnaty przez służbowe schody, boso, z butami w dłoni, niezauważona przez nikogo — w tym jednym byłam naprawdę dobra. Moja toaletka miała dwa życia, zupełnie jak ja. Za dnia była meblem do czesania: wstążki, grzebienie, flakoniki. Ale kiedy wyjęło się górną szufladę i przekręciło ukryty pod blatem drewniany wihajster, ozdobna deska pod lustrem opadała bezgłośnie, odsłaniając skrytkę. Zrobił ją dawno temu jakiś stolarz dla dawno umarłej właścicielki i najwyraźniej oboje mieli coś do ukrycia, bo zakamarków starczało na wszystko, czego dworowi nie wolno było o mnie wiedzieć: ciemne stroje, męskie rękawice, rzeczy, których panienkom się nie trzymuje. Tam też, pod zwiniętym czarnym płótnem, mieszkały zawinięte w chustkę miodowniki, które podbierałam z kuchni. Zjadłam dwa, siedząc na parapecie, patrząc na czarne morze za oknem. Trzeci trzymałam w dłoni dłuższą chwilę.

„Nie jedz — powiedział we mnie ten głos, który mówił głosem ochmistrzyni przymierzającej na mnie suknię. — Znowu nie dopniesz stanika i znowu będą szeptać."

„Jedz — powiedział ten drugi, starszy głos, cieplejszy, podobny trochę do głosu Marty. — Zimno ci i pusto, a to jest słodkie."

Zjadłam. I było mi dobrze, i było mi wstyd, i zasnęłam z tym obojgiem, jak zwykle.

Rano zapowiadał się kolejny dzień taki sam jak wszystkie, a ja nie wiedziałam jeszcze, że będzie ostatnim takim w moim życiu.

Rutyna wzięła mnie w swoje tryby, ledwie otworzyłam oczy. Jedna służka rozczesywała mi włosy, druga ścieliła łóżko, trzecia sznurowała suknię — mocno, potem odrobinę luźniej, z tym dyskretnym westchnieniem, którego nauczyłam się nie słyszeć. Krawcowa poszerzała moje suknie po cichu, nocami, przekładając haftowane pasy tak, żeby nikt nie zauważył szwów. Myślała, że o tym nie wiem. Wiedziałam. W tym zamku wiedziałam o wszystkim, co robiono za moimi plecami — za moimi plecami działo się całe moje życie.

Z całej trójki tylko najmłodsza, Hana, patrzyła czasem na mnie, a nie na robotę. Miała może szesnaście lat, spierzchnięte dłonie i zwyczaj przygryzania wargi, kiedy chciała coś powiedzieć i nie śmiała. Dziś przygryzała ją mocniej niż zwykle.

— Powiedz — odezwałam się do lustra.

Drgnęła, jakbym rzuciła w nią talerzem.

— Ja tylko… — Dygnęła, spłoszona własną odwagą. — Pani Marta, panienko. Ona zawsze mówiła, że panienka ma najładniejsze włosy w całym zamku. Chciałam, żeby panienka wiedziała, że ja też tak myślę.

Szczotka w jej ręce zawisła w powietrzu. W lustrze spotkały się nasze spojrzenia — jej przerażone, moje… nie wiem, jakie. Coś mnie ścisnęło pod mostkiem, ciepłego i ostrego jednocześnie.

— Dziękuję, Hano — powiedziałam. Głos wyszedł mi równiej, niż się spodziewałam.

Więcej nie zamieniłyśmy ani słowa. Ale kiedy schodziłam na śniadanie, niosłam to jedno zdanie ze sobą jak ogrzany kamień w kieszeni.

Wielka jadalnia zamku. W kamiennych stołach wydrążona kręta rzeka z prawdziwą wodą, rybami i małymi barkami. Nad stołami żyrandole i dziesiątki wypchanych ptaków na cienkich sznurkach. Na podwyższeniu jedna kobieta między dwoma pustymi krzesłami.
Śniadanie w najludniejszej samotności, jaką można sobie wyobrazić.

Jadalnia zamku w Arvenie była salą, którą pokazywano wszystkim gościom, zanim jeszcze zdążyli otrzepać płaszcze z podróży. Trzy rzędy stołów z litego kamienia, a w każdym z nich, przez całą długość blatu, wydrążona kręta rzeka — z prawdziwą wodą i prawdziwymi rybami, srebrnymi i rudymi, które śmigały między kielichami jak iskry. Nad stołami wisiały żyrandole wielkie jak koła młyńskie, a między nimi, na sznurkach cienkich jak pajęczyna, dziesiątki wypchanych ptaków zastygłych w locie. Podobno wszystkie upolował mój teść. Podobno. Widziałam księcia Filipa na koniu może trzy razy, a na polowaniu nigdy, ale legendom w tym mieście nie przeszkadzały fakty. Sufit pomalowano na kolor letniego nieba i ostatniej zimy malarz dodał do niego chmurki — malutkie, pękate, rozmieszczone tak równo, że wyglądały jak stado owiec na baczność. Za każdym razem, gdy na nie patrzyłam, myślałam to samo: że ktoś tu bardzo chciał mieć niebo, którym da się rządzić.

— Lilianna z domu Aleksandra, małżonka panicza, synowa naszego wielmożnego pana, księcia Filipa! — obwieścił herold, gdy weszłam.

Z domu Aleksandra. Zawsze mnie to bawiło i zawsze bolało, w tych samych dokładnie proporcjach. Inne kobiety były „z domu" swoich ojców. Ja byłam z domu męża, bo mój własny dom nie miał nazwy — a przynajmniej nikt w tym zamku nigdy nie wypowiedział jej przy mnie. Byłam żoną, odkąd skończyłam szesnaście lat, a narzeczoną, odkąd zeszłam z tamtego statku. Urodziłam się, by być żoną Aleksandra — tak mi kiedyś powiedziano, raz, jeden jedyny raz, i to był koniec wszystkich odpowiedzi, jakie kiedykolwiek dostałam. Skąd statek? Milczenie. Kto mnie posadził na jego pokładzie? Milczenie. Czyje imię nosiłam przez pierwsze sześć lat życia? Milczenie — uprzejme, miękkie, wyściełane troską milczenie, o które rozbijało się każde pytanie, aż w końcu przestałam pytać. W Arvenie można było rozmawiać o wszystkim: o cłach, o wojnie, o cudzych kochankach. Tylko jeden temat był w tym mieście zakazany i tym tematem byłam ja.

Usiadłam na swoim miejscu na podwyższeniu. Krzesło Filipa stało puste — książę od tygodni jadał u siebie, nad mapami. Krzesło Aleksandra stało puste od pół roku. Siedziałam między dwoma pustymi krzesłami, na oczach osiemdziesięciu ludzi, i jadłam śniadanie w najludniejszej samotności, jaką można sobie wyobrazić.

Mój mąż. Powinnam chyba za nim tęsknić i czasem nawet tęskniłam — tak, jak tęskni się za kimś, z kim przez lata dzieliło się celę. Alek był dla mnie dobry. Nauczył mnie jeździć konno, kiedy nikt nie widział, i grać w kości na orzechy, i śmiać się bezgłośnie, bo tylko taki śmiech uchodził nam płazem na oficjalnych ucztach. Był mi bratem we wszystkim poza dokumentami — a dokumenty mówiły: mąż i żona. Oboje nauczyliśmy się nie patrzeć na siebie w noc poślubną, którą spędziliśmy grając w kości do świtu, i oboje nigdy nikomu tego nie powiedzieliśmy. A pół roku temu mój mąż wyjechał. Oficjalnie — do wiosennej rezydencji na wsi, odpocząć w samotności od zgiełku; konwój wyruszył jawnie, główną bramą, a służba rezydencji zapalała potem co wieczór światła w jego skrzydle, jak każe porządek. Dopiero po miesiącach, kiedy przyszedł list, kłamstwo pękło i dwór dowiedział się tego, o czym dziś mówi się w Arvenie wyłącznie ściszonym głosem: że spod rezydencji mój mąż ruszył dalej, lądem, w góry. Na południe.

Żeby zrozumieć, co to znaczy, trzeba wiedzieć, gdzie leży Arvena. Wielkie góry graniczne dzielą świat na pół — na naszą północ, pełną wody i portów, i na południe, o którym wiedziałam tyle, co z bajek: piasek, przyprawy i słońce, które zabija. Góry ciągną się przez cały świat jak blizna po cięciu i na obu końcach wchodzą prosto w morze, klifami, przy których nasz zamkowy wyglądałby jak próg. Obejścia nie ma. Jest jedno jedyne przejście, o którym mówi się głośno — Kastmar, stolica Imperium, miasto wciśnięte w przełęcz jak korek w szyjkę butelki. Wszystko, co chce przedostać się między połowami świata, płaci Kastmarowi. A płynie tego dużo, bo cała północ stoi na południowym metalu: stal, miedź i węgiel idą przez przełęcz do nas, złoto płynie w drugą stronę — i najwięcej z jednego i drugiego zostaje po drodze, w skarbcach Imperium. Uczono mnie, że Kastmar należał do Imperium od zawsze, że tak po prostu jest i było. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, dlaczego miasto zbudowane pośrodku rzeki nosi nazwę, która w naszym języku nie znaczy nic. I jest jeszcze nasza Arvena — jedyne miejsce, gdzie niziny nie urywają się klifem, tylko podchodzą pod samo pasmo, cypel równin wciśnięty między góry a morze. U nas góry podobno da się przejść. Pieszo, z linami, gubiąc po drodze zwierzęta, a czasem ludzi. Handlu tamtędy nie poprowadzisz. Szeptano też — a w Arvenie szeptano o tym od zawsze — że w górach jest ukryta droga, łatwiejsza, znana komuś, kto dawno umarł. Ale to była bajka do wina, jak Cicha Dama albo skarb w studni.

Alek poszedł właśnie tam. Wyprawa, której oficjalnie nie było: dwór odprowadzał wzrokiem konwój do wiosennej rezydencji, a spod rezydencji, nocą, ruszyła w góry garstka ludzi z przewodnikiem — bez orszaku, bez sztandarów, bez śladu. Mój mąż, który bał się wchodzić na basztę, bo kręciło mu się w głowie, poszedł w największe góry świata — i dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo musiał chcieć stąd uciec. Rozumiałam go. To bolało najbardziej: rozumiałam go doskonale. Trzy miesiące temu przyszedł od niego list — okrężną drogą, przez Kastmar, wciśnięty za opłatą między papiery przewozowe transportu stali. Tak wygląda poczta zza gór: list wędruje z żelazem albo nie wędruje wcale. Ostatni list. Cztery zdania.

„Lilianno. Nie wracam do Arveny. Ojciec zrozumie, czego się zrzekam, a Ty zrozumiesz kiedyś, dlaczego. Wybacz mi, jeśli potrafisz — z nas dwojga Ty zawsze byłaś odważniejsza. — A."

Znałam ten list na pamięć, bo przeczytałam go może trzysta razy, i za każdym razem czułam to samo podwójne ukłucie. Ulgę — bo drzwi celi, w której siedzieliśmy oboje, ktoś wreszcie otworzył. I złość — bo otworzył je od środka, dla siebie, a mnie zostawił w niej samą. Można komuś jednocześnie życzyć szczęścia i mieć żal, że po nie poszedł. Jeśli ktoś twierdzi, że nie można, to znaczy, że nigdy nie siedział w celi we dwoje.

Brak Filipa przy stole sprawił, że nie musiałam się delektować. Jadłam szybko, myśląc o jednym: żeby jak najprędzej znaleźć się w klasztorze. Poza mury zamku nie wolno mi było wychodzić samej — ale do wielkiego sanktuarium nigdy mi wyjazdu nie odmawiano. Pobożność była jedyną moją zachcianką, na którą ten dwór patrzył z ulgą. Niech się dziewczyna modli. Modlitwa jeszcze nikomu nie otworzyła żyły.

Gdyby wiedzieli, po co naprawdę jeżdżę do klasztoru, spaliliby chyba i mnie, i sanktuarium.

— Mironie — powiedziałam, znajdując wzrokiem mój cień. — Każ zaprzęgać. Jadę do sanktuarium.

— Już kazałem, panienko. — Uśmiechnął się jednym kącikiem ust, co było u niego odpowiednikiem salwy śmiechu. — Kazałem zaprzęgać, kiedy panienka sięgnęła drugi raz po chleb, zamiast po konfitury. Panienka je chleb tylko wtedy, kiedy chce szybko skończyć.

Zamrugałam. Cztery lata przy mnie — i czasem zapominałam, że milczenie nie znaczy ślepota.

Miron służył przy mnie od czterech lat. Młody, silny, bez zarostu, z jasnymi włosami do ramion, które wiązał rzemieniem w drodze, a rozpuszczał na służbie, bo tak wyglądał groźniej. Mówił mało, widział wszystko. Wzbudzał we mnie poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie — od wczorajszej nocy wiedziałam to już na pewno — był częścią mojej klatki. Patrzeć, powiedział książę. To się patrzy. Miron patrzył. Kiedyś, podczas napadu w górnym mieście, pozbawił dwóch oprychów głów szybciej, niż zdążyłam krzyknąć; wtedy myślałam, że chroni mnie przed światem. Teraz wiedziałam, że w razie potrzeby ochroniłby mnie i przede mną. Nie potrafiłam go za to nienawidzić. To było najgorsze w tym zamku: nie było tu nikogo, kogo dałoby się uczciwie nienawidzić — sami ludzie wykonujący rozkazy z troski, od której chciało się skowyczeć.

Zanim zeszłam do karocy, weszłam jeszcze na basztę północną. Strażnicy znali mnie i przepuścili bez słowa — na górę, po krętych schodach, na wiatr.

Arvena o złotej godzinie: miasto schodzące tarasami po zboczu góry, sanktuarium płonące złotym bluszczem, klif nad morzem, port i pasmo gór granicznych na horyzoncie.
Arvena. Wszystko, co znała.

Z baszty widać było całą Arvenę i za każdym razem zapierało mi to dech, choć znałam ten widok na pamięć. Miasto zbudowano na górze i wokół góry. Na samym jej szczycie stał zamek — nasz zamek, z basztą, na której właśnie marzłam. Od wschodu góra opadała łagodnie i po tym zboczu miasto schodziło warstwami, jak suknia ułożona z falban: najpierw górne miasto, kolorowe i strzyżone, niżej dzielnica handlowa ze złotym pięciokątem sanktuarium, jeszcze niżej dachy rzemieślników, z których nawet o poranku wstawały dymy kuźni. Od zachodu łagodności nie było żadnej — góra urywała się klifem prosto w morze, ścianą tak wysoką, że statki na wodzie pod nią wyglądały jak łupiny orzechów. Zatoka obejmowała miasto z dwóch stron, wygięta w podkowę, a nasza góra z klifem stała w samym środku tej podkowy jak kamień oprawiony w pierścień. Na prawym ramieniu podkowy tłoczyła się dzielnica portowa: żurawie, magazyny, las masztów. Na lewym, w miejscu, gdzie klif rzucał swój wieczny cień i słońce zaglądało tylko latem — Zacienie, dzielnica tych, których nie było stać na słońce. Z baszty wyglądała jak plama szarości w kolorowym mieście, jakby ktoś w tym miejscu zapomniał dokończyć obraz. Wszystko to — port, Zacienie, warstwy zbocza, ogrody — opasywał jeden mur, gruby i stary, spięty kilkoma bramami. Miasto z niego wyrastało; miejscami już nie mieściło się w środku i za murem, jak grzyby po deszczu, kiełkowały pojedyncze chaty tych, dla których zabrakło miejsca w kamieniu. A dalej, za murem i za chatami, niziny ciągnęły się po horyzont — pola, lasy, wsie — aż do sinej ściany na krańcu świata: wielkich gór granicznych, które nawet stąd, z odległości trzech dni drogi, wyglądały, jakby ktoś ustawił na horyzoncie drugie, ostrzejsze niebo.

Kiedy byłam mała, grałam na tej baszcie w grę. Wybierałam w porcie statek — najlepiej ciemny, wysoki, bez bandery — i wymyślałam mu port, z którego przypłynął. Czasem był to Kastmar, czasem wolne miasta, o których opowiadały kucharki. Ale najczęściej, prawie zawsze, statek przypływał z Frostheimu. Nigdy żaden naprawdę stamtąd nie przypłynął, odkąd patrzyłam — a patrzyłam od dwudziestu jeden lat.

Gdzieś za tym morzem, daleko na północnym wschodzie, leżała kraina, o której wiedziałam dwie rzeczy: że nazywa się Frostheim i że przypłynęłam z niej ja. Dwie rzeczy przez dwadzieścia jeden lat. Zbierałam okruchy jak skąpiec: obco brzmiące słowo rzucone przez kupca w porcie, nazwę zatoki na mapie w gabinecie Filipa, którą zdążyłam przeczytać, nim zwinięto mapę. Nocami układałam z tych okruchów kraj — biały, surowy, pachnący solą i żywicą — i wiedziałam, że to tylko moja wyobraźnia, i tęskniłam za nim tak, że bolały mnie żebra. Czy można tęsknić za miejscem, którego się nie pamięta? Można. Jestem na to żywym dowodem. Tęsknota za domem, którego się nie zna, jest jak głód potrawy, której nigdy się nie jadło — nie umiesz jej nazwać, ale budzisz się z nią co rano.

— Panienko. — Miron stanął w wejściu na basztę, bezszelestnie jak zwykle; przy tej posturze opanował kocie ruchy niemal do perfekcji. — Karoca gotowa, czeka przed główną bramą.

— Myślałam, że dłużej ci to zajmie — powiedziałam. — Dlatego tu weszłam.

Skłonił głowę, udając, że wierzy.

Przed bramą czekała nasza biało-błękitna karoca — na pierwszy rzut oka skromna, i było to złudzenie starannie zaplanowane. Każdy jej detal dopracowano do przesady: linie idealnie proste, na każdym stopniu herb rodu, w drzwiczkach szybka, która z zewnątrz wyglądała niewinnie, a była gruba na dwa palce. W środku kanapa obita jedwabiem. Jechałam sama; Miron siadł przy woźnicy. Za oknem, otulonym błękitnymi zasłonkami, przesuwało się górne miasto — najbogatsza z warstw Arveny, kamienice jak z pudełka cukiernika, każda karczma, sklepik i pracownia krawiecka pomalowane w innym kolorze, jakby tęcza spadła na miasto i nie miała siły się pozbierać. Znałam tę trasę na pamięć. Wiedziałam, w którym oknie wywieszają pościel w pogodne dni i przed którą piekarnią kolejka skręca w lewo, a przed którą w prawo. Takie się ma rozrywki, kiedy całe miasto zna twoją twarz, a ty nie znasz w nim nikogo.

Klasztor stał w dzielnicy handlowej, tuż za bramą górnego miasta, i był budowlą, która nie pozwalała przywyknąć do siebie nawet po stu wizytach. Ogromny gmach na planie pięciokąta, z pięcioma strzelistymi wieżami wyrastającymi z narożników jak palce dłoni, która pod ziemią trzyma coś cennego. Całość porastał egzotyczny bluszcz zmieniający kolor z porą roku — teraz, wiosną, płonął złotem tak czystym, że w słoneczne dni na fasadę bolało patrzeć. Mówiono, że sadzonki przywieziono zza południowych gór, w czasach, kiedy jeszcze wierzono, że z południem można sąsiadować. Przed schodami, jak co dzień, kłębił się mały jarmark ludzkich spraw: przekupki z woskiem i gałązkami bluszczu w czterech kolorach, pisarz uliczny skrobiący za grosik listy do zmarłych, które palono potem w czaszach przed wejściem, dwie płaczki zawodowe kłócące się o kolejkę. Śmierć była w Arvenie codziennością jak chleb — i jak wokół chleba, wyrósł wokół niej cały drobny handel. Kiedy karoca stanęła, Wincenty czekał już na schodach. Ktoś z zamku musiał go uprzedzić. Ktoś z zamku uprzedzał go zawsze.

— Dobrze cię widzieć, Lili. — Ciemne oczy spojrzały na mnie łagodnie i uważnie zarazem, robiąc ten swój szybki obchód mojej twarzy: spała? płakała? je? — Miałem dziś po ciebie posyłać. Potowarzyszysz mi w porannym obchodzie?

Towarzyszenie Wincentemu w obchodzie nie było niczym nowym. Ale „miałem po ciebie posyłać" — to było nowe. To był zwiastun.

— Z wielką chęcią — odpowiedziałam i dygnęłam odrobinę głębiej, niż wymagał zwyczaj, na użytek gapiów.

Wnętrze sanktuarium: las kolumn, kopuła z gwiaździstymi otworami z kolorowego szkła, barwne snopy światła w dymie kadzidła i kamienne misy pełne świec.
Dzień połamany na klejnoty.

Wincenty miał czterdzieści lat, ramiona tragarza ukryte w sutannie przypominającej worek i słabość do roślin, przez którą jego obchód nie mógł się odbyć bez stalowej konewki. Podlewał wszystko, co zielone, a w tym gmachu zielone było niemal wszystko. Główna sala sanktuarium mogłaby pomieścić pół dzielnicy: las kolumn, arkady piętrzące się nad arkadami, balkony, z których zwisały girlandy bluszczu, i światło — dziesiątki gwiaździstych otworów w kopule, oprawionych kolorowym szkłem, przez które dzień wpadał do środka połamany na klejnoty. Wzdłuż ścian ciągnęły się malowidła czterech bogów, a po całej sali rozsiane były okrągłe kamienne stojaki wypełnione piaskiem, podzielone na ćwiartki — w każdej ćwiartce las cienkich świec. Za pamięć zmarłych wiosny stawiało się świecę w ćwiartce Caldo, za letnich — u Rena, i tak dalej, wokół całego roku. O tej porze dnia sala żyła własnym, przyciszonym życiem: rybaczki z portu klękały przy ćwiartkach Denvira, bo morze zabiera najchętniej zimą; jakiś kupiec w futrze liczył na palcach, przy którym stojaku będzie taniej o duszę wspólnika; w bocznej nawie mniszki uczyły dwie małe dziewczynki, jak przycina się knot, żeby świeca za zmarłego nie kopciła — bo kopcąca świeca, mówiły, to jak list z kleksami. Przy jednym ze stojaków przystanęłam i postawiłam świecę w ćwiartce wiosennej. Nie musiałam mówić za kogo. Wincenty poczekał, aż płomień się wyprostuje, i dopiero wtedy ruszył dalej — i za to jedno czekanie byłam mu wdzięczna bardziej niż za wszystkie słowa pociechy, których taktownie nie wypowiedział.

— Czy kapłan dokończy opowieść? — rozległ się cienki głosik gdzieś na wysokości naszych łokci.

Chłopiec miał może siedem lat, uszy odstające jak dwa żagle i minę człowieka, który czeka od godziny i uważa, że to skandal. Ciągnął Wincentego za sutannę bez cienia nabożnego lęku.

— Arturze. — Wincenty westchnął z powagą. — Wybacz. Powitanie damy wybiło mnie z rytmu opowieści.

— To jest dama? — Artur obejrzał mnie rzeczowo od butów po włosy. — A czemu dama ma smutne oczy?

Sala nie zapadła się pod ziemię, choć dałam jej na to całe uderzenie serca. Wincenty otworzył usta — i zamknął je z powrotem, bo co tu było prostować. Dzieci z dzielnicy portowej mają w oczach wagę kupiecką: ważą cię od razu i bez litości, i nie da się im wmówić, że kamień jest chlebem.

Przykucnęłam, żeby mieć jego twarz na wprost swojej.

— Bo mi wczoraj umarła przyjaciółka — powiedziałam. Prawda wyszła ze mnie łatwiej przy nim niż przy całym dworze.

Artur pokiwał głową z miną znawcy.

— Mnie umarł dziadek w zeszłą jesień. — Pomyślał chwilę i dodał tonem pocieszenia: — Ale był jesienny, to mówią, że dobrze trafił, Arenin go wziął od razu. A pani przyjaciółka jaka była?

— Wiosenna. I umarła wiosną.

— No to co pani taka smutna! — rozpromienił się, jakby rozwiązał zagadkę. — To najlepsze, co może być!

I tyle. Siedmiolatek z portu w trzech zdaniach zamknął temat, wokół którego dorośli chodziliby na palcach tydzień. Zaśmiałam się — pierwszy raz od wczoraj, krótko, ale naprawdę — a on uznał sprawę za załatwioną i wrócił do szarpania sutanny.

— Dobrze więc, Arturze, opowiem jeszcze raz, od początku — poddał się Wincenty i poprowadził nas pod malowidła. — Ściany tego domu zdobią czterej bogowie. Caldo — wiosna, Ren — lato, Arenin — jesień, Denvir — zima. Pod którym się urodzisz, ten opiekuje się tobą do śmierci. A twoim patronem jest…?

— Arenin, Arenin! — Maluch aż podskoczył.

— Właśnie. Jeśli śmierć przyjdzie po ciebie w porze twojego patrona, znaczy to, żeś był prawy, i ten sam bóg poprowadzi cię po drugiej stronie. Jeśli w innej porze — twój patron z jakiegoś powodu nie chce cię przyjąć.

— Ja na pewno będę prawy! — oświadczył Artur. — Jak każą żebrać, to żebrzę, a jak mama każe podebrać trochę jabłek z bazarku, to zawsze podbieram, ani razu nie odmówiłem!

Ugryzłam się w policzek od środka. Wincenty nawet nie mrugnął — miał w tych sprawach doświadczenie starego rybaka, który wie, że nie każdą rybę wyciąga się od razu.

— Jesteś młody i nie wiesz, co przyniesie przyszłość — powiedział spokojnie. — Ale nie lękaj się. Bogowie nie są wybredni. Jeśli jeden cię nie przyjmie, możesz przejść pod opiekę kolejnego. Osąd nie jest surowy; trzeba naprawdę mocno zawinić, żeby błąkać się po drugim świecie bez celu.

— A skąd wiadomo, czy kolejny przygarnie?

— W tym świecie się tego nie dowiesz. To sprawa między tobą a twoim patronem. — Wincenty położył mu dłoń na głowie i obrócił go delikatnie ku wyjściu. — Przyjdź jutro o tej porze, dokończymy. Muszę jeszcze odprowadzić tę damę.

Artur zrobił dwa kroki w stronę wyjścia — i zawrócił, jakby coś sobie policzył. Złapał mnie za rękaw i pociągnął, zanim zdążyłam zaprotestować, prosto do najbliższego stojaka. Wspiął się na palce, wyciągnął z drewnianej skrzynki cienką świeczkę, wbił ją w piasek w ćwiartce Caldo — krzywo, z wysuniętym z przejęcia językiem — i przypalił knot od sąsiedniego płomienia.

— Za przyjaciółkę pani — oznajmił. — Mnie dają za darmo, bo jestem mały. Pani by kazali płacić, bo pani ma suknię. — Obejrzał moją suknię krytycznie i dodał, całkiem poważnie: — Jak pani chce, to mogę tak stawiać co tydzień. I tak tu przychodzę.

Chłopiec o odstających uszach wbija na palcach cienką świeczkę w piasek kamiennej misy podzielonej na cztery ćwiartki; obok kuca kobieta w bogatej sukni.
Mnie dają za darmo, bo jestem mały.

Coś ciepłego i kłującego ścisnęło mnie pod mostkiem, drugi raz tego dnia. Miałam w skrytce toaletki więcej złota, niż jego matka widziała przez całe życie — a ten mały postawił za moją zmarłą pierwszą świeczkę, której nikt mu nie kazał stawiać.

— Chcę — powiedziałam. — Bardzo chcę.

— No. — Pokiwał głową jak kupiec, który ubił interes, i zniknął w lesie kolumn.

Zaczynałam podejrzewać, że tak właśnie smakują ludzie, kiedy się ich do siebie dopuści — ciepło i kłucie, zawsze w parze.

— A ty wierzysz w to, co mu opowiedziałeś? — spytałam, gdy zostaliśmy sami w bocznym korytarzu. Wincenty nie był zwykłym mnichem; wolno mi było pytać go o rzeczy, za które innym groziłby post o wodzie.

— Moja droga, to prości ludzie. — Zniżył głos, podlewając mimochodem paproć w kamiennej donicy. — Chciałbym, żeby ten mały wyrósł na prawego człowieka, ale nie łudzę się, że dokona tego strach przed porami roku. Niech wierzą, że każdy ma tyle samo szans trafić tam, gdzie cesarze. Gdybym opowiedział im moje wierzenia, uznaliby mnie za szaleńca — nie ze złej woli; po prostu nikt ich nie uczył unieść takiego ciężaru. Dostają więc prawdziwą historię w wersji, którą da się udźwignąć razem z koszem ryb na plecach.

— A ja? Usłyszę kiedyś wersję bez uproszczeń?

— Jeśli wstąpisz do zakonu, przekażę ci osobiście wszystko, co wiem. — Uśmiechnął się, ale oczy mu przy tym nie żartowały. Nie pierwszy raz to sugerował. — Twoje umiejętności przydałyby się nam na co dzień, nie tylko w sytuacjach wyjątkowych.

— A pojawiła się właśnie jakaś sytuacja wyjątkowa? — spytałam lekko.

— Jeszcze nie mogę odpowiedzieć na to pytanie — odparł Wincenty tonem, który był odpowiedzią.

Szedł chwilę w milczeniu, a potem dodał, nie patrząc na mnie, tym samym głosem, którym mówił o podlewaniu:

— Słyszałem, co powiedziałaś małemu. O przyjaciółce. — Konewka zawisła nad kolejną donicą. — Nie pytam, kim była. Przykro mi, Lili. Strata jest stratą, obojętnie, jak się nazywa.

I to było całe kazanie, jakie wygłosił. Żadnego „czas leczy", żadnego „taka wola bogów". Pomyślałam — nie po raz pierwszy — że z całego mojego dziwnego życia Wincenty jest tym, co najbardziej przypomina przyjaciela. I że nigdy nie powiedziałam mu tego na głos, bo bałam się usłyszeć w odpowiedzi coś uprzejmego.

Krążyliśmy po gmachu jeszcze dobrą godzinę — sala za salą, korytarz za korytarzem, coraz węziej i coraz ciemniej, aż do części, w której żyli mnisi i gdzie okna były wspomnieniem. Przed niskimi drzwiami na końcu ślepego korytarza Wincenty zapalił pochodnię i przekręcił w zamku klucz wielkości mojej dłoni.

— Mam dla ciebie niespodziankę — powiedział. — I będziesz ją mogła wypróbować jeszcze dziś.

Klasztorny magazyn pachniał kurzem, olejem i starym żelazem. Na skrzyni leżał złożony czarny płaszcz. Dziwny prezent; miałam już bardzo podobny i zakładałam go na każdą misję.

— To nie jest zwykły płaszcz. — Wincenty rozpostarł go w świetle pochodni. — Uszyto go na południu, z materiału, który w chwili uderzenia twardnieje jak stal. Kosztował mnie rok korespondencji i sakiewkę, o którą lepiej nie pytaj — handlarze zza gór wiedzą, co mają. I prawie twój rozmiar.

„Prawie" oznaczało, że zmieściłybyśmy się w nim we dwie. Włożyłam go mimo to — był lżejszy, niż wyglądał, i układał się na ramionach jak cień. Już miałam go zdjąć, kiedy Wincenty wyjął zza pasa mały sztylet.

— Zaufaj mi na trzy uderzenia serca — powiedział.

— Co…

Dźgnął. Zesztywniałam. Bólu nie było — tylko głuchy nacisk, jakby ktoś przyłożył mi do żeber drewnianą łyżkę.

— Widzisz? Działa — ucieszył się szczerze.

— Mam nadzieję, że to nie była pierwsza próba — powiedziałam, kiedy serce zeszło mi z gardła na miejsce.

— W zasadzie druga. Ale pierwsza na człowieku. — Był z siebie zadowolony jak Artur nad jabłkami. Potem spoważniał, tak jak on jeden potrafił: bez zmiany twarzy, samą temperaturą głosu. — A teraz do rzeczy. Mamy klienta. Ważnego. Na tyle ważnego, że tym razem nie wystarczy jedna noc. Wyprawa potrwa kilka dni, Lili. Cel leży daleko za miastem — pod samymi górami.

— Kilka dni? — Przez moment byłam pewna, że się przesłyszałam. — Wincenty, ja nie mogę zniknąć na kilka dni. Straż zagląda do mnie rano i wieczorem. Filip… — urwałam. O sukcesji jeszcze nie wiedziałam; wiedziałam tylko, że jestem najpilniej strzeżoną kobietą w tym mieście. — Po Marcie pilnują mnie tak, że wiedzą, ile razy w nocy się przewracam na drugi bok.

— Wiem o tym więcej, niż myślisz. — Coś przemknęło mu po twarzy, cień czegoś, co wyglądało jak gniew, i schowało się z powrotem. — I właśnie dlatego wszystko zostało przygotowane. Zamek nie zauważy twojej nieobecności. Ani rano, ani wieczorem, ani razu.

— Jak?

— Zobaczysz dziś w nocy. — Uniósł dłoń, ucinając moje pytania. — Zrobisz tymczasem dwie rzeczy. Po pierwsze: ogłosisz na dworze, że przenosisz się do pokoju herbacianego. Po drugie: ogłosisz post żałobny. Znasz zwyczaj — dziesięć dni ścisłego odosobnienia po stracie bliskiej duszy wolno wziąć każdemu, od praczki po księcia. Dziesięć dni bez gości, bez pokazywania twarzy, o postnym stole, w opłakiwaniu — tak kupuje się zmarłemu łaskę jego patrona. I nikomu, nawet władcy, nie wolno tych dni przerwać.

— Post żałobny po służącej? Dwór skręci się ze zdziwienia.

— Dwór plotkuje o tobie od dwudziestu jeden lat, jedna plotka więcej go nie zabije. A ty będziesz mieć prawo zamknąć drzwi i nie otwierać nikomu. — Spojrzał na mnie i głos mu odrobinę zmiękł. — Poza tym to nie będzie kłamstwo. To dobra przykrywka właśnie dlatego, że prawdziwa. Najlepsze kłamstwa są z prawdy.

— A jeśli przyjdzie sam Filip?

— Postu żałobnego nie przerywa się nawet księciu. — Wincenty zgasił pochodnię o kamień i otworzył przede mną drzwi. — Po wieczornym gaszeniu latarni portowych bądź gotowa. Ubierz się ciepło i wygodnie, spakuj się lekko. I czekaj na sygnał.

W drodze powrotnej karoca kołysała mnie przez górne miasto, a ja układałam w głowie dzisiejszy wieczór. Nowy klient. Czarny płaszcz zszyty na miarę wojny. Wyprawa na kilka dni — dalej od Arveny, niż byłam kiedykolwiek dotąd. Powinnam się bać i bałam się — i pod tym strachem, głęboko, jak ryba pod lodem, poruszało się coś jeszcze. Radość. Wstydliwa, niestosowna radość, że znowu będę kimś więcej niż panienką, przy której chowa się nożyczki.

Filip wezwał mnie przed wieczerzą.

Gabinet księcia mieścił się nad salą audiencyjną i był miejscem, w którym mój teść spędzał całe dnie i coraz częściej noce. Ciemne dębowe biurko pod oknami, żyrandol na sto świec nad wielkim stołem z mapą, ściany obwieszone kolejnymi mapami i portretami przodków — tak koszmarnie brzydkimi, że zobaczywszy je pierwszy raz z bliska, spytałam Alka, czemu jego ród obraża własnych zmarłych; roześmiał się wtedy tak, że wybiegł z gabinetu. Wspomnienie ukłuło mnie i ogrzało w tej samej chwili. Wszystko, co wiązało się z Alkiem, robiło już tylko to.

Filip stał nad mapą. Wyglądał, jakby od zimy przybyło mu dziesięć lat: twarz wychudzona, siwe włosy w nieładzie, broda optycznie powiększająca twarz, która się pod nią kurczyła. Tylko oczy — blade, błękitne, podkrążone — trzymały się mocno. Uderzały we mnie zawsze jak fala w klif: bez gniewu i bez czułości, z samą tylko siłą.

— Usiądź, Lilianno.

Usiadłam. Nie zaproponował wina, nie spytał o zdrowie. Nigdy nie pytał; informacje o moim zdrowiu dostawał z raportów.

Gabinet księcia wieczorem: żyrandol na sto świec nad wielkim stołem z mapą, brzydkie portrety przodków, wychudzony stary człowiek w futrze oparty obiema dłońmi o mapę.
Nie słyszałem tego pytania.

— Nie będę robił podchodów. — Oparł obie dłonie o stół. — Dziś na zebraniu z chorążymi uznałem twoje prawo do dziedzictwa księstwa.

Świat na moment stracił ostrość. Słyszałam własną krew.

— Mojego… — Musiałam zacząć jeszcze raz. — Panie, ja nie jestem z twojej krwi. Jestem żoną twojego syna. Żoną, którą twój syn…

— Wiem, kim jesteś. — Głos miał równy jak blat stołu. — Mój syn zrzekł się dziedzictwa na piśmie. Wiedziałaś?

— Napisał mi tylko, że nie wróci.

— Zrzekł się. Za murem, przy świadkach, jak dezerter. — Przez kamienną twarz Filipa przeszło coś, czego nie zdążyłam nazwać, i schowało się z powrotem. — Sukcesję lepiej ustalić za życia. Rada wolałaby kuzynów z bocznej linii; kuzyni z bocznej linii doprowadziliby to miasto do ruiny w dekadę. Zostajesz ty. Jako wdowa słomiana po moim synu i moja synowa, wedle prawa Arveny masz tytuł, by dziedziczyć, jeśli książę tak postanowi. Postanowiłem.

— Może spytasz, co ja o tym myślę? — Nie powinnam była podnosić głosu i podniosłam go. — Czy ja w ogóle chcę być na twoim miejscu?

— Nie słyszałem tego pytania — odparł i sięgnął po kielich.

Siedziałam naprzeciw niego z rękami złożonymi na podołku, jak mnie nauczono, i czułam w środku dokładnie dwie rzeczy, obie w pełnej sile. Przerażenie — zimne, mokre, oblepiające: korona tego miasta na mojej głowie, mojej, dziewczyny z mgły, której nie powierzano nawet nożyczek. I pod spodem, na samym dnie, coś, do czego wstyd mi się było przyznać przed samą sobą: triumf. Ostry, słodki, podły triumf. Dwadzieścia jeden lat byłam meblem w tym zamku. Meblom nie zapisuje się księstw.

Człowiek potrafi czuć obie te rzeczy naraz i żadna nie unieważnia drugiej. To też miałam po Arvenie.

— Będziesz musiała się wiele nauczyć — ciągnął Filip. — Nasze ziemie leżą w trudnym miejscu, a przy życiu utrzymują nas wyłącznie właściwe decyzje. Właściwe, czyli zazwyczaj ciężkie.

— Kto mnie będzie uczyć? Ty?

— Tak. Ograniczy mnie czas. — Nie wyjaśnił, czy mówi o obowiązkach, czy o czymś, o czym szeptały jego podkrążone oczy i kielichy „na bóle". — Zaczniemy jutro przed śniadaniem.

Jutro przed śniadaniem. Poczułam, jak plan Wincentego trzeszczy mi w rękach jak lód na jesiennym stawie. Jeszcze rano byłam nikim, którego pilnują; od dziś byłam dziedziczką, której będą pilnować podwójnie — i której książę we własnej osobie wyznaczył lekcje. Wybrałam sobie na zniknięcie najgorszy możliwy tydzień w ciągu dwudziestu jeden lat.

Skinęłam głową. A potem, ponieważ dzień był i tak już wywrócony do góry dnem, poprosiłam:

— Mam życzenie. Chcę, żeby przeniesiono moje rzeczy do pokoju herbacianego. To będzie moja komnata. I ogłaszam post żałobny. Po Marcie.

Filip spojrzał na mnie po raz pierwszy tego wieczoru tak, jakby naprawdę patrzył. Cisza trwała długo. Czekałam na drwinę — po pokojowej nie bierze się postu, opamiętaj się — i już układałam w głowie odpowiedź.

— Doniesiono mi, że byłaś z nią blisko — powiedział zamiast tego. Głos miał równy, urzędowy, jakby czytał raport. — Wiedz jedno: zanim trafiła do ciebie, Marta służyła mnie. Dwadzieścia lat. — Wrócił wzrokiem do mapy, dając znać, że temat jest zamknięty, zanim go otworzyłam. — Post żałobny to twoje prawo. Jak sobie chcesz.

Wyszłam z gabinetu z sercem bijącym w uszach. Służyła mu. Dwadzieścia lat u boku księcia — zanim oddano ją mnie, obcej dziewczynce ze statku bez bandery. Marta nigdy o tym nie wspomniała. Ani razu, przez dwadzieścia jeden lat. „Obiecałam milczeć, ptaszę." Komu obiecała? Odpowiedź stała nad mapą w gabinecie, który właśnie opuściłam, i piła z kielicha na bóle. Miałam ochotę zawrócić, walnąć pięścią w te dębowe drzwi i pytać tak długo, aż z tego zamku opadnie tynk. Nie zawróciłam. Byłam w tym domu dwadzieścia jeden lat — wiedziałam, jak brzmi jego milczenie.

I szłam korytarzem z dziwnym uczuciem, że przez ostatnie pół godziny rozmawiałam z człowiekiem, którego nie znam — i że on być może rozmawiał z kimś, kogo nie zna, i że oboje mieszkamy w tym zamku od dwudziestu jeden lat. Przeprowadzka trwała do zmroku. Pokój herbaciany miał w zamku opinię, o której nie mówiło się przy świecach. Służba nazywała go pokojem Cichej Damy — od kobiety, która wedle legendy zamknęła się w nim przed stu laty, czekając na kogoś, kto obiecał wrócić przed zimą. Nie wrócił. Znaleziono ją wiosną, w fotelu przy oknie, z twarzą zwróconą ku drzwiom. Od tamtej pory pokój stał zapchany gratami, bo żadna pokojówka nie chciała w nim sprzątać po zmroku — mówiono, że Dama wciąż czeka i że nie lubi, kiedy ktoś zajmuje jej miejsce. Dla mnie brzmiało to jak najlepsza rekomendacja w całym zamku: pokój, do którego nikt nie zagląda, był dokładnie tym, czego potrzebowałam. Obrazy egzotycznej przyrody, której nikt tu nigdy nie widział, regały z książkami przyśrubowane do ścian tak solidnie, jakby ktoś się bał, że książki uciekną, dwa fotele, stolik i kurz układany warstwami przez dekady. Okna małe, gęsto okratowane — po dzisiejszym dniu doceniłam ironię: sama poprosiłam o pokój, z którego nie da się wyskoczyć. Służba wynosiła graty i wnosiła moje szafy z narastającym, uprzejmym zdumieniem — i z pośpiechem, który miał niewiele wspólnego z gorliwością: nikt nie chciał być w pokoju Cichej Damy po zapadnięciu ciemności. Toaletkę wniesiono ostatnią; upierałam się przy niej tak długo, aż ochmistrzyni machnęła ręką. Hana przyniosła mi wieczorem dzbanek mleka z miodem, postawiła go bez słowa i już od progu, odwrócona, powiedziała szybko, jakby skakała do zimnej wody:

— Dobranoc, panienko. Ten pokój wcale nie jest taki brzydki.

Był potwornie brzydki. Obie o tym wiedziałyśmy. Uśmiechałam się do zamkniętych drzwi jeszcze dobrą chwilę.

Potem usiadłam na łóżku ustawionym pośrodku nieswojego pokoju i czekałam, aż w dole, w porcie, zgasną latarnie. Przez okratowane okienko widać było ledwie skrawek zatoki — ale akurat ten, na którym światła portu kładły się długimi smugami po wodzie; nie musiałam widzieć latarni, wystarczyły mi ich odbicia. Gasili je zawsze w tej samej kolejności, od falochronu ku miastu, jakby ktoś zdmuchiwał świece na urodzinowym placku. Kiedy zgasła ostatnia, zamek nade mną i pode mną ułożył się do snu.

Stuknięcie było tak ciche, że najpierw poczułam je raczej, niż usłyszałam. Nie od drzwi. Od regału.

Podeszłam. Zapukałam dwa razy w dębową półkę, między „Traktatem o cłach morskich" a czymś bez grzbietu.

— Zajęłaś moje miejsce — wyszeptał regał. Szept był kobiecy, cienki, zawodzący, i ciągnął samogłoski tak, że skóra na karku stawała dęba. — Sto lat czekam przy tym oknie… a ty wstawiłaś tu łóżko… Odsuń je do rana, bo zajmę twoje…

Muszę przyznać: przez jedno uderzenie serca stałam bez ruchu, a zimny palec przejechał mi po krzyżu. Gdyby na moim miejscu była którakolwiek z pokojówek, do rana nie byłoby jej nie tylko w pokoju, ale chyba i w mieście. Tyle że pokojówki nie spędziły popołudnia na przestawianiu tego pokoju do góry nogami.

— Ciekawe — powiedziałam w półkę. — Nazywają ją Cichą Damą, bo przez sto lat nikt nie usłyszał od niej ani jednego dźwięku. Ona straszy obrazem: pokojówki widują ją w oknie i mdleją, ale żadna nigdy jej nie słyszała. A ty gadasz jak przekupka na targu i jeszcze pukasz. Chyba nie do końca znasz tę legendę.

Cisza za regałem trwała odrobinę za długo.

Zakurzony pokój z meblami pod prześcieradłami. Dębowy regał odsunięty od ściany odsłania szczelinę w litej skale; w niej stoi wysoki mężczyzna w kapturze z pochodnią, blizna przecina mu szczękę, palec przy ustach.
Wybacz przedstawienie, księżniczko.

— Mogłaś być pokojówką — poskarżył się regał, o oktawę niżej i bez zawodzenia. — Pokojówka by już biegła przez pół zamku.

Cisza za regałem miała w sobie coś rozbawionego. Potem cały mebel drgnął i zaczął się obracać — ciężko, gładko, na zawiasach, które ktoś musiał niedawno oliwić — i do pokoju wszedł chłód, zapach mokrego kamienia i światło pochodni. W jej blasku stał mężczyzna w kapturze, wysoki, barczysty, z twarzą schowaną w cieniu. Przyłożył palec do ust. A za nim, z ciemności szczeliny, wyszła kobieta.

Zrobiłam krok w tył i o mało nie usiadłam na łóżku, bo przez moment patrzyłam na samą siebie. Mój wzrost. Moja figura — łącznie z tym, co krawcowa poszerzała nocami. Jasne włosy upięte tak, jak upinała mi je Hana. Dopiero z bliska, w świetle pochodni, złudzenie się rozklejało: oczy miała szarzejsze, kości policzkowe ostrzejsze, a na twarzy spokój, jakiego ja nie miałam nigdy.

Dwie młode kobiety o identycznym wzroście, budowie i jasnych włosach stoją naprzeciw siebie w świetle pochodni; jedna w podróżnym płaszczu, druga w nocnej koszuli. Na ścianie dwa cienie.
Twoja żałoba, panienko. Na najbliższe dni.

— Siostra Ida — szepnął mężczyzna. — Twoja żałoba, panienko. Na najbliższe dni.

— Nie przyglądaj się tak, dziecko — powiedziała cicho kobieta, ściągając podróżny płaszcz, pod którym miała nocną koszulę. Moją nocną koszulę; poznałam haft. Dwa tygodnie temu jedna z moich koszul nie wróciła z prania — ochmistrzyni przepraszała, praczka dostała burę, a ja machnęłam ręką. Teraz patrzyłam na tę koszulę i robiło mi się zimno: zakon zaczął mnie przymierzać na długo, zanim ktokolwiek powiedział mi o jakiejkolwiek podróży. — To ja mam się przyglądać tobie. — Obeszła mnie powoli, jak krawcowa, mrużąc oczy. — Głowę nosisz wyżej, niż myślałam. Dobrze. Trzy dni siedziałam w klasztorze nad opisami twojego chodu i twojego głosu, ale opisy to opisy. Szkolono mnie do tej roli, zanim jeszcze wiedziano, jak cię wyprowadzić z zamku — twoja żałoba tylko podała nam przykrywkę na tacy. Powiedz coś.

— Co mam…

— Wystarczy. — Skinęła głową, jakby usłyszała wszystko, czego potrzebowała. Usiadła na moim łóżku, poprawiła poduszkę pod plecami i spojrzała na mnie z dołu spokojnymi, szarymi oczami. — Post żałobny, drzwi zamknięte, mówię mało i przez drzwi, głos mam zdarty od płaczu. Jem to, co zostawią pod progiem. Twoja służka o spierzchniętych dłoniach ma bystre oczy — jej nie wpuszczam pod żadnym pozorem. Reszta zobaczy dokładnie to, co spodziewa się zobaczyć: pogrążoną w żałobie panienkę, która nareszcie robi coś, co dwór rozumie. — Kącik jej ust drgnął. — Rozpaczanie to jedyna rzecz, którą wolno tu robić kobiecie bez pytania o pozwolenie.

— A jeśli przyjdzie książę? — spytałam. — Od jutra mam u niego lekcje. Osobiste.

Pierwszy raz coś przemknęło po jej spokojnej twarzy — nie strach; raczej uważność, jak u linoskoczki, której właśnie powiedziano, że lina będzie wyżej.

— To będę odmawiać księciu — powiedziała. — Przez drzwi. Codziennie. — Wygładziła koszulę na kolanach. — Post trwa dziesięć dni i przez te dziesięć dni mam święte prawo nie otworzyć nikomu — nawet jemu. Prawdziwy kłopot zaczyna się ostatniego brzasku: post gaśnie razem ze świtem, welon idzie do skrzyni, a dziedziczka wraca między żywych — z twarzą. Wróć przed końcem postu. Najlepiej z dniem zapasu. Rozumiemy się?

— Dziesięć dni — powtórzyłam. Coś zimnego przeszło mi po plecach. Nie znałam tej kobiety od kwadransa, a ona kładła za mnie głowę pod topór — bo jeśli ją odkryją, żaden post żałobny jej nie osłoni. — Siostro… czemu to robisz?

— Bo poproszono mnie o coś ważnego i umiem to zrobić najlepiej w zakonie. — Wzruszyła ramionami, zupełnie jak ja, kiedy nie chcę odpowiadać. Może tego też nauczyła się z opisów. — A teraz idź już. Im dłużej stoisz w tym pokoju, tym dłużej jesteśmy tu obie. A ten pokój jest mój. — I dodała, kładąc się na moim łóżku, moim głosem, ze zmęczoną złośliwością tak moją, że aż zabolało: — Sto lat czekam przy tym oknie.

Mężczyzna w kapturze podał mi dwie rzeczy: spory klucz na żelaznym kółku i książkę — starą, oprawną w wytarte płótno, z tytułem wytłoczonym w języku, którego nie znałam.

Wzięłam jedno i drugie. Książkę schowałam do sakwy; klucz zacisnęłam w dłoni. Mężczyzna skinął głową, jakbym zdała jakiś egzamin, i machnął ręką: za mną.

Szczelina wykuta w litej skale, ciasna jak komin. W dół prowadzą strome, krzywe stopnie, a jedyna pochodnia rzuca na mokre ściany dwa długie ludzkie cienie.
Drogi nie pamiętają, kto je wykuł. Pamiętają, kto nimi chodzi.

Za regałem nie było korytarza. Była szczelina w litej skale, ciasna jak wnętrze komina, i schody — spiralne, strome, wykute w klifie. Regał zamknął się za nami z westchnieniem starego drewna, odcinając ostatnie ciepło mojego nowego, brzydkiego pokoju.

Schodziliśmy w dół, w głąb klifu, na którym stał cały mój dotychczasowy świat. Po jakichś pięćdziesięciu stopniach mój przewodnik uznał widocznie, że jesteśmy dość głęboko, bo odezwał się na głos — a głos miał niski, dudniący, z obcym, twardym zaśpiewem, który poznałabym wszędzie, choć nie umiałabym powiedzieć skąd:

— Wybacz przedstawienie, księżniczko. To dla bezpieczeństwa.

— Które przedstawienie? — spytałam. — Ducha czy zakonnicę śpiącą w mojej koszuli?

— Duch był mój. Za zakonnicę odpowiada Wincenty. — W jego głosie usłyszałam uśmiech. — I nie wymyśliłem go dla zabawy. Gdyby zamiast ciebie stała po tamtej stronie jakaś służka wysłana po świecznik, uciekłaby przez pół zamku, zamiast opowiadać potem, że regał w pokoju herbacianym się rusza. Duch miał zmniejszyć ryzyko wpadki. Na pokojówki działa bez pudła.

— Może pokojówki nie słuchają legend do końca. Cicha Dama, która gada, to nie duch. To ktoś, komu się nudzi za regałem.

— Może. — Pauza, dokładnie o jedno uderzenie serca za długa. — Zapamiętam, że z tobą trzeba przygotowywać lepsze duchy.

— Nazywam się Will.

— Moje imię najwyraźniej znasz. Czy to wy wykuliście te schody? — Zasadniczo było to głupie pytanie, ale pierwsze, jakie przyszło mi do głowy.

— Nie. Tunel jest tu od dawna. — W jego głosie zadrgała duma gawędziarza, któremu podano hasło. — Natrafiłem na jego ślad w spisie rocznych wydatków sprzed stu lat z górą. Jedna pozycja: „przekuwanie kamienia pod aresztem w celu ewentualnej ewakuacji możnowładcy". Księgi pełne są wydatków zmyślonych, ale mnie zaciekawiła data. Panował wtedy Henryk Drugi. Słyszałaś o nim?

— Okrutnik. Ścięty na własnym dziedzińcu.

— Na oczach ludu, który doprowadził do głodu. Bunt wisiał w powietrzu na tyle długo, że Henryk zdążył przygotować sobie drogę ucieczki. — Pochodnia w jego ręce rzucała nasze cienie na ściany, raz jego na moją, raz moją na jego. — Nie zdążył z niej skorzystać. Wyciągnięto go z łoża, nie z tunelu. Po nim władzę wziął Ulryk, przodek twojego męża. O tunelu nie znalazłem więcej ani słowa. Wie o nim może pięć osób na świecie, licząc nas dwoje.

— Czyli uciekam z zamku drogą, którą wykuł sobie tyran. — Zaśmiałam się krótko. — Ładny początek.

— Drogi nie pamiętają, kto je wykuł. Pamiętają, kto nimi chodzi.

Powiedział to lekko, jak ktoś, kto rzuca monetę żebrakowi — ale ja tę monetę podniosłam i schowałam, i noszę ją do dziś.

Im niżej schodziliśmy, tym schody stawały się dziksze. Górne stopnie były kute równo; dalej skała najwyraźniej postawiła opór i zwyciężyła, bo szłam po uniesionych i pochylonych trapezach, raz na wysokość dłoni, raz kolana. Kilka razy wpadłam na plecy Willa, twarde jak drzwi. W pewnym momencie stopień usunął mi się spod nogi całym swoim krzywym ciałem i poleciałabym w dół, gdyby nie jego ramię, które znalazło się na mojej drodze szybciej, niż zdążyłam krzyknąć.

— Hald fast — mruknął przy tym, odruchowo, w języku nie stąd.

Świat zrobił coś dziwnego. Te dwa słowa weszły we mnie nie przez uszy, ale gdzieś pod żebra, jak klucz w zamek, o którym nie wiedziałam, że go noszę. Nie rozumiałam ich. Rozumiało je moje ciało: zacisnęło dłoń na jego ramieniu, zanim pomyślałam. Skądś znałam ten dźwięk. Nie wiedziałam skąd — i to „nie wiem" tliło się we mnie jak iskra pod popiołem.

— Co to znaczy? — spytałam. Głos miałam nie swój.

— „Trzymaj się mocno." — Uniósł pochodnię, żeby na mnie spojrzeć; kaptur wciąż krył mu twarz do połowy. — Tak się mówi u mnie w górach, kiedy grunt zdradza.

— A gdzie są twoje góry?

— Na północnym wschodzie. Frostheim. — Wypowiedział tę nazwę tak, jak kładzie się na stole coś ciężkiego.

— Słyszałam o Frostheimie — powiedziałam.

Było to najprawdziwsze zdanie, jakie wypowiedziałam od lat, i największe niedopowiedzenie mojego życia.

Szłam za nim w dół ciemnymi, krzywymi schodami, wykutymi w klifie przez tyrana, na spotkanie umarłych, których nie znałam — i musiałam zagryźć wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem, płaczem albo jednym i drugim naraz. Słyszałam. Ze wszystkich krain świata — tę jedną słyszałam.

— Nadążasz? — spytał, bo zatrzymałam się na stopniu.

— Nadążam — skłamałam.

Schody skończyły się szczeliną, a szczelina — kolanami. Ostatni odcinek pokonaliśmy, czołgając się przez surowy, niewygładzony chodnik; zrozumiałam, czemu Wincenty dał mi ten płaszcz z południa, bo krawędzie skały orały mi plecy jak tępe noże, nie zostawiając śladu. Potem był klucz, mały zamek i drzwi — i stanęliśmy w długim, niskim pomieszczeniu pachnącym kurzem i kredą. Pojedyncze krzesła z przykręconymi blatami stały w pięciu równych rzędach. Na ścianie ktoś dawno temu wymalował litery wzoru, po którym uczono pisać. Okna zabito deskami.

— Uprzedzając pytanie: to dawna szkoła dla dzieci z portu — powiedział Will, wstając z kolan i otrzepując płaszcz. — Zamknięta, odkąd książę tnie zbędne wydatki. Jesteśmy w Zacieniu — tunel schodzi wewnątrz klifu prosto pod jego cień. Wygodne: to jedyna dzielnica, w której nikt nie patrzy sąsiadowi na ręce, bo każdy ma dość własnych kłopotów.

— Zbędne — powtórzyłam.

Pomyślałam o Arturze, który stawia za darmo świeczki i kradnie jabłka na rozkaz mamy, i o tym, że w tym mieście dzieci z portu miały kiedyś swoje krzesła z blatami, a teraz mają bazarki. Wincenty mówił mi nieraz: nie da się kochać miasta i nie mieć mu nic za złe. Zaczynałam rozumieć, co miał na myśli.

— Klucz, który ci dałem, otwiera te drzwi — dodał Will. — Szkoła należy do twojej rodziny, więc uznałem, że dorobienie klucza to w gruncie rzeczy sprawa rodzinna. Masz też glejt. — Podał mi kopertę z przełamaną pieczęcią klasztorną. — Dla straży bramnej będziesz siostrą Lily. Glejt jest na drogę powrotną i na patrole na trakcie — przez bramę wyjedziesz dziś inaczej. — Nie wyjaśnił jak, a ja jeszcze nie wiedziałam, że lepiej było nie pytać.

Za szkołą, w dawnej drewutni, czekały konie. Dwa. Na kulbakach miały wypalony znak czterech połączonych ramion — konie klasztorne; bracia wracają z wiejskich cmentarzy konno i nikt w Arvenie nie dziwi się temu widokowi.

— Dwa? — Zatrzymałam się w progu. W zamku, kiedy raz do roku wywożono mnie do letniej rezydencji, sadzano mnie do karocy jak porcelanę do skrzyni z sianem. — Cały dwór ci powie, że nie umiem jeździć konno.

— Cały dwór dużo mówi. — Will poprawił popręg klaczy, nie odwracając się. — Mogłem przygotować jednego konia i posadzić cię przed sobą jak worek wełny. Bezpieczniej. Szybciej. Wszyscy tak by zrobili. — Poklepał siodło drugiego konia, ciemnego wałacha o łagodnym oku. — Ale pomyślałem, że od dwudziestu jeden lat wszyscy decydują za ciebie, i że może chociaż o to jedno warto cię zapytać. Więc pytam: umiesz?

Podeszłam do wałacha. Alek uczył mnie po kryjomu przez trzy zimy, w krytej ujeżdżalni, o świcie, kiedy stajenni jeszcze spali — jedyna wspólna tajemnica, jaką mieliśmy z mężem oprócz całego naszego małżeństwa. Włożyłam stopę w strzemię i wsiadłam. Nie z gracją. Ale sama.

— Lepiej, niż wszyscy myślą — powiedziałam z góry.

Pierwszy raz tej nocy zobaczyłam dolną połowę jego uśmiechu.

— To dobrze. Lubię, kiedy wszyscy się mylą.

Nie ruszyliśmy jednak do żadnej z wielkich bram. Will poprowadził konie ciasnymi zaułkami Zacienia — między domami tak pochylonymi, że dachy stykały się nad głową — aż pod mur, do bramki, której nigdy nie widziałam na żadnym planie miasta: niskiej, okutej, z wykutym nad łukiem znakiem czterech połączonych ramion. Przed nią stał kryty wóz zaprzężony w muła, a przy wozie dwóch mnichów w kapturach. Na wozie — trumna z surowych desek.

Nocny zaułek pod czarnym klifem. Niska okuta bramka w grubym murze, kryty wóz z mułem, trumna z surowych desek, dwóch mnichów w kapturach i młody strażnik z pochodnią.
Nikt nigdy nie zagląda do trumny, Lilianno.

— Brama Umarłych — szepnął Will. — W dzień wyjechalibyśmy zwykłą bramą, między wieśniakami wracającymi z targu — strażnik ziewa, macha ręką, nikt nie liczy twarzy. Ale nocą bramy Arveny są zamknięte na głucho, a każdego, kto chce przejść, spisują z imienia i sprawy. Nocą z tego miasta wychodzą tylko umarli. Prawo jest stare jak mur: zmarły, przy którym nie płonie świeca czuwania, nie może powitać świtu w obrębie murów. Samotny umarły ściąga nieszczęście — jego patron nie wie, gdzie go szukać. Bogaci wykupują czuwanie i czekają na pochówek pod własnym dachem. W Zacieniu i porcie nikogo nie stać na świece i czuwających, więc ich zmarłych wywozi się tej samej nocy, na wiejskie cmentarze. Wóz zakonny wyjeżdża tędy, ilekroć ktoś umrze, i wiezie tych, za których nikt nie zapłacił. Straż otwiera i patrzy w drugą stronę. Nikt nigdy nie zagląda do trumny, Lilianno. Ludzie boją się dwóch rzeczy: śmierci i podatków. My jeździmy z tą pierwszą.

— A dziś… — spojrzałam na trumnę i coś ścisnęło mnie w żołądku — …wieziecie kogoś naprawdę?

— Dziś wieziemy starego Benka, latarnika z falochronu. Sześćdziesiąt trzy lata, czterdzieści z nich na falochronie. Umarł zeszłej nocy, we śnie, przy zapalonej fajce; od rana opłakuje go pół portu. Jedzie na cmentarz w Chmielnej, do żony. — Will zdjął z wozu wieko, jakby to była najzwyklejsza czynność świata, i dopiero wtedy dokończył: — A ty jedziesz z nim.

Spojrzałam na niego. Potem na trumnę. Potem znowu na niego, w nadziei, że coś się w tym zdaniu przestawiło.

— To pomysł Wincentego — dodał, а w jego głosie było coś między przeprosinami a rozbawieniem. — Straż może przepuścić dwóch mnichów i wóz. Ale siostra zakonna wyjeżdżająca z miasta w środku nocy, w tygodniu, w którym księżniczka ogłosiła post żałobny? Ktoś to zapamięta, a my nie chcemy być pamiętani. Do trumny nikt nie zajrzy. Trumna to jedyne miejsce w Arvenie, w które nikt nigdy nie patrzy.

— Wincenty kazał mi położyć się w trumnie. Z nieboszczykiem. — Chciałam, żeby to zabrzmiało jak sprzeciw. Zabrzmiało jak inwentaryzacja.

— Benko jest po lewej. Zawinięty w całun, porządnie. Miejsca po prawej jest dość, deski są czyste, a droga do pierwszego rozstaju trwa kwadrans. — Will podał mi rękę, żeby pomóc mi wejść na wóz, i dodał ciszej: — Wiem, o co się boisz. Nie o ciemność.

Wiedział. Oczywiście, że wiedział — po trzech dniach wiedział o moim darze dość, żeby rozumieć, czym dla mnie jest kwadrans w skrzyni ze świeżo umarłym. Jedno przypadkowe dotknięcie, jeden wybój na bruku — i zamiast leżeć cicho przy strażnikach, będę tonąć w cudzej śmierci, o krok od ludzi, których jedynym zadaniem jest usłyszeć coś podejrzanego.

Weszłam mimo to. Nie dlatego, że się nie bałam. Dlatego, że po drugiej stronie tej bramki był świat.

W trumnie pachniało heblowanym drewnem, woskiem i lawendą, którą obłożono całun. Ułożyłam się na prawym boku, plecami do Benka, z rękami przyciśniętymi do piersi jak do modlitwy — każdy palec policzony, każdy łokieć pod kontrolą. Wieko zsunęło się nade mną i świat zwęził się do szpar między deskami: pasków chłodnego powietrza i światła pochodni tnących ciemność na plasterki. Wóz ruszył. Bruk Zacienia zadudnił pode mną jak werbel.

Leżałam obok umarłego i pilnowałam własnych rąk.

Widok od środka zamkniętej trumny: heblowane sosnowe deski tuż nad twarzą, przez szpary wpadają wąskie pasy pomarańczowego światła pochodni, blada dłoń oparta płasko o drewno.
Świat zwęził się do szpar między deskami.

To jest trudniejsze, niż brzmi. Ciało w ciemności szuka podparcia samo, bez pytania — wóz kołysał, deski pode mną drgały, a całun Benka był o szerokość dłoni od moich pleców. Wybój. Zjechałam pół cala w lewo. Odepchnęłam się od deski czubkami palców, wróciłam na miejsce. Drugi wybój. W głowie miałam tylko jedno: nie dotknij. Nie dotknij, bo utoniesz w jego śmierci na oczach straży; nie dotknij, bo jeśli krzykniesz w wizji tak, jak czasem krzyczysz — wszystko się skończy przy tej bramce, dziś, po jednym dniu wolności.

Wóz stanął. Głosy.

— Zaczekaj. — Młody głos, łamiący się, ale trzymany mocno. — Kapitan mówił, że po grasantach z zeszłego miesiąca mamy sprawdzać wozy. Wszystkie wozy.

Przestałam oddychać. W szparze nad moją twarzą zakołysało się światło pochodni — ktoś podszedł do wozu. Słyszałam skrzypnięcie skóry, krok, drugi. Byłam o dwie deski od jego dłoni.

— Sprawdzać wozy należy. — Głos Willa, spokojny jak woda w studni. — Kapitan ma rację, a ty masz dobrą pamięć. — Kroki; jego dłoń położyła się na wieku nade mną; poczułam, jak deski lekko ustąpiły. — Benko Latarnik. Sześćdziesiąt trzy lata, czterdzieści na falochronie; jak byłeś mały, to jego światło prowadziło do portu twojego ojca, jeśli ojciec łowił. Umarł zeszłej nocy, we śnie. Jedzie do żony, do Chmielnej. — Pauza. — Mogę otworzyć, prawo to prawo. Ale wtedy Benko powita świt w mieście, w otwartej trumnie, pod twoją pochodnią — i to już będzie między tobą a jego patronem, nie między mną a kapitanem.

Cisza trwała pięć uderzeń mojego serca; liczyłam, bo nie miałam nic innego do roboty ze strachem.

— Jedźcie — powiedział wreszcie młody. Światło w szparach cofnęło się. — I niech dobrze trafi.

— Dobrze trafi — odparł Will łagodnie.

Zgrzytnął rygiel, bramka westchnęła, wóz ruszył — i wtedy, na progu między miastem a światem, koło trafiło w wyrwę po wypadniętym kamieniu.

Trumną szarpnęło. Poleciałam w lewo całym ciężarem, wyrzuciłam dłoń, żeby się zaprzeć — i moje palce, zamiast deski, znalazły przez płótno całunu zimne, twarde palce Benka.

Zimno buchnęło w górę mojej ręki jak woda z przerwanej tamy.

Izba na falochronie, mała, kamienna, pachnąca dymem i smołą. Benko siedział w fotelu przy oknie — twarz jak wyprawiona skóra, fajka w zębach, koc na kolanach. Jego zmiana dawno się skończyła; latarnia nad nim obracała się sama, rzucając po wodzie długi warkocz światła. Port Arveny spał w dole.

Izba latarnika nocą. Stary człowiek śpi w fotelu z wygasłą fajką, za oknem obrotowy warkocz światła omiata czarną wodę, a poza jego zasięgiem wsuwa się do zatoki ciemny statek bez jednego światła.
Drugi raz w życiu widzę, jak wchodzisz po ciemku.

I wtedy zobaczyłam to, co widział on.

Po zewnętrznej stronie falochronu, tam gdzie warkocz światła nie sięgał, wchodził do zatoki statek. Bez latarń. Bez ognia na masztach. Ciemny, wysoki, cichy — wśliznął się między światła portu jak nóż między żebra, dokładnie w rytm obrotów latarni, w te kilkanaście uderzeń serca ciemności, które znała tylko garstka ludzi na świecie.

Fajka Benka znieruchomiała. Poczułam — strzępem, echem — co poczuł: nie strach. Rozpoznanie. „No proszę. Drugi raz w życiu widzę, jak wchodzisz po ciemku." Stary człowiek odłożył fajkę i zaczął się dźwigać z fotela, żeby sięgnąć po płaszcz.

Nie zdążył.

Izba latarnika nocą. Nad starym człowiekiem w fotelu stoi tęgi, uśmiechnięty mężczyzna w za drogim kubraku i stawia na stole małą ciemną fiolkę, naprzeciw fajki. W drzwiach dwóch ludzi tyłem do izby.
To nic osobistego, wiesz? Lubiłem cię.

Drzwi otworzyły się bez pukania i do izby weszła śmierć w kubraku o dwie dzielnice za drogim.

Był tęgi, niewysoki, uśmiechnięty; miał zadbaną brodę i ciepłe oczy dobrodusznego wuja, który przyszedł z prezentami. Dwaj ludzie zostali za progiem, plecami do izby, jak się zostaje przy drzwiach, których nie wolno otwierać. Benko usiadł z powrotem — nie ze strachu; tak siada się, kiedy się rozumie, że rozmowa potrwa.

— No i proszę. — Mężczyzna rozejrzał się po izbie z prawdziwą przyjemnością. — Wróciłem, staruszku.

— Widziałem — powiedział Benko. — Ładnie wszedłeś. Ten młody na latarni nawet nie mrugnął.

— Bo młodzi patrzą, gdzie im każą patrzeć. To ty zawsze patrzyłeś, gdzie nie trzeba. — Podszedł, wziął ze stołu fajkę, powąchał ją, odłożył. — I wiedziałem, że znowu wziąłbyś łapówkę. Wziąłbyś, prawda? Wziąłbyś jak dawniej.

— Wziąłbym — przyznał stary.

— No właśnie. — Westchnął z autentycznym żalem. — Ale starość ogłupia. Wiem to doskonale, sam się starzeję. Najpierw przychodzą głupie myśli o dzieciach. Potem o powinnościach. Potem o tym, że trzeba jeszcze zrobić coś dla innych, zanim się pójdzie. — Rozłożył ręce. — I dlatego, przykro mi, ale musisz umrzeć.

W izbie nie zmieniło się nic. Latarnia obracała się dalej, światło szło po ścianie i wracało.

— To nic osobistego, wiesz? Lubiłem cię. — Mówił lekko, jakby wyliczał zalety konia. — Masz najlepsze żarty na całej północy. Ale mój interes stoi na zaufaniu, a ty, stary, już go nie budzisz. Liczyłem, że sam odejdziesz. Naprawdę liczyłem.

Benko milczał. Ja krzyczałam w środku wizji, tak jak się krzyczy we śnie, bez głosu i bez powietrza.

— Dlatego dam ci wybór, przyjacielu. — Mężczyzna wyjął z kubraka małą ciemną fiolkę i postawił ją na stole, na wprost fajki. — Lekka śmierć. Wypijesz i po wszystkim; ja usadzę cię w fotelu, dam ci koc, zapalę fajkę i pół portu będzie opowiadać, że stary Benko zasnął sobie przy oknie. Albo rzucę cię dziś psom na pokładzie. Nie lubię, kiedy w mieście znajdują ciała pobite i pokaleczone. Konkurencja od razu wie, że wróciłem.

— Chłopcze… — powiedział Benko, i to słowo przyszło z bardzo dawna. — Ja cię pamiętam, jak schodziłeś z trapu pierwszy raz. We mgle, gęstej tak, że własnych rąk nie było widać. Chudy byłeś jak szczapa, w za dużym płaszczu, z tym swoim śmiesznym akcentem zza gór. Kupowałeś portowe szczury po trzy razy za drogo i myślałeś, że budujesz sobie ludzi.

— Gdyby nie ty, poderżnęliby mi gardło w pierwszym tygodniu — przyznał mężczyzna z autentyczną wdzięcznością i usiadł na skrzyni przy oknie, jak siada się u starego znajomego. — Byłem wtedy bardzo źle zrobiony. Nauczyli mnie wielu rzeczy tam, skąd przyszedłem, ale nie nauczyli mnie jednej: że na północy ludzi się nie kupuje. Ludzi się zadłuża.

— Powiedz mi chociaż wreszcie, jak cię wołają. — Stary spojrzał na niego spod krzaczastych brwi. — Wtedy nie chciałeś powiedzieć.

— Bo nie było czego. — Uśmiech nie zniknął z jego twarzy ani na chwilę; zgasło tylko coś za nim. — Nie mam imienia, staruszku. Nigdy nie miałem. Tam, gdzie mnie robiono, imion się nie rozdaje — imię to coś, co można człowiekowi odebrać, a ja miałem być nie do odebrania. — Wzruszył ramionami. — Mów mi po prostu królem. Wszyscy tak mówią. Ludzie muszą jakoś nazywać to, czego się boją.

— Ja chcę leżeć koło żony — powiedział nagle stary, jakby wcale tego nie słyszał. — U Chmielnej. Ona tam leży od siedmiu lat, w drugim rzędzie od muru. Tylko że ja nie mam czym zapłacić, chłopcze. Przepiłem, przegrałem, resztę zabrała jej choroba. Klasztor wozi takich jak ja za darmo, ale kładzie nas wszystkich razem, przy samej bramie, gdzie ziemia jest najgorsza.

— Załatwię to. — Powiedział to bez wahania, jak człowiek, który obiecuje przynieść drewno. — Pójdę do braci, dam im tyle, żeby położyli cię tam, gdzie chcesz, i drugie tyle, żeby nie pytali dlaczego. Wezmą. Zawsze biorą. — Pochylił się nad starym. — Będziesz leżał koło żony. Masz moje słowo.

I to zabrzmiało uczciwie; najgorsze było to, że zabrzmiało uczciwie. — Kochałem cię jak ojca, wiesz? Naprawdę. Choć czasem mi się zdaje, że miałem wielu takich ojców jak ty. Ale skłamałeś mi. Skłamałeś, skłamałeś, skłamałeś. — Wyliczył to na palcach, powoli, bez gniewu. — Wiesz, jak mi żal? Powinienem cię był rzucić psom, ledwie zszedłem na ląd, a ja tu stoję i mi ciebie żal. Bo ja jestem człowiekiem, staruszku. Niestety czasem czuję, i przy tym czuciu jestem strasznie nieroztropny.

Sięgnął po fiolkę, obrócił ją w palcach pod światło.

— Pamiętasz Dana? — spytał lekko. — On wie. I jest pieprzonym admirałem. Masz pojęcie, jak trudno upozorować śmierć admirała? Konkurencja połączyłaby kropki tego samego dnia i wtedy byłoby za późno na wszystko. Więc on będzie musiał żyć. Mam nadzieję, że jak najkrócej. — Postawił fiolkę z powrotem, dokładnie na środku stołu. — Ale ty mnie sprzedałeś.

Benko patrzył na fiolkę bardzo długo.

— A niech cię szlak — powiedział wreszcie. — Dawaj to.

To był argument nie do przebicia. Wypił jak człowiek, który przez czterdzieści lat pijał gorsze rzeczy na mrozie.

— Będę się musiał ukarać za tę słabość, stary. — Mężczyzna otulił mu kolana kocem, poprawił poduszkę pod plecami, włożył fajkę w bezwładniejące palce. — Jak mi wstyd, żebyś wiedział. To te przeklęte emocje; im jestem starszy, tym gorzej. Jeszcze się kiedyś sam zabiję z litości nad sobą, zobaczysz.

I stary Benko — to była najdziwniejsza rzecz w całej tej wizji, dziwniejsza niż wszystko, co widziałam przez dwadzieścia jeden lat — roześmiał się. Cicho, chrapliwie, szczerze. Śmiali się obaj, w małej izbie na falochronie, nad fiolką i fajką, jak dwóch ludzi, którzy znają się tak długo, że nie umieją już inaczej.

Potem śmiech starego urwał się w pół oddechu.

Mężczyzna stał jeszcze chwilę przy oknie, plecami do mnie, i patrzył na ciemny statek przy nabrzeżu, którego z falochronu nie było widać. Nucił coś pod nosem. Nie znam tej melodii do dziś i nie chcę jej poznać.

Wizja zgasła razem z Benkiem, lekka jak jego śmierć. Daj Denvirze każdemu taką — powiedziano mi rano. Powiedziano mi to zdanie w mieście, w którym ktoś właśnie tak je zaplanował.

Ocknęłam się z pięścią przyciśniętą do ust. Wóz toczył się miarowo po miękkiej, zamiejskiej drodze; przez szpary pachniało już polem, nie miastem. Nie krzyknęłam — byłam tego pewna. Leżałam jeszcze długo bez ruchu, ucząc się z powrotem własnego oddechu, obok człowieka, którego zamordowano tak uprzejmie, że pół portu opłakiwało go jako szczęściarza.

Statek bez świateł. Wchodzący do mojego portu w rytm latarni, jak ktoś, kto robił to już kiedyś. Człowiek, którego imię przestało istnieć. Admirał Dan, który „wie". I stary latarnik, który zginął nie ze starości, ale ze względu na starość.

A pod tym wszystkim leżało jeszcze jedno, najcięższe: „drugi raz w życiu". Dwadzieścia jeden lat temu do portu Arveny wszedł we mgle statek bez bandery i zostawił na pomoście dziewczynkę.

Nie wierzę w przypadki tej wielkości.

I był jeszcze drobiazg, który zaczął mnie uwierać dopiero nad ranem, kiedy pierwsze przerażenie zeszło ze mnie jak gorączka. Will powiedział przy bramce, że ten wóz wozi tych, za których nikt nie zapłacił lepszego pochówku. A wiózł Benka do konkretnego grobu: w drugim rzędzie od muru w Chmielnej, do kobiety, która umarła siedem lat temu.

Ktoś za to zapłacił. Ktoś przyszedł do braci ze srebrem i poprosił, żeby położyli starego latarnika obok jego żony — i żeby nie pytali. A bracia wzięli i nie zapytali.

Gdzieś w moim klasztorze, w księdze pochówków, którą prowadzi się od stuleci i której nikt nigdy nie czyta, stoi zapis o tym datku. To była pierwsza prawdziwa nitka, jaką dostałam do ręki.

Świt na rozstaju we mgle. Kryty wóz mnichów odjeżdża lewą drogą i na wpół znika we mgle. Na pierwszym planie, tyłem, kobieta w czarnym płaszczu z jasnymi włosami patrzy za wozem; obok mężczyzna w kapturze trzyma dwa osiodłane konie. Pierwsze złoto wschodu.
Odprowadzałam ich wzrokiem dłużej, niż wypadało.

Przy pierwszym rozstaju wóz stanął i Will pomógł mi wyjść z trumny — zamknęliśmy wieko nad Benkiem we dwoje, ostrożnie, jak się okrywa śpiącego — a mnich uniósł dłoń w milczącym pożegnaniu i skręcili z wozem na Chmielną. Odprowadzałam ich wzrokiem dłużej, niż wypadało. Wiozłam z tej trumny więcej, niż do niej wniosłam.

— Wszystko w porządku? — Will patrzył na mnie uważnie, podając mi wodze Węgla. — Jesteś blada jak całun.

— Leżałam kwadrans w trumnie z nieboszczykiem. Mam prawo do jego cery.

— Dotknęłaś go? — spytał ciszej. Nie musiał dodawać reszty.

— Dotknęłam. — Poprawiłam kaptur, żeby mieć co robić z rękami. — Zasnął przy oknie. Spokojna śmierć, ładna. Nie ma o czym mówić.

Skłamałam mu prosto w twarz, pierwszy raz, i sama się na to skrzywiłam w ciemności. Nie umiałam wtedy powiedzieć, dlaczego to zrobiłam; dziś umiem, i to nie jest jedna rzecz, tylko trzy. Bo gdybym powiedziała, zawróciłby wóz do miasta, a mnie potrzebna była ta droga bardziej niż powietrze. Bo zakon zabrałby mi ten trop tej samej nocy i zostałabym z niczym, tak jak zawsze zostaję. I bo wypowiedzenie tego na głos zrobiłoby z tego prawdę: że po moim mieście chodzi człowiek, który morduje uprzejmie, i że przypłynął statkiem bardzo podobnym do mojego.

Wrócę do ciebie, Benko, obiecałam sobie w duchu. I do twojego admirała. Ale teraz przede mną są dwie osoby, których śmierć mam przeczytać, a za mną kobieta, która śpi w moim łóżku i udaje, że jest mną.

My pojechaliśmy prosto — w noc, w niziny, w stronę czarnej ściany na horyzoncie, której stąd jeszcze nie było widać, ale którą czułam przed sobą jak pogodę.

O wschodzie słońca zobaczyłam świat.

Polna droga o wschodzie słońca między młodym zbożem. Dwoje jeźdźców stoi w miejscu; kobieta z jasnymi włosami wystawia twarz do światła, mężczyzna obok patrzy na nią, nie na słońce.
Pierwszy raz.

Wiem, jak to brzmi. Miałam dwadzieścia siedem lat i za sobą tysiące wschodów — z okien, z baszty, przez szybkę karocy grubą na dwa palce. Ale tamtego ranka, na rozstaju pośrodku niczego, słońce wstało nade mną bez pośredników. Trakt biegł między polami młodego zboża, zielonymi jak pierwsza zieleń w ogóle, pierwowzór wszystkich zieleni; skowronki wisiały nad tym jak zawieszone na niewidzialnych sznurkach, zupełnie jak ptaki w naszej jadalni, tylko żywe, i darły się z radości, której nikt im nie kazał odczuwać. Pachniało ziemią, rosą i końmi. Zatrzymałam wałacha na środku traktu i po prostu stałam, a słońce wchodziło mi na twarz powoli, jak ciepła woda do balii.

— Pierwszy raz? — spytał Will. Podjechał i stanął obok, nie ponaglając.

— Widziałam wschody…

— Nie pytam o wschody.

Pomyślałam o wszystkich moich podróżach: zamek, karoca, sanktuarium, karoca, zamek. Raz do roku letnia rezydencja, dwadzieścia mil, cztery postoje, osiem osób służby.

— Pierwszy raz — przyznałam.

Nie powiedział nic. Nie powiedział „nadrobimy", nie powiedział „przykro mi", nie zrobił z tego ani tragedii, ani okazji. Po prostu zawrócił konia tak, żebyśmy oboje stali twarzą do słońca, i czekał razem ze mną, aż wzejdzie do końca. To było najdelikatniejsze, co ktokolwiek zrobił dla mnie od lat — i nie dotknął mnie przy tym nawet palcem.

Jechaliśmy cały dzień i przez ten dzień nauczyłam się więcej niż przez rok na dworze. Nauczyłam się, że po trzech godzinach w siodle uda bolą tak, że chce się płakać, a po pięciu przestają boleć, bo przestaje się je czuć. Że wodę pije się małymi łykami, a chleb smakuje inaczej, kiedy je się go idąc. Że mój wałach nazywa się Węgiel, boi się gęsi i lubi, kiedy śpiewa mu się pod nosem — odkryłam to przypadkiem i Will przez pół mili udawał, że nie słyszy, a potem poprosił o drugą zwrotkę. Nauczyłam się, że świat za murami nie jest ani trochę taki, jak w opowieściach dworskich — jest większy, brudniejszy i po stokroć piękniejszy. Mijaliśmy wsie o dachach krytych trzciną, wiatraki machające ramionami jak pijacy, kapliczki czterech bogów na rozstajach — przy każdej ktoś zostawił coś małego: jabłko, wstążkę, podkowę. Mijaliśmy ludzi: baby z koszami, dzieci pędzące gęsi, dziada, który błogosławił nas za grosik tak żarliwie, że aż Węgiel przysiadł. Nikt, ani jeden człowiek, nie wiedział, kim jestem. Cały dzień nikt na mnie nie patrzył — i pierwszy raz w życiu czułam, że jestem widziana.

Will jechał obok i rozmawiało się z nim tak, jak oddycha. O niczym: czemu wiatraki stawia się lewym ramieniem do morza. O wszystkim: czy koń może być przyjacielem, czy tylko wspólnikiem. Miał ten rodzaj humoru, który nie strzela, tylko podchodzi cicho — mówił coś zupełnie zwyczajnym tonem i dopiero po trzech krokach człowiek orientował się, że to było śmieszne, i śmiał się sam na środku traktu jak głupi. Wypytywałam go o Frostheim tak ostrożnie, jak wyciąga się drzazgę: po kawałku, żeby nie spłoszyć. Opowiadał chętnie. O zimie, która trwa siedem miesięcy i której nikt tam nie przeklina, bo zima to czas opowieści. O kucach górskich, kudłatych jak niedźwiedzie i upartych jak teściowe. O zorzy, która staje nad przełęczami w barwach, jakich nie ma na żadnej chorągwi. O tym, że w Frostheimie nie zamyka się drzwi na klucz, bo mróz jest jedynym złodziejem, a przed nim klucz nie chroni. Słuchałam z głodem, którego nie umiałam ukryć, i chyba nawet nie próbowałam. Jeśli go to dziwiło — ciekawość damy z Arveny wobec krainy na końcu świata — nie pokazał tego. A ja z każdą jego opowieścią czułam to samo: jakby ktoś opisywał mi dom, w którym nigdy nie byłam, pokój po pokoju, i w każdym pokoju paliło się światło.

Na nocleg zjechaliśmy z traktu w młody las, w kotlinkę przy strumieniu. Will rozbił namiot — jeden — po czym wyjął z juków drugi koc i ułożył sobie posłanie po drugiej stronie ogniska, pod gołym niebem, zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek i zanim cokolwiek zdążyło stać się pytaniem. Zrobił to tak naturalnie, jakby innego układu nie było na świecie. Potem rozpalił ogień jedną iskrą, powiesił nad nim kociołek i ugotował kaszę z suszonym mięsem, którą zjadłam do ostatniej łyżki, choć na dworze nie tknęłabym jej z daleka — i która smakowała lepiej niż wszystkie ryby ze stołów z rzeką razem wzięte.

Obozowisko w młodym lesie nocą: namiot, ognisko z kociołkiem, dwa konie. Po jednej stronie ognia siedzi kobieta w czarnym płaszczu, po drugiej mężczyzna z blizną na szczęce.
Trzecia wspólna noc. Planował dalsze, tak po prostu.

— Mogę o coś spytać? — powiedziałam, kiedy ogień przygasł do pomarańczowego mruczenia. Siedzieliśmy po dwóch stronach ogniska, dostatecznie daleko od siebie, żeby było przyzwoicie, i dostatecznie blisko, żeby to „przyzwoicie" trzeba było pilnować. — Jesteś mnichem?

Prychnął w kubek.

— A wyglądam?

— Wyglądasz jak ktoś, kto nosi kaptur, zna tajne tunele, wozi trumny i cytuje prawa bramne z pamięci.

— Czyli jak mnich z bardzo złego zakonu. — Dołożył gałąź do ognia. Iskry poszły w górę, między gałęzie, między gwiazdy. — Współpracuję z klasztorem. To dłuższa historia i nie cała jest moja, więc nie całą mogę rozdawać. Powiedzmy, że Wincenty wyciągnął mnie kiedyś z miejsca, z którego się nie wraca, i że od tamtej pory, jak potrzebuje rąk, ma moje.

— To ta blizna? — spytałam cicho. Widziałam ją teraz wyraźnie w świetle ognia, przecinającą szczękę, ginącą pod kapturem.

— Między innymi ta. — Nie zasłonił się, nie odwrócił. Patrzył w ogień, a potem na mnie, spokojnie, sprawdzając, czy odwrócę wzrok. Nie odwróciłam. — Jest ich więcej. Kiedyś ci opowiem. Nie dlatego, że nie chcę dziś — dlatego, że takich opowieści nie zaczyna się przy pierwszym wspólnym ogniu. Opowiem ci przy którymś z następnych. Wszystko w swoim czasie, siostro Lily.

„Przy którymś z następnych." Powiedział to najzwyczajniej w świecie i wrócił do kubka, a mnie ta fraza usiadła na mostku i została tam na dobre. Następne ognie. Planował je, tak po prostu, jak się planuje postoje.

Leżałam potem w namiocie, słuchając strumienia, koni i jego oddechu po drugiej stronie ogniska, i kręciłam na palcu obrączkę — cienką, złotą, wrośniętą w moje życie tak dawno, że zdejmowałam ją tylko myślami. Byłam żoną. Żoną z dokumentów, żoną porzuconą, żoną człowieka, który kochał mnie jak siostrę i uciekł przez góry — ale żoną. Ślubowałam w sanktuarium, przed czterema bogami naraz, a przysięga to była jedyna rzecz w moim życiu, którą wybrałam współwłasnym głosem, nawet jeśli wybór był udawany. Śmieszne: całe Arveny miałam za nic, ale tych kilku słów sprzed jedenastu lat trzymałam się jak burty. Bo jeśli one były na niby — to co we mnie było na serio?

A po drugiej stronie ogniska spał mężczyzna, który dziś dał mi konia zamiast decyzji, wschód słońca zamiast pocieszenia i drugą zwrotkę zamiast litości. Nie zrobił nic. Nie powiedział nic, czego nie wolno mówić żonatym cudzym żonom. I właśnie to było najgorsze — że nic nie było w tym wszystkim do wybaczenia, a ja i tak zasypiałam z poczuciem winy, ciepłym i wstydliwym jak trzeci miodownik.

IDA

Zakon uczy trzech rzeczy: milczeć, patrzeć i nie chcieć. Dwie pierwsze opanowałam najlepiej w klasztorze. Nad trzecią pracuję dwudziesty rok.

Pierwszy dzień w cudzym życiu zaczęłam od inwentaryzacji, bo tak zaczynam wszystko. Łóżko: za miękkie. Pokój: brzydki, o czym uprzedzano. Suknie w szafach: poszerzane po szwach, starannie, żeby nie było widać — nie wiedziałam tego z opisów i zanotowałam w pamięci, że opisy zawsze pomijają to, co najważniejsze. W szufladzie toaletki, pod wstążkami, okruchy miodownika. Schowane. W zamku, w którym kuchnia wyda jej każdą słodycz na jedno skinienie, ta dziewczyna chowa ciastka jak więzień.

Do południa nauczyłam się jej płaczu. Płacz to najłatwiejsza rola: nikt nie patrzy w twarz kobiecie, która rozpacza — wszyscy patrzą w podłogę. Mówiłam przez drzwi mało, głosem zdartym, o pół tonu niżej niż mój. Służka o spierzchniętych dłoniach przyszła trzy razy; za trzecim zostawiła pod progiem dzbanek mleka z miodem i powiedziała do drzwi: „Dobranoc, panienko". Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, czy one sobie mówią dobranoc. To jest w tej robocie najgorsze: nie wiedzieć, które milczenie jest bezpieczne.

Wieczorem przyszedł medyk, przysłany „dla pewności". Odesłałam go trzema słowami przez dąb. Potem, długo po zmroku, przyszedł ON.

Poznałam go po tym, że korytarz ucichł. Książęta chodzą w ciszy, którą niesie się przed nimi jak lampę.

Nie zapukał. Stał — słyszałam oddech, ciężki, starego człowieka — a potem powiedział, przez drzwi, głosem, o którym opisy mówiły „zimny", a który wcale nie był zimny, tylko zużyty:

— Wiem, że nie śpisz. Nie musisz odpowiadać, post to post. — Pauza była długa; wytrzymałam ją bez ruchu, bo drzwi mają oczy, których nie widać. — Marta służyła mi dwadzieścia lat, zanim ją tobie oddałem. Umiała milczeć; ceniłem to w niej wyżej niż wszystko inne i nigdy jej tego nie powiedziałem. — Zamilkł na tyle długo, że myślałam, iż odszedł. — Jedz, dziecko. Ona by ci kazała jeść.

I odszedł, zanim zdążyłabym nie odpowiedzieć.

Stałam za drzwiami jeszcze długo. „Umiała milczeć; ceniłem to w niej wyżej niż wszystko inne." Nikt nie ceni milczenia u kobiety, która ściele łóżka. Ceni się je u kobiety, która coś wie. Zakon przysłał mnie tu, żebym była zasłoną — a ja pierwszej nocy usłyszałam przez dąb zdanie, od którego zasłony się palą. Zanotowałam je w pamięci słowo po słowie, tak jak uczono. A potem zjadłam, na zimno, kolację zostawioną pod progiem, wypiłam mleko z miodem tej dziewczyny i położyłam się w jej za miękkim łóżku, w jej koszuli, w jej życiu.

Nie chcę jej polubić. Lubienie to czwarta rzecz, której zakon nie uczy wcale.

Ale okruchy miodownika w szufladzie nie dawały mi zasnąć dłużej, niż powinny.

Obudził mnie zapach dymu i chłód świtu na twarzy. Will siedział już przy ognisku, obracając nad ogniem kubek z wodą, jakby nie kładł się wcale.

Nie powiedział „dzień dobry". Powiedział:

— Dziś dojedziemy pod góry. Jutro w nocy zrobisz to, po co jedziemy, i zawracamy. — Podał mi kubek. — Wrócisz w szóstym dniu postu, z czterema na zapas.

Zapasu na co, nie musiał tłumaczyć. Gdzieś tam, o dzień drogi za mną, kobieta o cudzej twarzy budziła się właśnie w moim łóżku, w mojej koszuli, w moim życiu — i miała przede sobą kolejny dzień odsyłania ode drzwi ludzi, którzy przychodzili do mnie.

— A jeśli coś pójdzie nie tak? — spytałam.

— To wykorzystamy dzień zapasu. — Zasypał ognisko i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który nie obiecywał, że będzie łatwo, tylko że będzie razem. — Hald fast, siostro Lily.

Drugiego dnia ziemia zaczęła się podnosić. Z początku niezauważalnie — trakt po prostu częściej szedł w górę niż w dół, strumienie płynęły szybciej i głośniej, a pola ustępowały łąkom, na których pasły się owce o wełnie brudnej jak stare śniegi. Potem, gdzieś po południu, wyjechaliśmy zza grzbietu wzgórza i zobaczyłam je — po raz pierwszy nie z baszty, nie zza szyby, nie jako sine pasmo na horyzoncie, ale naprawdę: góry graniczne. Stały nad światem jak zamarznięta fala, która kiedyś, na początku wszystkiego, ruszyła na północ i której ktoś w pół zamachu powiedział: stój. Zbocza spiętrzały się jedne na drugich, ciemne od lasów, potem szare od skał, potem białe — i to białe nie kończyło się tam, gdzie powinno kończyć się wszystko, tylko szło wyżej, w chmury, przez chmury, ponad nie. Patrzyłam i czułam się mała w sposób, który nie miał nic wspólnego z upokorzeniem. Dwór umniejszał człowieka złośliwie, po kawałku. Góry robiły to jednym spojrzeniem i bez żadnej złej woli — jak morze, jak niebo, jak śmierć.

Ogromne góry graniczne widziane ze wzgórza, jak zamarznięta fala: ciemne lasy, szare skały, śnieg wchodzący w chmury i ponad nie. Na dole kadru dwoje maleńkich jeźdźców.
Zabijają dumnych, spieszących się i samotnych.

— Mój mąż tam poszedł — powiedziałam. Nie planowałam tego mówić. Samo wyszło, jak oddech. — Przez to. Pieszo.

Will długo nie odpowiadał. Patrzył na góry, a kaptur miał zsunięty i wiatr rozwiewał mu ciemne włosy.

— To wiedz jedno — powiedział wreszcie. — Ludzie mówią o tych górach dużo głupot, ale jedna rzecz jest prawdziwa: one nie zabijają każdego. Zabijają dumnych, spieszących się i samotnych. Jeśli twój mąż szedł z przewodnikiem i pokorą — mógł przejść.

— A ty skąd to wiesz?

— Bo u mnie w domu też są góry. — Zawrócił konia na trakt. — Mniejsze. Ale uczą tego samego.

Wieś Rasty wyrosła przed nami o zmierzchu, w płytkiej dolinie u samych stóp przedgórza — ostatnia osada, za którą kończyły się drogi, a zaczynały ścieżki. Długie wąskie domy pod czerwonymi dachami, z których każdy toczył cichą wojnę z zielenią próbującą go połknąć. Zwolniliśmy do kroku ociężałego żółwia; obcy jeźdźcy o tej porze budzą wsie skuteczniej niż pożar. Ale i tak czułam na sobie spojrzenia — zza okiennic, zza płotów; w takich wsiach obcy nie przejeżdża niezauważony, obcy najwyżej przejeżdża nieskomentowany na głos. Za karczmą — małą, o dwóch, góra trzech izbach na poddaszu — skręciliśmy w ścieżkę pnącą się stromo pod górę, i tu skończyła się jazda, a zaczęła wspinaczka. Konie zostawiliśmy w umówionej zagrodzie na skraju wsi; gospodarz wziął od Willa monetę i nie zadał ani jednego pytania, co samo w sobie powiedziało mi, ile takich monet już wziął.

— To jest główna droga na ten cmentarz? — wysapałam po kwadransie, kiedy zbocze zrobiło się złośliwe. Nogi miałam jak z wosku po dwóch dniach w siodle, serce tłukło mi się pod gorsetem, a determinacja, z którą stawiałam kroki, była jedyną rzeczą we mnie, która się nie zadyszała.

— To bardzo stare miejsce. Nie wszyscy o nim wiedzą i dobrze im z tym. — Will obejrzał się przez ramię. Kaptur zsunął mu się do połowy; blizny, które przy ogniu wydawały się ciepłe, w świetle księżyca były jak żyły w marmurze. Zauważył moje spojrzenie i nie odwrócił głowy — czekał. Sprawdzał mnie. Wszyscy zawsze mnie sprawdzali, ale on pierwszy robił to tak otwarcie, z uniesioną brodą, jak człowiek, który pokazuje kartę i patrzy, czy uciekniesz od stołu.

— Daleko jeszcze? — spytałam tylko.

Coś w jego ramionach się rozluźniło.

— Już prawie szczyt.

Kiedy weszliśmy na grań, zapomniałam o zmęczeniu, o strachu i na kilka uderzeń serca nawet o Marcie.

Dolina nocą pod ogromnymi górami, po brzegi wypełniona kwitnącymi pnączami w czterech kolorach; wśród nich setki niskich nagrobków o czterech równych ramionach i połamany posąg wojownika.
Kto się tym opiekuje? — Nikt.

Pod nami leżała dolina zamknięta ze wszystkich stron ścianami wzgórz — i cała, po brzegi, wypełniona kwiatami. Tysiące pnączy oplatały wszystko: mur, bramę, drzewa, ziemię, i kwitły w kolorach, których nocą nie powinno się widzieć, a widziałam — księżyc stał wysoko i dolina oddawała mu światło jak morze. Wśród tej powodzi kwiatów stały nagrobki, setki nagrobków w kształcie znaku „+", którego cztery ramiona należą do czterech bogów. Białe ramię — pora narodzin. Czarne — pora śmierci. A tam, gdzie zmarły odszedł w porze swojego patrona, ramię z piaskowca, jasne jak miód. I najdziwniejsze: pnącza, które wszędzie indziej kwitły, jak chciały, na samych pomnikach przybierały kolory ramion, po których się pięły — jakby dolina czytała umarłym ich życie i zgadzała się z każdym słowem. Gdyby ktoś z leżących tu postanowił się obudzić, pomyślałby, że przespał własny osąd i trafił od razu na drugą stronę. A nad tym wszystkim, zamykając połowę nieba, stały góry — tak blisko, że dolina wyglądała jak kwiat wetknięty w ich kamienną dłoń.

— Kto się tym opiekuje? — szepnęłam.

— Nikt — odpowiedział Will. — I to jest w tym miejscu najpiękniejsze albo najstraszniejsze. Zależy, kogo pytasz.

Zeszliśmy wydeptaną ścieżką między kwiatami. Ażurowa stalowa brama tkwiła uchylona w objęciach pnączy tak starych, że dawno przestały być rośliną, a stały się zawiasem. Pośrodku cmentarza wznosił się pomnik: wojownik w lekkiej zbroi, unoszący triumfalnie ramię — tyle że dłoń z toporem leżała od dawna w trawie u jego stóp, a pierś rzeźby rozrywała od środka roślinność, cierpliwa jak wszystko, co wygrywa. Na brzegach muru przycupnęły kamienne postacie łuczników, celujących w stronę gór. Z daleka wyglądały jak żywe. Z bliska też.

Will zatrzymał się przy niepozornej kamiennej krypcie, wpuszczonej w zbocze.

— Gdy wejdziemy do środka, nie odzywasz się — powiedział cicho. — Ani słowem, ani szeptem, do nikogo poza mówcą. Wszystko, co zobaczysz, przekazujesz tylko jemu, do ucha. Klient nie może poznać ani twojego głosu, ani płci, ani twarzy. Wiesz, jak to działa.

— Wiem, jak to działa.

Skinął głową. A potem, już z dłonią na kamiennych wrotach, odwrócił się jeszcze raz:

— Hald fast, siostro Lily.

Trzymaj się mocno.

Weszliśmy. Za wrotami schody wiodły w dół, w chłód i zapach kamienia, wosku i czegoś słodkawego, o czym wolałam nie myśleć. Pierwsza sala pod ziemią miała kształt heksagonu; w posadzce, wykute i zalane stalą, biegło jedno słowo: VARGAN. Z pięciu ścian patrzyło pięcioro drzwi; otwarte były tylko jedne. Ruszyliśmy korytarzem, którego ściany zdobiły malowidła — przy każdych drzwiach twarze tych, którzy spali za nimi. Przy jednych naliczyłam dwadzieścia postaci, przy innych siedem; całe pokolenia ułożone w kamieniu jak w rodzinnej księdze.

Wąski korytarz krypty w świetle pochodni. Przy jednych drzwiach dwadzieścia małych portretów, przy drugich tylko dwa: młoda kobieta o łagodnych oczach i kilkuletni chłopiec.
Przy tych drzwiach malowidła były tylko dwa.

Zatrzymaliśmy się przed salą, przy której malowidła były tylko dwa.

Jedno przedstawiało młodą kobietę o łagodnych oczach. Drugie — kilkuletniego chłopca.

I już wiedziałam, co mnie czeka.